Site icon KVLT

The Great Sea – „Noble Art Of Desolation” (2025)

Izolacja, mrok, odtrącenie i niezrozumienie przez świat. Coraz więcej muzyków zagłębia się w taki klimat i w atmosferze alienacji tworzy swoją muzykę, wyrzucając frustrację związaną z otaczającą rzeczywistością poprzez metal, a w szczególności black metal. Oto kolejny przypadek. Niemiecki duet The Great Sea właśnie wydał swój debiutancki długograj i chce nam wszystkim udowodnić, jakie to nasze życie jest do dupy. Każda przesłuchana minuta wpędza mnie w coraz czarniejszą rozpacz. Apogeum depresyjnych zachowań jest już doskonale u mnie widoczne przy okazji wieńczącego album Walking at the Edge of Death.

Debiut The Great Sea, Noble Art of Desolation, to doskonały przykład, jak muzyka na nas wpływa. Na ludzi, którzy słuchają muzyki po to, żeby znaleźć ukojenie, zrozumienie i choć trochę utożsamić się z bólem, który, jak słychać, także muzykom sprawia wiele problemu w doczesnym życiu. To muzyka – mimo średnich i szybkich momentami rytmów – depresyjna, i rozumiem, że taki był zamysł autorów, bo stworzyli dzieło, mimo wszystko, pełne melancholii, cierpienia i ulgi w bólu.

To black metal, a jakże, tylko w nieco innej formie. Nowe zespoły odchodzą od typowego, brudnego brzmienia gitar, chaotycznej perkusji i nieporadnych partii klawiszy. Gatunek coraz bardziej wyłamuje się poza ramy i sięga niemalże geniuszu i artyzmu, o który jeszcze kilka lat temu muzyków blackmetalowych nikt by nie podejrzewał. Przykładem może być świetny, bardzo przestrzenny Eden Unfolded z gościnnym udziałem sG (Philip Jonas), do niedawna wokalisty Secrets Of The Moon.

Ciekawa sprawa z tym The Great Sea, bo skład zespołu tworzy dwóch muzyków, których dotychczasowa twórczość znacznie odbiegała od tego, co możemy usłyszeć na debiutanckim Noble Art of Desolation. Z jednej strony JR, czyli Janosh Rathmer, znany dotąd z gry na perkusji w Long Distance Calling, z drugiej H, czyli Stefan Hackländer, nadworny gitarzysta Black Horizonz i Ordeal & Plight. Ci dwaj odpowiedzialni są za brzmienie i nastrój na płycie. Do tego zaprosili wokalistów, którzy dolali przysłowiowej oliwy do ognia. Dzieło zniszczenia okraszone jest więc głosami wspomnianego sG, ale także Azathotha (Matthias Jell) ze znakomitego Gràb, czy kiedyś szanowanego nie tylko przeze mnie Dark Fortress, oraz aż w czterech utworach kolegę H z Black Horizonz, A (Austi). To wszystko tworzy aurę zniszczenia i po wysłuchaniu tych 42 minut, które składają się na Noble Art of Desolation, uwierzcie mi: jestem zmęczony, ale spełniony, i chcę jeszcze zanurzyć się w ten depresyjny klimat.

Minusem tego debiutu jest nie sama muzyka, ale niekonsekwencja pogłębiania atmosfery. Czuję niedosyt niemal zawsze pod koniec utworu, który mógłby jeszcze nieco się przeciągnąć, żeby ból egzystencji był nieco większy, ale to oczywiście tylko moje subiektywne odczucie. Są też wtrącenia, które przypominają, czym tak naprawdę black metal jest. Ja słyszę tu chociażby nawiązania do klasyku Emperor, Ancient Queen, w utworze No Peace Among Man. Wiem, to są może i szczegóły, ale nadają płycie zupełnie innego wymiaru, dzięki któremu muzyka The Great Sea wybrzmiewa naturalnie i świeżo.

Ocena: 8/10

The Great Sea  na Facebook

 

Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
Exit mobile version