FORSMÁN: „Niedoskonałość to w muzyce prawdziwe człowieczeństwo”

Forsmán (czyt. Forsmaun) to młody islandzki zespół blackmetalowy, coraz śmielej rozpychający się na lokalnej scenie. Zresztą, z koncertami chłopcy zaczynają wychodzić poza granice wyspy – w tym roku zagrali chociażby na uznanym norweskim festiwalu Inferno. Pod koniec czerwca zaś, kilka lat po bardzo dobrej epce Dönsum í logans ljóma, wydali pierwszego długograja, Brenndar rústir & fuðrandi fjörur, pod względem zaawansowania dokonując przeskoku o kilka poziomów wzwyż. Nowa płyta zaskakuje rozwiązaniami i wielowarstwowością, zapiera dech w piersiach.

Z frontmanem i basistą kapeli, Viktorem Árnim Veigarssonem, na rozmowę przeznaczyliśmy godzinę podczas festiwalu Sátan na początku czerwca (wtedy nowy album był jeszcze przed wydaniem, a krążyły już dwa oficjalne single), między panelem dyskusyjnym o wpływie natury na twórczość, w którym brał udział, a pierwszym koncertem tego dnia. Wykorzystaliśmy ją w pełni na dyskusję o istocie dynamiki w zespole, szaleństwie na scenie, sztucznej perfekcji i prawdziwej niedoskonałości, oraz o przyjaźniach z ludźmi, których się od zawsze podziwia. Wspominamy także grudniowy festiwal Andkristni 2026, który Viktor współorganizuje. Zapraszam!

 

Interview with Viktor in English (pdf file) – read the original conversation here!

 

Zacznijmy od sprawy podstawowej, czyli nazwy zespołu. Powiedz proszę, co oznacza „Forsmán”?

To słowo wywodzi się od czasownika „að smána”, oznaczającego „hańbić” – „forsmán” to jego wzmocniona forma, to określenie ma bardzo silny ładunek znaczeniowy związany z hańbą. I dobrze koresponduje z wieloma tematami, które poruszamy w naszej muzyce. Przede wszystkim jednak było to słowo łatwe do wymówienia zarówno dla Islandczyków, jak i obcokrajowców. Uważamy, że to piękne islandzkie słowo, a zależało nam na tym, żeby nazwa miała islandzki charakter.

Hmm, łatwe do wymówienia dla obcokrajowców – z wyjątkiem akcentowanego „a”, którego poprawnej wymowy prawie nikt nie zna.

Tak, sorry! [śmiech]

Jak długo już gracie?

Haukur i ja założyliśmy zespół w 2019 roku, choć pomysł na niego narodził się już w 2018 roku, kiedy się zaprzyjaźniliśmy i… wiedzieliśmy, że chcemy grać black metal. Potem dołączył do nas Kári z Múr i zajął się perkusją, a także przyprowadził swojego dawnego znajomego, Oddura – to było mniej więcej we wrześniu 2019 roku. I tak ukształtował się ostateczny skład zespołu.

A potem ukazało się pierwsze wydawnictwo.

W kwietniu 2021 roku, nakładem Ván Records.

Już po pandemii.

Tak, to była trudna sytuacja. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej EP-ki, ale dziś zgodnie uważamy, że nie oddaje ona tego, czym zespół jest obecnie. Kiedy ją tworzyliśmy, miałem 17 lat, Haukur – 18, Kári – około 20, a Oddur – 22. Wszyscy więc byliśmy młodzi i po prostu bardzo chcieliśmy nagrać islandzki blackmetalowy album. W pewnym sensie oddawaliśmy hołd scenie, której byliśmy wtedy wielkimi fanami – i nadal jesteśmy, ale wtedy podchodziliśmy do tego bardziej jako fani niż cokolwiek innego, a to wpłynęło na ostateczny kształt płyty. Ale wszystko jednak fajnie się ułożyło. Kári na przykład nie siedzi w typowym blacku, zajmuje się własnymi projektami, a poznaliśmy się w konserwatorium jazzowym, więc każdy z nas miał inne doświadczenia muzyczne. Kiedy zaczęliśmy wspólnie tworzyć black metal, zaowocowało to właśnie tą EP-ką.

Wszyscy piszecie muzykę?

