WARGASM (UK): „Chcemy złapać błyskawicę do butelki”

Hello, Wargasm. Jesteście w studiu pod Londynem. Wiadomo, że nagrywacie nowy album. Jak idzie?

Sam Matlock: Tak, właśnie skończyliśmy nagrywanie wokali. Było mnóstwo krzyku. Zdarłem sobie głos – moment, kiedy głos ostatecznie odmawia mi posłuszeństwa może znaleźć się na płycie. Ale dziś jest już lepiej z moimi strunami głosowymi, więc damy radę pogadać. Dzięki takim cudom jak… woda, wróciłem do żywych. Przydałoby się trochę snu, ale trudno – nadrobię, kiedy wrócę do domu.

Jak bardzo jesteście podekscytowani nowym materiałem w skali od 1 do 666?

Milkie Way: 667! Nagrywanie było bardzo ekscytujące.

Sam: Głośniki, które mamy w studiu, są potężne. Dzięki nim ta ekscytacja była kosmiczna. Jaramy się bardzo tym, co tworzymy. Miałem wręcz uczucie, że zwymiotuję z nadmiaru podekscytowania. Po nagrywkach posłuchałem sobie parę razy tego, co stworzyliśmy, i stwierdzam, że… nie powinienem był tego robić. Adrenalinę wywaliło pod sufit. Miałem poczucie, że już nigdy w życiu nie zasnę. Tworząc nową muzykę, staramy się złapać błyskawicę do butelki. Ale nie taką, która uderza tylko raz, lecz taką, która jest stałą, nieustępującą energią.

Milkie: Jesteśmy trochę znudzeni wieloma rzeczami, które ciągle słyszymy, więc to czas eksplozji energii. Czas, żeby ująć w muzyce uczucia i nadać im nieustanny ruch. I to się dzieje, co nas bardzo cieszy.

Sam, niedawno miałeś urodziny. W okolicy twoich urodzin wybiło też trzydzieści lat od wydania przez The Prodigy Firestarter. Czy duch legendy jest dalej żywy w Waszej nowej muzyce, czy nowa płyta będzie czymś innym?

Sam: Tak, znów mam 27 lat. A co do The Prodigy, to jest niesamowite, że mimo takiego upływu czasu ta muzyka dalej brzmi zajebiście i świeżo. Zawsze będzie brzmieć jak przyszłość, jak coś, czego nigdy nie dasz rady stworzyć. Taka prawda. Ale dobrze starać się dążyć do fenomenu, być swoim własnym The Prodigy, znaleźć w swojej twórczości własnego Firestartera. I my to dalej robimy.

Milkie: Duch The Prodigy jest z nami cały czas, choćby w postaci Kierana Peppera. Grał z nimi na perkusji przez trzynaście lat. Świetny przyjaciel, niesamowita osoba do współpracy. Cały czas z nami nagrywa. Jesteśmy bardzo blisko źródła The Prodigy. Ich moc jest z nami.

Sam: No właśnie. Wspomnę tylko, że pracujemy z tymi samymi osobami, z którymi pracowaliśmy przy pierwszej płycie, bo ich kochamy. Są jak rodzina. Pracujemy między innymi z producentem Charliem Russellem, on miksował nasz pierwszy album. To mądry gość, który wie, że musi nas wyciągnąć poza Londyn. Musimy oderwać się od tych wszystkich „przeszkadzaczy” i pokus – ciągle jakieś zaproszenia i imprezy. A tu mamy spokój.

OK, czyli nowa płyta to w dalszym ciągu będą Angry Songs for Sad People?

Milkie: Tak, to będzie nasza mantra po wsze czasy. Nie da się tego ubrać w konkretny genre. Olewam te próby wkładania zespołów w konkretne gatunki, tworzenie nowych dziwnych nazw i kategorii. W stosunku do muzyki Wargasmu, to podejście jest totalnie nieskuteczne.

Sam: Jedyne, co będzie się zmieniać w naszych utworach, to to, że będzie w nich jeszcze więcej złości i będą skierowane do jeszcze smutniejszych ludzi. Będą seksowniejsze i szybsze. Będzie tylko mocniej pod tym względem. Nie jestem w stanie zdefiniować naszej muzyki klasycznie. Rozumiem, że niektórzy potrzebują przypisywać pewne rzeczy do określonych kategorii. Ja na pewno nie jestem jedną z tych osób. Możesz nakleić na coś etykietkę, wybrać konkretny styl, a potem wychodzi ci restauracja typu fusion i przyrządzasz salsę sushi.

Milkie: Nie porównuj nas do salsy czy sushi! Reasumując – gramy Angry Songs for Sad People i kropka.

Jakimi informacjami na temat nowej płyty możecie się już podzielić?

