Site icon KVLT

Wij – „Dziwidło” (2021)

Panująca na scenie muzycznej moda powrotu do klasyków doomu i stoner rocka żyje i ma się dobrze. Zespoły parające się tym nurtem wydają kolejne albumy, na nowo zaczynają koncertować, i ogólnie rzecz biorąc, odnajdują się w stylistyce tego przystępnego, ale jednocześnie subtelnie mrocznego i niepozbawionego doomowego ciężaru grania.
Na podobną muzyczną ścieżkę wkroczyła również warszawska ekipa Wij. Mówiąc w dużym uproszczeniu, zespół zabrał się jak należy za rocka flirtującego z bluesem i stonerem, momentami dopełnionego „piosenkową” przystępnością. A że podobne stwierdzenie byłoby wspominanym już znacznym spłyceniem ich twórczości, czas na kilka słów wyjaśnienia.

Słuchając Dziwidła, nie odniosłam wrażenia, że sięganie po sprawdzone wzorce działa na niekorzyść zespołu. Wręcz przeciwnie – Wij pokazali, że korzystając z tych wielokrotnie utrwalanych w muzyce motywów, wciąż mogą dodać coś od siebie. Niezależnie od tego, czy przesądziła o tym chwytliwość ich repertuaru, uderzająca prostotą produkcja muzyczna, czy wreszcie śpiewane po polsku teksty, Wij wiedzieli, jak zapewnić sobie oryginalność.

Chwytliwy od pierwszych dźwięków album Dziwidło jest przepełniony stosunkowo prostymi, ale nigdy prostackimi riffami, wtrąceniami w doomowo-stonerowej konwencji i oczywiście solidnym rockowym brzmieniem.
Ponadto na korzyść działa wyważenie albumu pomiędzy rozwleczonymi, pełnymi klimatu utworami a cięższym, przybrudzonym brzmieniem. Z przyjemnością wsłuchiwałam się w Czarnego Lwa ze stonerowym zacięciem, jak również w wolniejsze, bluesowe rytmy, w jakie wpadają chociażby Czerw i Wielki Martwy. Ten drugi, walcowaty na doomową modłę utwór stopniowo nabiera tempa, by po pewnym czasie uderzyć z mocą.

A skoro już o cięższych i mocniejszych kompozycjach mowa, nie sposób pominąć coverowego W Przymierzu z Diabłem, czyli  Venomowskie In League with Satan w wykonaniu Wija. Znakomity damski wokal, polski tekst utworu i ciekawe organiczne brzmienie – Wijowi nie można odmówić pomysłu na aranżację coveru.

Warto znów wspomnieć o prostocie środków wyrazu – Dziwidło jest równoznaczne z pozbawioną ozdobników produkcją.
Zero udziwnień, niemal brak zabiegów, których na żywo nie dałoby się wiernie odtworzyć – Wij tworzą muzykę tak brzmieniowo oszczędną, że w ostatecznej wersji nie doczekamy się gitary basowej. Chociaż bardzo mocno odczuwałam brak konkretnego, wyrazistego basu, który nadałby repertuarowi Wija porządnego groove’u i wspomógł świetną pracę perkusji, to trójca z Warszawy nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w wybranej formule muzycznej – a to zostawia przecież otwartą furtkę na to, by na ich kolejnym wydawnictwie znalazł się też bas, prawda?

Podczas odsłuchu Dziwidła można bez przeszkód odnieść wrażenie, że skład Wija ma pomysł na ukucie własnego stylu bazującego na znanych już gatunkach muzycznych i jednocześnie wzbogaconego pewną oryginalnością. Już za to należy im się uznanie i to właśnie dzięki ich pierwszemu pełnemu wydawnictwu będę z ciekawością śledzić dalsze poczynania Wija i ich eskapady przez garażowo rockowe, spowite stonerową aurą muzyczne pejzaże.

Ocena: 8/10

Exit mobile version