Tak, na nowym albumie, Brenndar rústir & fuðrandi fjörur, wszyscy mamy swoje riffy i całe utwory. Nawet Kári, który nie grał na tej płycie na perkusji, jest autorem wielu riffów, ma też partie syntezatorów. Spędziliśmy mnóstwo czasu na wspólnych próbach. Utwory pisaliśmy wszyscy – Oddur, Haukur i ja – ale udało nam się stworzyć spójną całość. Nigdy wcześniej o tym tak nie myślałem, ale z perspektywy czasu jestem w sumie pod wrażeniem, że nam się to udało. Często tak bywa, że słyszysz, kiedy dany kawałek na albumie napisany jest przez kogoś innego. Zazwyczaj – przynajmniej na Islandii – w zespole jest jeden główny kompozytor, a reszta gra, ale w przypadku Forsmán jest inaczej i bardzo mnie to cieszy.

Powiem Ci szczerze: widziałam was na żywo trzy razy – na festiwalu Andkristni w 2024 roku…

Tym z Bölzer?

Tak. Potem na Sátanie w 2025 i na zeszłorocznym Andkristni. Za każdym razem wchodziliście na wyższy poziom. Na Sátanie jeszcze zastanawiałam się, czy to po prostu kwestia lepszego nagłośnienia. Ale może to jednak ten proces dojrzewania, o którym mówiłeś podczas panelu?

Hmm, powiedziałbym że… mam dwie odpowiedzi [uśmiech]. Jedna jest bardzo dosłowna i oczywista dla nas wszystkich: dołączył do nas Maggi z Misþyrming. To… bestia na garach. Kiedy znalazł się w zespole, poczuliśmy, że to zupełnie inna jakość – nie tylko w kwestii perkusji, ale tak bardziej ogólnie. Wiesz, perkusista i basista – sekcja rytmiczna – to kręgosłup każdego zespołu. Gdy to się zmienia, zmienia się dynamika całości. A fakt, że pozyskaliśmy Maggiego – muzyka, którego wszyscy podziwialiśmy w czasach Svartidauði i teraz w Misþyrming – sprawił, że powiedzieliśmy sobie: „bierzemy się w garść i robimy to porządnie”. Nie chcieliśmy marnować niczyjego czasu, zwłaszcza takiego kolesia jak Maggi, który przyszedł nam pomóc. Mieliśmy misję: kurwa, nagrywamy ten album i ostro bierzemy się za próby. Wiele było takich spotkań, gdzie ćwiczyliśmy tylko ja i Maggi – sam bas i perkusja – żeby lepiej się zgrać. Nie miało znaczenia, czy reszta na próbę docierała; my i tak ćwiczyliśmy i spędzaliśmy mnóstwo czasu w studiu.

Poza tym, kiedy Maggi dołączył do zespołu, nie wszystkie utwory były gotowe. Powstały też dwa dodatkowe kawałki. Maggi napisał większość partii perkusji do nich wszystkich.

I tak, dla nas jako zespołu ten koncert na Sátanie był punktem zwrotnym. Dzięki niemu dostaliśmy zaproszenie na Inferno – zagraliśmy w John Dee, sala była pełna ludzi, to było spełnienie marzeń. Zabawne, jak przypomina to reakcję łańcuchową, wiesz…

To był wasz pierwszy w historii koncert za granicą, prawda?

Tak! Nigdy wcześniej nie graliśmy poza krajem, a teraz… zaczynamy snuć pewne plany.

Co powiesz na Polskę?

O, bardzo chciałbym zagrać w Polsce!

Z przyjemnością byśmy was tu gościli. Zatem za perkusją zasiadali kolejno Kári i Magnús – którego gra naprawdę przypomina pędzący pociąg czy inny huragan – a teraz jest z wami Kristján, który dołączył do zespołu w tym roku. Jak tak częste zmiany wpływają na spójność grupy, biorąc pod uwagę wspomnianą przez Ciebie dynamikę? I jak to jest pracować z Kristjánem?

Moim zdaniem perkusistów zawsze jest najtrudniej znaleźć. Głównie dlatego, że wielu z nich gra jednocześnie w kilku zespołach. To samo dotyczy basistów – sam mam to na sumieniu [śmiech]. Kristján od dawna jest legendą tutejszej sceny. Grał w takich grupach jak Myrk, Kontinuum czy Momentum, a także w niezliczonych innych projektach, występując gościnnie choćby z Sólstafir. Wszystkie te zespoły to to, co uwielbiamy: black metal, rock progresywny, a nawet death metal. Współpraca z Kristjánem to zaszczyt. Warto też dodać, że jest on nie tylko świetnym perkusistą, ale i wspaniałym gościem. Jego etyka pracy stoi na niesamowitym poziomie, co jest niezwykle inspirujące.

