Minęło już ładnych parę lat od powrotu legendy polskiego thrash metalu, czyli zespołu Wolf Spider. Jak widać, nawet po reaktywacji muzycy nie mają zamiaru rozpieszczać fanów i siedem lat przerwy między albumami to dla nich norma. OK, można to przeżyć pod warunkiem, że muzyka się broni, a czy tak jest, o tym niżej. VI została wydana nakładem Metal Mind Productions siódmego kwietnia tego roku.
Materiał na płytę nagrano w dwóch lokalizacjach. Beata Polak swoje bębny zarejestrowała we Free Fly Music Studio, a resztę nagrano w Coverius Studio, które jest niczym innym jak studiem ojca założyciela zespołu, Piotra Mańkowskiego. On także jest odpowiedzialny za realizację, mix i mastering i trzeba mu oddać, że wie co robi. Album brzmi nowocześnie, ale i witalnie. Piotr pamięta, jakie są korzenie Wilczego Pająka, ale też wie jak powinien brzmieć album w 2023 roku i co najważniejsze – posiada umiejętności, by wizje wprowadzić w życie. Muzycznie VI jest rozwinięciem drogi obranej na pierwszym po reaktywacji albumie, V. Wolf Spider postanowił nieco zmienić trakt i z klasycznego, dzikiego thrashu skierował się w nieco bardziej otwarte na wpływy rejony. Podejrzewam, że znajdzie się wielu starych fanów, którym to nowe oblicze nie siądzie, będą narzekać na ilość melodii, mniejszą niż na klasycznych płytach dawkę agresji, ale trzeba by się zastanowić, czy warto się czepiać rozwoju. Od starych płyt minęło trzydzieści lat, rozwój jest nieunikniony, a kiedy ktoś się rozwija w takim stylu jak Pająk, to ja pytań nie mam.
VI uderza w klimaty bardziej progresywne i heavy metalowe niż stricte thrashowe. Muzycy wiedzą, co to szybkość, dzikość i technika, ale stawiają na przejrzystość aranżu i samych kompozycji, zostawiając wiele miejsca dla wokalisty, Jaśka Popławskiego, który swoimi popisami jeszcze bardziej kieruje band w stronę prog metalu. Jego harmonie ubrane w polskie teksty osadzają płytę silnie w klimacie heavy/prog. Wokalista rzadko pozwala sobie na krzyk, stawia na nieoczywiste harmonie, często działając w sposób przypominający mi Jamesa LaBrie z Dream Theater czy jednego z moich ulubieńców, zmarłego wokalistę Nevermore, Warrela Dane’a (w bardziej psychodelicznych momentach). Efektem tych zabiegów jest materiał chwytliwy, ubrany w refreny, które łatwo zapamiętać, ale nieoczywisty i nienastawiony nachalnie na przeboje. Utwory posiadają głębię i nie od razu zdradzają wszystkie swoje atuty, dzięki czemu VI nie będzie płytą jednego przesłuchania, a wielowarstwowym dziełem „wystarczającym” na dłużej. Szczerze mówiąc, mam problem, by podać przykład polskiego zespołu, który z takim sukcesem obracał się w podobnych rejonach muzycznych, zawsze im czegoś brakowało, czy to dobrego wokalisty, czy oryginalności. W Wolf Spider wszystko się zgadza i do siebie pasuje, jest to płyta, której może słuchać staromodny fan heavy metalu i świeżo upieczony metal kid szukający nowych doznań w agresji nie pozbawionej sporej dawki melodii.
Utwory, takie jak Szaleńczy Pęd czy Niemoc, pokazują, jak szeroką wizję sztuki ma zespół. Muzycy nie boją się grać na uczuciach, oferują bardzo urozmaicony wachlarz emocji, bo kluczem do sukcesu zawsze jest kontrast. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to jedynie mógłbym delikatnie ponarzekać na okładkę, która jak na mój gust nazbyt razi cyfryzacją, ale co tam – okładka nie gra, tylko muzycy, a oni swoją pracę wykonali wzorowo.
Ocena: 8.5/10
- Temple of Void – „The Crawl” (2026) - 11 marca 2026
- Exodus – „Goliath” (2026) - 10 marca 2026
- Insidius – „Vulgus Illustrata” (2026) - 3 marca 2026
Tagi: 2023, beata polak, Heavy Metal, Metal Mind Productions, recenjza, review, thrash metal, VI, Wolf Spider.






