Site icon KVLT

The Crucifier – „Voices In My Head” (2017)

Radzę bardzo dobrze zapiąć pasy i porządnie sprawdzić mocowanie fotela, na którym siedzicie. Zapraszam w szaloną podróż do Grecji. Z tego kraju wywodzi się bowiem The Crucifier, czyli zespół, który przypomniał światu, co to znaczy przepełniony wściekłością i szałem thrash metal. Mimo że grupa istnieje już ponad dwadzieścia lat, Voices In My Head jest ich trzecim i jak na razie ostatnim albumem. Ale za to jakim!

Jestem święcie przekonany, że gdyby ta muzyka została nagrana w USA lub w Niemczech w okolicach 1986 roku, wówczas The Crucifier byłby stawiany w jednym rzędzie obok największych thrashowych bandów, jakich matka Ziemia nosiła. Czego tu nie ma! Wściekłość spod znaku Slayer, speed charakterystyczny dla Razor, brutalność Dark Angel, kompozycyjny sznyt Kreatora, nieokrzesanie Darkness, melodyka Exodus. Dodajcie do tego tonę brudu i hardcore’owego jadu, jakim dawno temu atakowało Discharge, i mamy pełny obraz sytuacji. Takiej muzy nie można stworzyć z zaplanowanym założeniem. Owszem, jakiś kompozycyjny szkielet jest potrzebny, ale żeby wypełnić go tak gęstą tkanką, trzeba mieć mentalność wściekłego na cały świat, opętanego troglodyty. I Grecy to coś mają. Gdy słuchałem tego albumu, co jakiś czas przypominał mi się genialny debiut Infernal Majesty – Kanadyjczycy również mieli to „coś”, co sprawiało, że byli zwyczajnie niebezpieczni.

Na Voices In My Head nie znajdziecie pół sekundy wytchnienia. Oczywiście czasami zwalniają, ale nie da się wchodzić w zakręty z prędkością dźwięku – i przeżyć. To nieustanna gonitwa wykręcona pod szczyt skali, ekstremalna jazda „na pełnej”. Tu nie ma miejsca na cokolwiek, co choćby minimalnie zbliżało się do jakiegoś kompromisu. Każdy utwór jest jak seria z karabinu, zadana przez lubujący się w swoim zajęciu pluton egzekucyjny. Same strzały mokrą ścierą po pysku, zarówno w warstwie instrumentalnej jak i wokalnej. Thanatoid nie oszczędza gardła nawet na moment. Jeśli przy mikrofonie jest sam, to wrzeszczy jak wkurzony kapral na młode wojsko, jeśli do głosu dochodzą koledzy, to razem zakrzyczeliby batalion czołgów.

Płyta trwa trzydzieści siedem minut. Za długo. Nikt normalny nie wytrzyma takiego stężenia łomotu i rozszalałej młócki. O taki thrash metal nic nie robiłem.

 

Ocena: 10/10

 

Latest posts by Rafał Chmura (see all)
Exit mobile version