Współpraca z Kárim, Magnúsem, a teraz z Kristjánem nauczyła nas szybkiego przystosowywania się do pracy z różnymi muzykami. Całe też szczęście, że te zmiany zachodziły w sposób naturalny i nigdy nie były wymuszone.

Nie mogę się doczekać zobaczyć go z wami na scenie. Bardzo jestem ciekawa. Na tych ostatnich koncertach byłam pod sporym wrażeniem. Zaś nowy materiał niesamowicie różnił się od muzyki, którą graliście na wcześniejszych występach, jakie widziałam.

Masz na myśli Andkristni 2025?

Mhm, zwłaszcza ten.

Tak, to był pierwszy koncert, na którym zagraliśmy nowy album w całości. Mieliśmy też gości, którzy wystąpili z nami.

A tak, Kári i Dagur?

Tak, Kári i Dagur, a na trąbce zagrał mój ojciec. Tata jest trębaczem i bardzo chciałem to uwiecznić na tej płycie. Wszyscy oni występują na albumie, a na koncert premierowy też planujemy ich zaprosić na scenę. Bardzo się z tego cieszę. Wprowadzenie sekcji dętej, nagranie taty i uwiecznienie tego elementu – to było dla mnie bardzo ważne. Tata nie słucha metalu, ale nauczył mnie mnóstwa rzeczy o muzyce – właściwie wszystkiego, co wiem. Jest muzykiem i kompozytorem, ale działa w zupełnie innym obszarze. Nie jest pewien, czym jest blast beat, ale ja nie potrafię pisać muzyki na orkiestrę [śmiech].

O tak, to piękna współpraca. Kiedy Twój tata wszedł na scenę i rozbrzmiała trąbka, byłam bardzo zaskoczona, a zaraz potem poczułam ciarki. Ten utwór jest zachwycający i prawdopodobnie  stanie się jednym z moich ulubionych na nowej płycie.

Dziękuję, to Svartir svanir – również dla mnie jest jednym z faworytów. Kiedy po raz pierwszy zagraliśmy ten kawałek na żywo tamtego wieczoru, był to dla mnie niezwykle osobisty moment – ​​dzielenie sceny z ojcem i najlepszymi przyjaciółmi.

W obu singlach i – sądząc po tamtym koncercie – na albumie jako całości dzieje się naprawdę wiele. Mamy syntezatory w intrach i outrach, absolutnie piękne riffy, chóry, na przykład w pierwszym singlu, Andvana. Albo żeński wokal i ten niesamowity, dysonansowy riff w drugim singlu. To wszystko wygląda na wejście na zupełnie nowy poziom.

Żeńskie wokale w Andvana wykonuje Þórhildur z zespołu Geðbrigði – jednej z najbardziej ekscytujących grup na tutejszej scenie. Dodam, że jej głos pojawia się w wielu miejscach na płycie, na przykład w Valdníðsla czy Drottinn fyrirgefur allt. A w tym ostatnim słyszymy też Hallę z Dánarfregnir i World Narcosis – legendarnej formacji, która niestety w tym roku zakończyła działalność.

Taa… Drottinn fyrirgefur allt, drugi singiel, otwiera album. Tytuł oznacza „Pan wybacza wszystko”, a cały zamysł opiera się na czystej ironii. Możesz pomyśleć, że to jakaś chrześcijańska pieśń czy coś takiego. Tymczasem ten kawałek mówi o okrucieństwach i koszmarze, jakie ludzie fundują innym ludziom oraz całej planecie – ale przecież „wszystko w porządku, bo Pan Ci wybaczy”. Myślę, że wielu ludzi chowa się za świętymi księgami i hasłami w stylu „po prostu odpuść”, co jest cholernie przerażające. Weźmy choćby systemowy ucisk czy trwające wojny – wszystko to w imię przekonania o własnej racji. Albo dla pieniędzy, czy czegoś w tym guście. Chciwość to motyw, który najczęściej przewija się na tym albumie.

