Oryginalna muzyka zawsze mnie cieszy, a jeszcze bardziej jestem rad, gdy trafiam na albumy, które idą wbrew jakimkolwiek trendom rządzącym polskim rynkiem muzycznym. Ostatnia płyta warszawskiego The Freuders trafiła w me progi już jakiś czas temu, ale musiałem trochę z nią pobyć, poobcować i poznać, nim zasiadłem do jej opisania. Materiał nosi tytuł Warrior, został wydany siłami zespołowymi, zawiera iście nieoczywistą oprawę graficzną w żółte barwy, co zapewne wystraszy wielu naszych zatwardziałych czarnosercych metalowców. Ja się nie boję, więc lecimy!
Wojownik jest ciężki do zaszufladkowania. Zespół umiejętnie wije się pomiędzy różnymi wpływami, by utrudnić robotę pismakom, lubującym się w nadawaniu nazw i segregacji gatunkowej. Dla mnie The Freuders wraz z nowym dziełem znalazł się gdzieś na granicach alternatywnego rocka, prog metalu i debiutu mistrzów z Tool, czyli do takiego ambitniejszego, zeschizowanego metalu. Płytę promował utwór Hannibal i uważam go wraz z ostatnim (do którego wrócę niżej) za najlepszy. Pozbawiony jest słabych momentów, posiada dobrą melodię, wyraźny refren, a barwa wokalisty Tymoteusza Adamczyka w zwrotkach do złudzenia przypomina Stevena Wilsona i jego dokonania w Blackfield. Za ciosem idzie dwójeczka Trauma Coma, która jest jednym z mocniej zainfekowanych prog rockiem w stylu Collage. Tu również mamy do czynienia z pomysłowymi melodiami, dobrymi wokalami, które są niezgorzej skomponowane względem lekko rozmarzonej muzyki. Pierwsze schody pojawiają się w Pulse i jest to bolączka sporej części płyty, a mianowicie mam wrażenie, że wokalista chciał zaśpiewać trochę więcej niż jeszcze potrafi. Sama barwa Tymoteusza nie wzbudza we mnie negatywnych emocji, wręcz przeciwnie, jest ciepła i ciekawa, ale pojawiają się na płycie momenty, gdzie partie są wymęczone, na granicy fałszu. Mam wrażenie, że można było tego uniknąć, kierując pomysły wokalne bardziej pod ówczesne możliwości głosowe Tymoteusza, które nie wątpię, że się rozwijają. Co ważne, ten minus nie dyskwalifikuje płyty. Jest to element, który można poprawić, dążąc do perfekcji i optymalnej mocy warszawskiego składu.
Do kolejnych ciekawszych kompozycji zaliczam również tytułowy Warrior, w którym do czynienia mamy z bardzo toolowo prowadzonym basem i znowu wilsonowym wokalem (który też mógłbym porównać do tego, co nagrał Patryk Zwoliński na albumie Neolithic My Beautiful Enemy). Bardzo fajny klimat i w moim uznaniu koncertowy czarownik, którego klimat może powodować rozbujanie się całej sali. Na koniec zostawiłem wspomniany utwór zamykający. Anamnesis został nagrany z gościnnym wykonem Łukasza Żurkowskiego, który napisał także do niego tekst. Przyznaję, że jego obecność rozświetla album i stawia tę piosenkę na podium całości. Świetnie się wbił w klimat The Freuders, a polski tekst i psychodeliczna maniera wokalna bardzo pociągnęła sztukę zespołu w stronę rockowego, alternatywnego mainstreamu. Bardzo dobra kompozycja i brawo dla Żurkowskiego za dobre wyczucie intencji zespołu. Plus należy się także za zryw w stylu Queens of the Stone Age w końcówce kompozycji (Panie Organek chciałbyś Pan tak, ale wtedy nie puściliby Cię w radiu, a The Freuders nic nie ogranicza).
Mocna załoga, dobry kierunek muzyczny, nieoszlifowany diament. Czekam na trójeczkę, liczę na ciężką pracę wokalisty, mam nadzieję również na pełen niespotykanych pomysłów zbiór utworów. Tyle o Warrior i The Freuders.
Ocena: 7/10
- MESSIAH za niecałe dwa tygodnie nawiedzi ziemie polskie - 2 marca 2026
- Total Annihilation – „Mountains of Madness” (2026) - 25 lutego 2026
- Casket – „In the Long Run We Are All Dead” (2026) - 25 lutego 2026

