Site icon KVLT

The Cure – „Songs of a Lost World” (2024)

W trakcie szesnastoletniego oczekiwania na Songs of a Lost World fani zespołu Roberta Smitha przeżyli wiele zapowiedzi, że to już zaraz, że krążek jest gotowy, nowe kompozycje były ogrywane na koncertach, jednak przez cały ten czas brakowało konkretnej daty premiery czternastego studyjnego albumu tej legendarnej formacji. W końcu jednak, jak to się mówi, piekło zamarzło, a nowe dzieło grupy już za kilkanaście godzin będzie można znaleźć na półkach sklepowych.

Znakomicie przyjęte na koncertach nowe kompozycje zwiastowały powrót The Cure do najwyższej formy i tak też jest w rzeczywistości – Songs of a Lost World to przejmujący i przepełniony melancholią, mimo tego całego bólu i smutku piękny obraz przemijania, radzenia sobie ze śmiertelnością oraz żałobą, żalu, nieodwracalnych strat i tym podobnych, przygnębiających doświadczeń. W tej muzyce słychać wszystko, przez co w ostatnich latach przeszedł Robert Smith – ze szczególnym naciskiem na oddzieloną niewielkimi odstępami czasu śmierć rodziców oraz ukochanego brata. Nowe dzieło The Cure klimatem plasuje się gdzieś przy kultowym krążku Disintegration, równie ikonicznym Pornography oraz wydanym na zakończenie XX wieku Bloodflowers – słychać to już od pierwszych dźwięków otwierającego płytę monumentalnego Alone aż po ostatnie takty kończącego ją dziesięciominutowego epickiego Endsong. W międzyczasie za serce mocniej złapią was poruszający I Will Never Say Goodbye, w którym Smith podejmuje bolesny temat śmierci brata, i wyciskający łzy, „najładniejszy” na płycie And Nothing Lasts Forever, będący próbą pogodzenia się z ludzką przemijalnością oraz niedotrzymaną obietnicą trwania przy kimś na łożu śmierci. W warstwie muzycznej promienie słońca pojawiają się w zasadzie jedynie raz, w All I Ever Am, któremu klimatem najbliżej do tych „pozytywnych” hitów The Cure.

Nie brakuje również na Songs of a Lost World muzycznych odniesień do tych bardziej post-punkowych korzeni zespołu – świetnie robi to singlowy A Fragile Thing ze znakomitym i świetnie brzmiącym (brzmienie to zresztą bardzo mocna strona albumu – perkusja również wypada pod tym kątem znakomicie) basem Simona Gallupa, który błyszczy także w najbardziej rockowym na krążku Drone:Nodrone. Ten numer jest też najlepszym wokalnym występem Smitha na nowym dziele The Cure – przy czym w żaden sposób pozostałe kompozycje nie są pod tym kątem złe. Mimo ogromnego upływu czasu, głos Roberta na Songs of a Lost World brzmi tak samo dobrze, jak w latach 80.

W zasadzie nie mam do czego się tutaj przyczepić, krążek został wyważony niemalże do perfekcji – można zażartować, że Smith miał na to tyle czasu, że trudno o inny rezultat (w końcu pierwsze poważne zapowiedzi nowego wydawnictwa miały miejsce już w 2019 roku). Pokłady emocji są tu ogromne, ponury klimat, w którym według mnie zespół od zawsze czuł się najlepiej, wylewa się z głośników hektolitrami, podejmowane tematy zmuszają do refleksji, brzmienie powala, a częste długie instrumentalne początki utworów w znacznej większości działają jak należy – choć akurat sześciominutowy wstęp do Endsong przy którymś z kolejnych odsłuchów zaczął mi się już wydawać nieco przydługi i z tego powodu końcowa nota niestety nie jest maksymalna. Nie zmienia to faktu, że Songs of a Lost World to najlepsze The Cure od czasu Disintegration – biorąc pod uwagę, że od tamtego momentu dostaliśmy jeszcze świetne Wish czy wspomniane już wcześniej Bloodflowers, to powinno wystarczyć za rekomendację.

Ocena: 9.5/10

The Cure na Facebooku

Exit mobile version