Tytuł albumu oznacza „Spalone ruiny i huczące wybrzeża”, a okładka stanowi wizualne odzwierciedlenie treści zawartych w tekstach. Pełna grafika znajdzie się na wkładce: zobaczysz na niej masowe groby i wiszące ciała, a także klif z białą flagą i dwoma mężczyznami – biała flaga oczywiście symbolizuje kapitulację – którzy zakładają sobie pętle na szyje, skaczą w przepaść i kończą to szaleństwo. Coś jak wspomagane samobójstwo, tyle że w wykonaniu tych 0,1% ludzi, którzy niszczą wszystko nam wszystkim.

Z drugiej strony widać wieżę z kości słoniowej – piękną, nieskazitelną, jasną. To ma obrazować postawę wielu ludzi w dzisiejszym świecie: zamykających się w swoich wieżach, odwracających wzrok od zła dziejącego się wokół i żyjących w nieświadomości. Co tak naprawdę w żaden sposób nie pomaga w naprawie naszych wad.

I tu myślę, że pierwszym krokiem do zmiany czegokolwiek na lepsze – przynajmniej dla samego siebie – jest świadomość tego, co się dzieje, a także refleksja nad własnymi odczuciami i reakcjami organizmu i układu nerwowego na te wszystkie wiadomości i ciągłe przebodźcowanie mózgu. Budzimy się rano i pierwszą czynnością jest sprawdzenie Facebooka, a tam zawsze trafiasz na coś negatywnego.

Ostatnie badania wskazują, że ma to ogromny wpływ nie tylko na nastrój, ale i na funkcjonowanie całego organizmu.

Dokładnie tak. To ogromny stres, a do tego masz wrażenie, że bardzo łatwo się irytujesz. Stres potrafi „wybrać” sobie miejsce w ciele i powoli je niszczyć. Mówię z własnego doświadczenia: dolna część mojego kręgosłupa jest kompletnie rozjebana – z pewnością przez częste granie koncertów i wkładanie całego siebie w każdy występ. Ale myślę też, że to stres objawiający się fizycznie, jakby „czepiał się” konkretnej części ciała; to bardzo realne i dziwne zjawisko, a zarazem fascynujące. Najlepszym sposobem, by coś z tym zrobić, jest rozejrzenie się wokół, ale też przyjrzenie się samemu sobie.

Większa samoświadomość.

Mhm.

Jest jednak druga strona medalu: popularny na Zachodzie trend uważności, mindfulness, który stał się tak modny, że jest nadużywany.

Tak! To coraz bardziej staje się sztuczne, na pokaz: „bądź uważny”, „wstawaj o piątej rano, rób to i tamto” – a ty myślisz sobie: „what the fuck?”. Zwłaszcza w erze sztucznej inteligencji, w naszym dzisiejszym świecie, w którym każdy dosłownie kreuje swój wizerunek na użytek innych. Na Instagramie cały czas posty: „Wstaję o piątej rano, biegam pół godziny – jak każdego ranka”. Jasne, może ci ludzie chcieliby, żeby tak było. Ale każdemu zdarzają się gorsze dni. Łatwo się to zaraz wpisuje w narrację, że nie ma miejsca na porażkę. A przecież jesteśmy niedoskonali, wszyscy popełniamy błędy i robimy kurewsko niefajne rzeczy – bo tylko na to nas stać – ale niektórzy brną w to dalej, a inni nie; większość nie, choć są tacy, którzy nie czują żadnych wyrzutów sumienia, co jest po prostu przerażające.

Newsy o tym, że znajoma wstaje o piątej rano, idzie biegać, pije smoothie i to wszystko w perfekcyjnym pełnym makijażu – albo to tylko Photoshop – a do tego znajduje czas na pracę i dzieci, mogą być dla wielu właśnie tymi negatywnymi informacjami, o których wspomniałeś. Czują, że sami coś w życiu spierdolili, bo robili za mało i nie tak.

Dokładnie. Tymczasem chodzi o to, by żyć po swojemu i robić to, czego naprawdę pragniesz. I w sumie nie trzeba koniecznie prowadzić w pełni takiego życia, ale jeśli chcesz coś zrobić i już wskakujesz do tego pociągu, musisz to zrobić porządnie i dać z siebie wszystko. Jeśli jednak czegoś tak naprawdę nie chcesz, czasem trzeba usiąść i zadać sobie pytanie: „Jak bardzo mi na tym zależy?”… Dla mnie wydanie tego albumu było niezwykle ważne – osobiście. Nie wiem, czy reszta chłopaków z zespołu czuła to samo – wiedzieliśmy po prostu, że „ta płyta musi wyjść, nieważne, ile to potrwa”, ale… Kurczę, zgubiłem wątek, a miałem coś na myśli… [śmiech]

To nie jest album idealny w tradycyjnym sensie. Jest całkowicie autentyczny, a zarazem pełen niedoskonałości – wiesz, nie jest wypolerowany na błysk czy coś w tym stylu. Ale wracając do tego całego syfu z influencerami, który widzisz wszędzie – AI, retuszowanie zdjęć i tak dalej… Dzisiaj to właśnie niedoskonałość jest prawdziwym powodem do dumy. Posiadanie czegoś niedoskonałego, może nieco surowego, albo nagrań wokalu, w których słyszysz, że krzycząc, sprawiam sobie ból [uśmiech] – to właśnie w muzyce stanowi o prawdziwym człowieczeństwie. I myślę, że właśnie tego szuka wielu ludzi, nawet jeśli nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Bo kiedy karmisz się tym całym syfem, który wciska ci się wszędzie, po prostu czujesz zmęczenie. Porównywanie się do innych to prawdziwy złodziej radości; jeśli ciągle tylko przeglądasz treści i patrzysz na ludzi wiodących „idealne” życie – które w rzeczywistości wcale tak nie wygląda – zaczynasz nienawidzić samego siebie. To kolejna dawka trucizny w toksycznym społeczeństwie, budowanym w tym kierunku przez lata, a my teraz ponosimy tego konsekwencje.

Wczoraj, podczas panelu Nergala i Dagura, Nergal mówił o naturalnej surowości i niepokorności Misþyrming i o tym, że nie dążą do sztucznej perfekcji. Ty przed chwilą wspomniałeś o czymś podobnym i myślę, że może to być jedna z cech definiujących islandzką muzykę, zwłaszcza black metal. Bo ilekroć słucham czegoś z Islandii – ostatnio było to Carpe Noctem, które już znałam, ale jakimś cudem teraz pierwszy raz słuchałam Vitrun

To  świetny album.

Tak! No i miałam ciarki podczas tego słuchania – a było to w biurze, podczas pracy, w słuchawkach. Pomyślałam wtedy, że nawet gdybym nie wiedziała, że to muzyka z Islandii, domyśliłabym się tego po samym brzmieniu. Jest w nim coś wyjątkowego… W wywiadach czy podczas dyskusji często powtarzacie: „ludzie twierdzą, że islandzki metal jest tak unikalny, oryginalny i charakterystyczny, ale my sami tego tak nie odbieramy”. A jednak my, ludzie spoza Islandii – spoza waszej bańki (nie w negatywnym sensie) – naprawdę to czujemy i słyszymy.

To bardzo interesująca sprawa. W zeszłym semestrze pisałem o tym pracę licencjacką – o tym, co sprawia, że ​​islandzka scena wygląda tak, a nie inaczej , oraz o tym scaleniu muzyki jako całości. Jak wspominałem na panelu, wszyscy tworzymy jedną scenę: nie ma u nas osobnej sceny deathmetalowej czy blackmetalowej – ludzie po prostu uczestniczą w obu rodzajach wydarzeń. Nie mamy też zbyt wielu klubów. Wszyscy się przyjaźnimy i jesteśmy bardzo zżytą społecznością. Punkowcy chodzą na koncerty blackmetalowe, fani jazzu na występy muzyki elektronicznej – i tak to wygląda w przypadku niemal każdego gatunku, nie tylko metalu.

Podziwiałem na przykład chłopaków z Misþyrming, gdy miałem jakieś 13 czy 14 lat. Kiedy ukazała się Algleymi – miałem wtedy 16 czy 17 lat – pomyślałem: „Ja pierdolę, poprzeczka się podniosła”. Teraz jesteśmy bliskimi przyjaciółmi, spędzamy razem czas, słuchamy tego samego, rozmawiamy o muzyce. Wspieramy się nawzajem – zarówno muzycznie, jak i po prostu jako kumple. To wszystko wchodzi na głębszy poziom, na którym nie chcesz być przeciętny i wypuścić po prostu kolejnego albumu. Chcesz stworzyć coś więcej, coś, co niesie głębszy przekaz, co wykracza poza samą muzykę – coś, co jest swego rodzaju manifestem, a zarazem formą katharsis w życiu. Przynajmniej ja tak to czuję.