Sam: Nie możemy za wiele zdradzić, bo nie ma jeszcze wielu decyzji, wiele kwestii nie zostało jeszcze  rozstrzygniętych. Ale „Nature Retreat” to nie jest nazwa albumu. Napisaliśmy taki tekst na krótkim teaserze na social mediach, ale to po prostu my pod Londynem w pięknych okolicznościach przyrody. Mogę powiedzieć, że tym razem w procesie twórczym wszystkiemu mówimy „tak”. Pierwszy raz nagraliśmy tak wiele utworów. Powstało około trzydziestu numerów. Z nich będziemy wybierać te, które znajdą się na płycie. Bardzo chcielibyśmy, żeby udało się wydać płytę już w tym roku, ale to trwa, musi przejść przez wielu ludzi z przemysłu muzycznego, którzy mają swoją perspektywę na to, jak wygląda właściwy sposób wydawania albumu. Poza tym trzeba nagrać teledyski, ściągnąć uwagę słuchaczy. Według mnie najlepiej robić to wszystko naraz, siłą rozpędu. Nie można trzymać materiału na twardych dyskach. Chcielibyśmy wydać płytę jak najszybciej, ale to nie w pełni zależy od nas.

Przejdźmy w takim razie do koncertów. W czerwcu zagracie w Polsce pierwszy raz w ramach letniego festiwalu. To będzie Summer Punch Festival w Warszawie. Do tej pory wystąpiliście u nas trzy razy w klubach i raz supportując Electric Callboy w Tauron Arenie. W jakich okolicznościach wolicie grać?

Milkie: Dla mnie zdecydowanie lepsze są duże letnie festiwale, bo mogę nosić bikini i mój pas z nabojami.

Sam: Charakterystyka częstotliwościowa ma tutaj znaczenie. Nasz zespół pasuje na duże sceny. Wargasm to rodzaj brzmienia i energii, które najlepiej sprawdzają się na dużych scenach i w rozległych przestrzeniach. Niektórzy mogą powiedzieć teraz, że gwiazdorzę, podkopuję punkowy etos naszego zespołu. Chodzi jednak o to, że muzyka elektroniczna brzmi lepiej na wielkich głośnikach. Oczywiście vibe w klubach-piwnicach jest nie do podrobienia. Ale kojarzysz na pewno internetowe nagrania wideo z takich miejsc – chłopaki bawią się super, ale jedyne, co słychać to hi-hat i werbel. Ciężko w takich warunkach ustawić perfekcyjne brzmienie. Na dużej scenie jest o to o wiele łatwiej, brzmienie jest precyzyjne, średnie tony siedzą dobrze, a basy wwiercają się w mózg. No i dobrze być na zewnątrz. Bo wydaje mi się, że od siedzenia w piwnicach moja skóra zaczęła się niszczyć.

Milkie: Tak, w takich miejscach totalnie przesiąkasz wszechobecnym potem i on już zostaje na tobie na zawsze.

Sam: Czasami budzę się w nocy z krzykiem z koszmarów o piwnicznych toaletach. Chociaż toalety na festiwalach też mają swój „urok”.

Do festiwali za chwilę przejdziemy. Co do dotychczasowych koncertów w Polsce – macie jakieś wyjątkowe wspomnienia?

Milkie: O, tak! Na naszym pierwszym występie w Warszawie gość z wielkim irokezem zagrał z nami Spit.

Sam: Uwielbiam, kiedy coś takiego się wydarza, bo jak ktoś twierdzi, że potrafi coś zagrać, to mówię „taaak, ziom, na pewno”. Jak mówisz, że potrafisz zagrać, to lepiej, żebyś naprawdę potrafił. Ta sytuacja wyszła super. Ty, Milkie, pewnie dobrze wspominasz polskie jedzenie.

Milkie: Właściwie to podczas koncertów wszystko mi się podobało. Kocham Polskę. Pierogi i cudownie tanie polskie piwo. Świetnie wspominam Polskę. Graliśmy kilka koncertów i tak w ogóle chyba za każdym razem padał śnieg. Miało to swój urok.

Sam: W Londynie w sumie też zawsze gramy w listopadzie albo grudniu. A to jednak dopiero latem to miasto staje się szalone. Taka Sodoma i Gomora. Wychodzi słońce i ludziom odbija całkowicie. W pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Obiecałem temat festiwali. Macie ulubiony festiwal?

Milkie: Ja mam dwa – pierwszy z nich to Louder than Life w Kentucky w Luizjanie. Kiedy graliśmy tam po raz pierwszy, dostaliśmy spersonalizowany kij bejsbolowy z nazwą naszego zespołu. Teraz ten kij przydaje się przy negocjacjach z wytwórnią. Poza tym w trakcie tego festiwalu wylądowaliśmy w tourbusie Anny Cooper, poznaliśmy Alice’a Coopera.

