Z supergrupami to jest tak, że jeżeli są złożone z muzyków o odpowiednio wysokiej renomie, to na papierze powinny być powiązane z wielkim sukcesem. Rzeczywistość jest jednak brutalna, a gdy ja usłyszę hasło „supergrupa”, to do głowy momentalnie przychodzi mi leciwe Mad Season, potem zaś muszę się dosyć długo zastanawiać zanim rzucę kolejną nazwą. A może to we mnie jest problem i dobre projekty najzwyczajniej w świecie mnie omijały? Cóż, może być i tak. Na szczęście nie ominęło mnie Voodoo Gods – kapela, która oprócz niewątpliwej megagwiazdy w składzie (znany z Cannibal Corpse „Corpsegrinder”) polskich fanów powinna zainteresować też uznanymi nazwiskami z polskiej sceny (Jacek Hiro i niegdyś Adam Darski).
Voodoo Gods przyciągnęli mnie nazwiskami i ciekawością, a zatrzymali muzyką, która po prostu stoi na wysokim poziomie. Od początku otwierającego The Divinity of Blood kawałka Rise of the Antichrist wiadomo, z czym ten projekt się je – podejście do chrześcijaństwa jest bezkompromisowe, a z głośników oprócz kolejnych bluźnierstw dobiega interesująca mieszanka miażdżącego death metalu, siłą rzeczy kojarzącego się z dokonaniami Kanibali, szybkich i melodyjnych thrash metalowych zagrywek oraz kilku/kilkunastosekundowych zwolnień pozwalających na moment wytchnienia. Nie brak tu brutalności, znalazło się też miejsce dla techniki oraz dla koncertowego czadu. Oj tak, ta maszyna na koncertach zapewne spisywałaby się znakomicie. Spora w tym zasługa wwiercających się pod kopułę riffów, które dzięki swojej energii nie miałyby problemu z rozruszaniem nawet tych sztywniejszych osobników. Podobać mogą się przede wszystkim The Ritual of Thorn (w wydaniu fizycznym dostępny w dwóch wersjach), The Absolute Necessity to Kill oraz wspomniany już Rise of the Antichrist, choć pozostałe numery wcale wiele im nie ustępują (nawet jeśli w kilku przypadkach brakuje przysłowiowego „mięsa”). Fajnie wypada też cover Before the Dawn w oryginale autorstwa Necrophobic – to jednak również przyjemność nie dla wszystkich (jest to bonus track). Do listy plusików można też lekką ręką dodać profesjonalne brzmienie i tradycyjnie świetne wokale Fischera.
Słabe strony? Tak jak wspomniałem wcześniej, kilka numerów za serce szczególnie nie chwyta i pozostają dla słuchacza raczej obojętne. The Divinity of Blood nie przypadnie też do gustu tym, którzy nastawieni są po prostu na klon Cannibal Corpse. Voodoo Gods to granie znacznie bardziej melodyjne, trudno jednak mi uznać to za minus – w końcu klonów CC jest na pęczki, kolejny nie jest nikomu potrzebny. Momentami lekko irytować mogą również gwałtowne zwolnienia w trakcie numerów, z których zespół szybko jednak zrezygnował. Sprawdziło się to raz czy drugi, ale później zwyczajnie wybijało z rytmu.
Ostateczny werdykt może być jednak tylko jeden – drugi krążek Voodoo Gods zdecydowanie warto sprawdzić. To thrash/death z górnej półki, a po odsłuchu spełnieni będą fani zarówno jednego, jak i drugiego gatunku. Drobne wady nie wpływają za bardzo na fakt, że godzina spędzona z The Divinity of Blood to czas spędzony udanie. Mam wielką nadzieję, że na trzeci krążek zespołu nie będzie trzeba czekać tak długo, tymczasem powtórzę to jeszcze raz – sprawdźcie tę kapelę, warto.
Ocena: 8/10
Voodoo Gods na Facebooku
- Psychonaut – „World Maker” (2025) - 13 lutego 2026
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
Tagi: 2020, death metal, Reaper Entertainment, recenzja, review, The Divinity of Blood, Universal Music Group, Voodoo Gods.