Na naszym nowym albumie są w większości dość stare kawałki, pochodzące z lat 2021–2022. Towarzyszyły mi od dawna, więc w pewnym momencie przestałem o nich intensywnie myśleć. Ale kiedy zaczęliśmy nagrywać perkusję, dotarło do mnie: „Dobra, to się dzieje naprawdę”. Wtedy właśnie poczułem, że to jest moja misja i nic innego się nie liczy. Byłem z Dagurem w studiu niemal na każdym etapie prac; obserwowałem, jak edytuje ścieżki perkusji, siedziałem tuż obok i przyglądałem się, jak pracuje w swoim własnym studiu.

Zazdroszczę, chciałabym zobaczyć go przy pracy.

Tak! [uśmiech] Staram się chłonąć jak najwięcej, będąc w tym szczęśliwym momencie życia, w którym czuję, że się teraz znajduję – mogę obserwować przy pracy człowieka, którego od lat podziwiam; on też uczy mnie co nieco w trakcie tego procesu. Współpraca z nim przy produkcji albumu była świetnym doświadczeniem. Efekty tego słyszę teraz wyraźnie, gdy wracam do tej płyty.

W wywiadzie, który przeprowadziłam z Dagurem dwa lata temu, rozmawialiśmy o muzyce jako medium łączącym ludzi, niezależnie od kultury czy narodowości. Podczas panelu z Twoim udziałem mówiłeś o uczuciach i ich wpływie na muzykę. Ale myślę teraz o słuchaczach, którzy – tak jak ja – reagują na nią gęsią skórką, szybszym biciem serca, przyspieszonym oddechem czy nagłym przypływem emocji. Czy uważasz, że muzyka ma też sprawiać, żeby ludzie po prostu zaczęli coś czuć?

Cóż, powiedziałbym, że dla mnie – i nie sądzę, by to się zmieniło – właśnie na tym polega istota muzyki. Tak jak mówisz: nie liczy się narodowość, pochodzenie, wiek ani nic z tych rzeczy. Każde dziecko zna melodię piosenki o kolorach czy alfabecie – nawet te dzieci, które nie mówią po islandzku. Pracowałem kiedyś w przedszkolu: islandzkie dzieci śpiewały, ale polskie – choć nie znały języka – też się przyłączały, bo rozpoznawały melodię. Dla niektórych osób muzyka jest też po prostu świetnym sposobem na zapamiętywanie rzeczy dzięki melodii.

Podobnie jest, gdy przekłada się to, co wewnątrz, na coś zewnętrznego: kiedy tworzy się z czystych emocji, ludzie zazwyczaj to wyczuwają. Choć myślę też, że jest to nieco przerażające – wystawianie własnych emocji na widok publiczny, by inni mogli ich słuchać, wiesz… bo to w końcu bardzo osobista sprawa.

Odkrywasz się.

To trochę tak, jakby wyjść na ulicę… nago [uśmiech]. Każdy może przeczytać tekst i zinterpretować go po swojemu. Trochę w duchu tego, o czym mówił Gísli podczas panelu: kiedy w utworze nie ma słów – żadnego „zabiję cię” czy „hail Satan” – albo jest ich niewiele, to wszystko pozostaje nieco niejasne i otwiera szerokie pole do interpretacji. Ja jednak wiem, o czym są moje teksty, i niekoniecznie czuję potrzebę, by dokładnie tłumaczyć ludziom, o co w nich chodzi. Dla mnie to nie ma większego znaczenia; to jak zamknięcie za sobą drzwi i pójście dalej przez życie. Te utwory odnoszą się do wielu trudnych spraw, z którymi mierzyłem się w przeszłości – a przelanie tego na papier i dopasowanie melodii było moim sposobem, by się z tym wszystkim uporać…

Zazwyczaj, kiedy piszę muzykę i wchodzę w stan flow, czuję się fatalnie. W głowie kłębi mi się mnóstwo myśli – o czymś rozmyślam albo coś mnie mocno trapi – i wtedy udaje mi się to podczas nagrywania przelać na komputer. Kiedy po wszystkim odsłuchuję materiał – a zajmuje to zwykle kilka godzin, choć bywa różnie, bo czasem kończę utwór błyskawicznie – jest to nagle przytłaczające. Czuję ciężar na piersi, jakby leżały na niej kamienie; myślę sobie: „Wow!”. Słucham tego i zastanawiam się: „To powstało z niczego!”. Ale przecież skądś się wzięło. Tylko, kurwa, skąd?