Sam: Ja miałem wtedy okazję dorwać się do gitary Dimebaga (Slime ML). Ekipa wiedziała, że uwielbiam Panterę. Wtedy byłem dosyć mocno pijany, więc szybko mi ją zabrali. Tak, Louder than Life jest super.

Milkie: Moim drugim ulubionym festiwalem jest Hellfest we Francji. Jest świetny, bo jest tam mnóstwo pirotechniki i ze strefy cateringu widać główną scenę, więc mogę jeść i oglądać Suicidal Tendencies.

Sam: Fajny jest też Download, ale to „domowa” impreza. A tak poza tym, to tęsknię za Bloodstockiem. Super jest też Resurrection Fest w Hiszpanii. W przeciwieństwie do trasy klubowej, na festiwalach jest trochę czasu się pokręcić, jesteś uwięziony na terenie festiwalu i możesz posłuchać wielu różnych zespołów. Choć oczywiście po pewnym czasie chciałbyś się już znaleźć w cichym pokoju.

Współpracowaliście z wieloma bardzo znanymi muzykami, czy to twórczo, czy grając koncerty. Corey Taylor, Fred Durst, Enter Shikari, Electric Callboy, Crossfaith, Pendulum, Yungblud, Babymetal, Poppy. Ta lista jest imponująca. Z kim jeszcze marzy Wam się współpraca?

Sam: Jest kilku muzyków, z którymi chcielibyśmy pracować. Na przykład M.I.A. – to byłoby spełnienie marzeń, bo wszystko co robi jest niesamowicie interesujące.

Milkie: Missy Elliot.

Sam: Byłoby świetnie nagrać coś razem z Kornem. Myślę, że głos Jonathana Davisa zabrzmiałby z nami super. Miałoby to sens. Mam wrażenie, że czasami w świecie muzyki podejmuje się współpracę z innym artystą dla samego faktu wykonania czegoś razem, a nie dlatego, że pewne elementy muzyczne naprawdę do siebie pasują. Chętnie stworzyłbym więcej z Pendulum. Współpraca z Robem Swire’em bardzo dobrze nam się układała. Poza tym chętnie stworzyłbym coś z Kreayshawn, Rebeccą Black, Grimes. Same dziewczyny.

Milkie: No i dobrze, już z tyloma facetami nagrywaliśmy. Trzeba iść w inną stronę.

Sam: Jest wielu artystów – mniej i bardziej znanych od Wargasm – z którymi chętnie podjęlibyśmy współpracę. Przykładem niech będą Hanabie. i Pale Dust. Jesteśmy mocno wkręceni w japońską muzykę. Kiedyś w Tokio poszliśmy z częścią zespołu Hanabie. i z Scene Queen na karaoke. Czwórka zawodowych screamerów – to była świetna zabawa. To był prawdopodobnie najlepszy występ, jaki daliśmy, i najbardziej pokręcony line-up, jaki współtworzyliśmy. Gdybym miał nieskończony budżet i czas, to z ciekawości, jak ktoś zabrzmi z Wargasm, pewnie nagrywałbym prawie z każdym.

Wracając do polskiej perspektywy – czy znacie jakieś polskie zespoły?

Milkie: Znamy ten zespół, który nas supportował. Hamulec. Są świetni.

Sam: Znamy Behemotha.

Milkie: Chopin.

Sam: Tak, to mój ulubiony polski zespół. I to chyba tyle.

Następne pytanie może zabrzmieć, jak pytanie z rozmowy o pracę. Wargasm zyskuje rozgłos, wasza muzyka dociera do coraz szerszego grona odbiorców. Gdzie widzicie siebie za dziesięć lat?

Sam: Rozpadniemy się, potem się zejdziemy, znów się rozpadniemy. Będę bogaty albo martwy.

Milkie: Moja przyszłość jest pięć minut od teraz, myślę o śniadaniu. Staram się nie myśleć dużo o przyszłości. Nikt nie przewidzi mojego następnego ruchu, jeśli ja sama nie wiem, co zaraz zrobię. Żyjemy tym, co dzieje się teraz. Nie wybiegamy w daleką przyszłość.

Ostatnie pytanie. Które numery gra Wam się na koncertach najlepiej?

Milkie: Moim ulubionym jest Bad Seed.

Sam: Ja lubię grać Do it so good – tak dużo dzieje się w tej piosence. Venom jest super. Bardzo lubię teraz grać Small World Syndrome i Vigilantes – to jedno z naszych najlepszych dzieł. Świetnie to brzmiało ostatnio na dużych halach. To taki filmowy utwór, jest w nim dużo napięcia. W jego trakcie zmieniam sposób śpiewania – trochę śmiesznie rapuję, za chwilę trochę czystego śpiewu, potem krzyk. Ciągle coś zmieniam, jakbym miał atak astmy albo paniki.

Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę te utwory na Waszym występie w Polsce. Do zobaczenia w czerwcu. Dzięki za rozmowę.

TomekB
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .