Site icon KVLT

Snake Eyes – No One Left To Die (2022)

Nazwę Snake Eyes wiązałem dotychczas jedynie z bohaterem komiksów i gier z serii G.I.Joe i tytułem filmu z końcówki lat 90., w którym główną rolę grał Nicolas Cage. Ostatnio do wspomnianego grona dołączył katowicki zespół, którego płytą No One Left to Die powinna zainteresować sympatyków nowoczesnego thrash metalu, równoważącego w sobie techniczne zacięcie z kompozycyjnym ukierunkowaniem na te bardziej melodyjne i przystępne rejony metalowego rzemiosła.

Szybki research w sieci: ponad 20 lat stażu, kilkanaście zmian personalnych (oryginalnym członkiem pozostaje w zespole jedynie gitarzysta Sewko), dyskografia złożona z 2 pełników i kilku pomniejszych wydawnictw, w tym dwóch kompilacjach o uroczej nazwie Silesian Butchers – scenariusz brzmiący w krajowych realiach dość znajomo.

To co na pewno wyróżnia No One Left to Die to występowanie w roli wokalistki niejakiej Marthy. Growl nieoszczędzającej swoich strun głosowych artystki prowadzi do naturalnych skojarzeń obecnego wcielenia Snake Eyes z zespołami pokroju Nervosy, Arch Enemy (tego z przełomu wieków, kiedy bracia Amott nie pojmowali jeszcze metalu w kategoriach biesiadnych), czy – szukając na bliższym podwórku – Sceptic (z okresu aktywności w nim Weroniki Zbieg). Nie twierdzę, że muzyka Ślązaków jest jakąś bezpośrednią kalką którejkolwiek z powyższych nazw, od pewnych uogólnień uciec jednak nie sposób.

Nie jest też tak, że zespół (poza wyrazistym wokalem) nie ma nic więcej do zaoferowania. Snake Eyes radzą sobie w graniu przykuwającego uwagę thrashu bardzo sprawnie, No One Left to Die dostarcza sporej ilości konkretnych pomysłów, zaskakująco poukładanych kompozycji (The Masque of the Red Death, Underdog, Plague I), technicznej biegłości i chwytliwego pierwiastka w ilości więcej niż zadowalającej. Zdarzają się co prawda momenty przestoju i dokuczliwej monotonii (Talamasca, All We Need Is Love and Blood, czy zupełnie niepotrzebnie rozwleczony na niemal 12 minut numer zamykający), jednak w ostatecznym rozrachunku nie stanowią na No One Left to Die elementu dominującego. Myślę też, że przy nieco lepszej produkcji, muzyka nabrałaby dodatkowej mocy i wyrazistości, wiadomo jednak, że zespoły pozbawione wsparcia poważniejszych labeli, muszą mierzyć w naszym kraju zamiary na siły.

Uczciwe rzemiosło i z pewnością warty sprawdzenia album. Szkoda, by przepadł, jeśli więc dotychczas nie mieliście okazji zetknięcia się z No One Left to Die (płyta ukazała się w pierwszej połowie 2022 r.) macie szansę nadrobić zaległości.

Ocena: 7/10

Exit mobile version