Brzmi to, jakbym był pod wrażeniem własnych umiejętności – absolutnie nie jestem – chodzi raczej o poczucie, że nie miałem pojęcia, że kryje się we mnie coś takiego, że w ogóle wpadnę na taki pomysł; do dziś tak naprawdę nie wiem, skąd to się bierze. Jest taki jeden utwór – czwarty na płycie – zatytułowany Valdníðsla, co oznacza „nadużycie władzy”. To jedyny utwór… nie, jeden z dwóch, które napisałem całkowicie samodzielnie, włącznie z tekstem. Pamiętam tamtą noc – praca nad tym kawałkiem zajęła może ze trzy godziny. Pamiętam, jak słuchałem dema – była druga czy trzecia nad ranem – i pomyślałem: „what the fuck?”. Czułem, jakby w mojej piersi otworzyła się wielka wyrwa.

Rzeczywiście brzmi jak prawdziwy flow.

A jeszcze trzy godziny wcześniej nie miałem nic! W głowie pustka, w komputerze nic – i nagle… powstał cały, czterominutowy utwór. To bardzo melancholijna kompozycja; ciągle zastanawiam się, skąd ona właściwie przyszła. Czy stąd [wskazuje na głowę], czy stąd […i na pierś], a może skądinąd? Nie jestem pewien i nie wiem, czy kiedykolwiek sam to rozwikłam, ale tak to właśnie czuję.

Kiedy nie wiesz, skąd coś płynie, to na pewno pochodzi z serca.

Zgadzam się. Uważam, że to wspaniała sprawa – mieć taki wentyl bezpieczeństwa, gdy wokół tyle się dzieje. Oczywiście nie każdy wybiera właśnie taki; jest w końcu tyle dróg i sposobów, ale ja jestem naprawdę dumny, że muzyka jest obecna w moim życiu.

Według mnie sztuka ogólnie jest niezwykle ważna i pomocna w radzeniu sobie z emocjami.

Absolutnie, zgadzam się z Tobą. To bardzo ważne.

Zatem… czy mówimy tu też o użyciu pewnych substancji, które mogą pomóc wywołać i utrzymać tak silny flow, jaki opisałeś?

Właściwie to nie. Ten stan pojawia się i znika; nie wydaje mi się, żebym miał wpływ na to, kiedy to następuje. Czasami pisanie idzie opornie, a innym razem wszystko szybko wskakuje na właściwe tory. Podchodzę do sztuki bardzo poważnie. Zazwyczaj nie komponuję pod wpływem żadnych używek.

Jeszcze jedno pytanie a propos Forsmán. Zawsze zaskakuje mnie, jak bardzo inaczej wyglądasz na scenie.

Já, często to słyszę [śmiech].

Teraz wyglądasz jak zwykły chłopak – przyjacielski i uroczy…

Dziękuję!

Ale na scenie zmieniasz się w demona. I nie chodzi tylko o corpsepaint czy brak okularów – musi kryć się za tym coś więcej. Dla mnie taka transformacja jest czymś normalnym – i fascynującym – ale siła twojej przemiany jest wręcz szokująca. Który więc – ten tutaj, czy ten na scenie – jest prawdziwym Viktorem?

O, to trudne pytanie. W sumie… miałem sporo czasu, by się nad tym zastanowić. Wiele osób mi to mówiło – zwłaszcza znajomi, którzy znają mnie prywatnie i nie słuchają metalu, a potem przychodzą na koncert i reagują w stylu: „co do ch**a?” [śmiech]. Rzecz w tym, że wyjście na scenę budzi we mnie cząstkę, która jest niezwykle żywa i zawsze we mnie tkwi. Myślę, że każdy nosi w sobie taką wersję siebie, kogoś, kto jest szalony… albo ma po prostu wiele do powiedzenia. Ja mam okazję dać temu upust podczas tych czterdziestu minut grania i… nie mam wtedy żadnych hamulców.

Ważne dla mnie jest, że każdy mój ruch na scenie, wszystko, co robię, wynika z konkretnego zamysłu – ale też wkładam w to naprawdę całe serce. Nieraz już doznawałem kontuzji na scenie; włącznie z takimi, że nikt nie mógłby powiedzieć: „o, zrobił to specjalnie”. Mam tu bliznę na twarzy – założyli mi 12 szwów, kiedy rozbiłem sobie czoło o statyw mikrofonu [śmiech].

