Whalesong to jeden z tych zespołów, których twórczość do łatwej i przystępnej nie należy, i którego zwolennikom muzycznego eklektyzmu nie trzeba przedstawiać. Leaving a Dream można jednak bez przeszkód określić mianem pójścia o krok dalej w stronę muzycznej ekstremy. Awangardowa odsłona metalu, noise, industrial, ambient, a nawet jazzowe wstawki – to wszystko znajdziemy na trwającym ponad dwie godziny wydawnictwie, które ukazało się pod szyldem Whalesong.
Oprócz różnorodności gatunkowej album charakteryzują utwory o różnej długości – są i krótkie, niespełna dwuminutowe , i np. rekordowy (tylko na tej płycie – nie w całej dyskografii zespołu!), niemal półgodzinny From the Ashes. Nie są to brzmienia, na jakie zdecydują się zwolennicy prostszych rozwiązań – i dobrze, bo z pewnością też nie taki cel przyświecał twórcom. Whalesong oddali bowiem w ręce słuchaczy album, który wymaga uwagi (a momentami też cierpliwości), ale też z nawiązką oddaje.
Ciężko spodziewać się przebojowości od albumu, który trwa ponad dwie godziny. Leaving a Dream rozwija się więc stopniowo, powoli, zupełnie jakby przed słuchaczem rozciągał się dźwiękowy pejzaż. Skojarzenie jest nieprzypadkowe – okładka przedstawia górski widok, zupełnie niczym przypomnienie, jak małą, nic nieznaczącą istotą jest we wszechświecie człowiek.
O ile Enter oraz Forgive, dwa pierwsze tracki, są niczym rytuał przejścia wprowadzający słuchacza w posępny i wręcz żałobny klimat, to wraz z Believe Us robi się jeszcze ciekawiej, a w dodatku ciężej i intensywniej. Album nabiera mocy i trzyma w napięciu. Niezależnie od utworu z głośników sączy się mrok i wprost namacalny chłód.
Twórczość Whalesong ponownie wprawia w trans, niezmiennie absorbuje i wciąga. Mamy tu bowiem do czynienia z utworami tak hipnotyzującymi, jak Here I Am, uderzające niczym manifest, czy pełen melancholii i rezygnacji hymn We Have Never Really Lived. Z metalową mocą nadciąga Ascend!, z kolei szaleństwo i kakofonia zakradają się na krótki, niepokojący Struggle oraz Drinking from the Gutters of Descension. Dodajcie do tego wspomnianego molocha From the Ashes, na którym szorstkie, wwiercające się w czaszkę riffy przepoczwarzają się w coraz bardziej niepokojące ambientowe i noise’owe brzmienie. W dodatku to właśnie na tym utworze zagościła legenda blackmetalowej sceny, użyczając swojego charakterystycznego głosu… ale nie będę zdradzać, o kogo chodzi, i psuć zabawy. Nawet, jeśli mowa tutaj o jakiejś makabrycznej zabawie na zgliszczach czy wśród ruin znanego nam świata.
Mnogość elementów na Leaving a Dream potrafi przytłoczyć, a niejednego słuchacza przyprawić o ciarki czy nawet zniechęcić. Chaos i pozorna przypadkowość gatunkowych wpływów współgrają tu jednak ze sobą w jakimś iście demonicznym porządku.
Leaving a Dream to jeden z tych nieszablonowych albumów, o których można by dyskutować godzinami. W końcu jednego z cięższych i zarazem najciekawszych utworów, Ascend!, doczekujemy się po niemal godzinie trwania wydawnictwa. Nietrudno więc wysnuć wniosek, że w momencie, w którym niejeden album już się kończy, Whalesong nabierają tempa i na dobrą sprawę dopiero się rozkręcają. Potrzeba ponad półtorej godziny, by dotrzeć do finałowego shekissedmewithhervenomouslips, które dopełnia apokaliptycznego wrażenia. Końcowa kompozycja to zresztą twór tak intrygujący, jak sam Whalesong – zarówno zespół, jak i kolektyw – niestandardowy i wymykający się gatunkowym etykietom.
Choć dla niektórych te dźwięki będą zapewne niepokojące i wywołają pewien dyskomfort, naprawdę warto zdecydować się na odsłuch Leaving a Dream – na rynku muzycznym niewiele jest albumów tak intrygujących, a jednocześnie poruszających.
Ocena: 8,5/10
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025
- Mütterlein – „Amidst the Flames, May Our Organs Resound” (2025) - 11 listopada 2025
- Conan – „Violence Dimension” (2025) - 23 października 2025






