Site icon KVLT

Wolves of Perdition – “Ferecious Blasphemic Warfare” (2021)

Wolves of Perdition to młodzian na fińskiej scenie black metalowej. Co prawda w czteroletniej działalności hordu pojawiło się już jedno demo, ale debiutancki album Ferecious Blasphemic Warfare ujrzał ten ziemski padół z końcem lutego. Postanowiłem więc poszerzyć swoje horyzonty i nie dać się zaskoczyć, jeśli za kilka lat skandynawski kwartet będzie wypełniał wielotysięczne stadiony.

Album wydany został nakładem niemieckiej, dobrze znanej wytwórni Folter Records. Krążek zawiera aż 13 numerów, choć trwa „zaledwie” pięćdziesiąt minut z okładem. Oznacza to dość szybkie i zwięzłe ciosy, a tego mi właśnie ostatnio potrzeba.

Od pierwszego kawałka mam wrażenie, że słucham nieco bardziej surowej i brutalniejszej odmiany niemieckiego symfoniczno-metalowego Agathodaimon. Prawdę mówiąc, tu nie ma mowy o czystej i klasycznej symfonice, ale wrażenie pozostaje. Tak jest przynajmniej podczas otwierającego album utworu Veniunt. Wraz z kolejnymi numerami wrażenie to ulega niejakiemu zatraceniu, ale na End of the Rope znów słyszę Agathodaimon. Nie wiem czy to kwestia podobnego wokalu, czy linie melodyczne plączą mi się wokół ostatniej płyty Niemców In Darkness. Jest tu oczywiście więcej blastu, gitary rzężą żwawiej, a linie melodyczne w znacznie większym stopniu ociekają krwią. Wszystko to jest jednak okraszone ledwie zauważalną szczyptą ogłady i uczesania – właśnie takiego, z jakim mamy do czynienia podczas słuchania wspomnianej wyżej kapeli.

Tempa na płycie są zróżnicowane. Czasami jest bardzo szybko (And Pain nit Shall Be, Tempestate Lucifer czy pięknie brzmiący numer Muslims to the Wolves), a czasami nieco spokojniej (choćby wspomniany wcześniej Veniunt lub przedostatni Rev 13:4). Podczas tych najszybszych numerów czar symfonii znika zupełnie, ale zgrabne konstrukcje krótkich kawałków nie dają się zanudzić czy zmęczyć. Gdyby wybierać najbardziej reprezentatywny utwór z tego krążka, to (prawie że) tytułowy Blasphemic Warfare jest jednym z lepszych przykładów. I jeszcze jedno – o ile otwierające album krótkie Intro nie zrobiło na mnie absolutnie żadnego wrażenia, o tyle zamykający, dwuminutowy Deus Est Mortuus pasuje mi już znacznie bardziej. Odgłosy klasztornych dzwonów i szepty bestii są nader zgrabnym zakończeniem debiutanckiego krążka Wolves of Perdition.

Ponieważ uwielbiam Agathodaimon, to oczywistym jest, że najbardziej do gustu przypadły mi numery Veniunt oraz End of the Rope. Nie o to jednak chodzi Finom, żeby kopiować braci zza morza. I dobrze, gdyż Wolves of Perdition ma swój styl i klimat, a muzyka jest przemyślana i solidnie skomponowana. Muszę jednak przyznać, że płyta ani przez chwilę nie rozłożyła mnie na łopatki, a szkoda. Ale obiecuję, że będę śledził kolejne dokonania tego nader rokującego kwartetu.

 

Wolves of Perdition na Facebooku

Wolves of Perdition na Bandcamp

Wolves of Perdition w Encyklopedii Metalu

Ocena: 7,0/10,0

Exit mobile version