Sam nie wiem… po prostu wyrzucam z siebie tę energię, a jednocześnie wydzieram się na trudne tematy, w tym z mojego życia osobistego – to naprawdę przypomina przeżycie religijne.

Bo dla mnie nie liczy się tylko muzyka. Muzyka jest oczywiście ważna, ale liczy się też rock and roll – to jest istota rzeczy: wyjście na scenę, utrata kontroli, totalne szaleństwo,. Nigdy tego nie planuję, to po prostu się dzieje, a muzyka mnie porywa. To jak wejście w trans. Brzmi to banalnie, ale… tak właśnie jest.

I cóż, to, co ludzie sobie o mnie myślą – że to dziwne, czy cokolwiek – mam to gdzieś. Ch*j mnie to nie obchodzi. Dla mnie to po prostu niezwykle ważny element. Nawet jeśli wiąże się z poświęceniem – mam 23 lata i właściwie niszczę sobie organizm. Ale niczego nie żałuję.

Dla mnie to bardzo artystyczne, kiedy twórca na scenie staje się całkiem innym człowiekiem, dlatego się temu nie dziwię. Czy w tym całym szale w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co dzieje się pod sceną?

Nic nie widzę, kiedy jestem na scenie [śmiech]. Nie noszę na niej soczewek ani nic takiego, więc… Ale dla mnie istotne jest właśnie to, że nie widzę ludzi, nie widzę, kto mnie ogląda – to tworzy swego rodzaju barierę między mną a tym, co poza sceną. Nic nie widzę, więc liczę się tylko ja i muzyka. I to jest to, co uwielbiam. To, co uwielbiam.

Ja zaś bardzo lubię obserwować takie zespolenie artysty z jego muzyką. Z drugiej strony nic dziwnego, że w tym transie wpadasz na statyw, skoro nie masz soczewek. Czy rezygnujesz z nich celowo – po to, żeby zbudować tę barierę?

Występuję na scenie, nie widząc zbyt wiele, właściwie odkąd pamiętam, i na tym etapie stało się to już częścią całości. Nigdy nie planowałem tworzenia tej „bariery” między mną a publicznością. Jest po prostu mniej o jedną rzecz, o której się zwykle myśli podczas występu.

Viktor, jesteś wspaniałym rozmówcą – tak wspaniałym, że zostało nam już tylko 10 minut do koncertu Barnaveiki.

A nie chcemy tego przegapić.

Mam kilka pytań dotyczących festiwalu Andkristni. Jego 26. edycja odbędzie się w Reykjavíku w dniach 17-19 grudnia. Powiedz mi proszę, jaka była pierwotna idea tego festiwalu i w jaki sposób Worship Bookings przejęło jego organizację.

Wszystko zaczęło się od Addiego z Sólstafir i Siggiego z Forgarður Helvítis, a impulsem była tysięczna rocznica przyjęcia chrześcijaństwa na Islandii. Powstał wtedy wielki, zabierający miliony z pieniędzy podatników projekt zorganizowania Kristnihátið [Festiwalu Chrześcijańskiego] w Þingvellir. Okazał się on jednak kompletną klapą. Rząd sfinansował to z pieniędzy obywateli, a nikomu się to nie podobało. Dlatego ci dwaj postanowili zorganizować Andkristnihátið [Festiwal Antychrześcijański]. Od początku miało to więc wymiar polityczny, w duchu: „nie oddamy wam naszych pieprzonych podatków, pieprzcie się, to wszystko bzdury”.

Czy już wtedy planowali termin grudniowy?

Tak, w okresie przesilenia zimowego. Zawsze odbywa się to w najkrótsze dni roku, to część rytuału. Organizowali to przez kilka lat, potem pałeczkę przejęli inni, a następnie chłopaki z Misþyrming – jako Vánagandr. Gdy zrezygnowali po 2022 roku, przekazali pochodnię mnie i Haukurowi. Mieliśmy trzy miesiące na przygotowanie festu, wtedy odbywał się w klubie Gaukurinn. Dwa wieczory, dziewięć zespołów. Potem odezwała się do nas Francesca. Najpierw pracowała dla „Reykjavík Grapevine” i robiła z nami wywiady o Andkristni, a teraz wyraziła chęć pomocy – więc się zgodziliśmy. Nasza współpraca układała się świetnie. Gdy we trójkę zajęliśmy się wydarzeniem, a Francesca dołączyła do Worship, przenieśliśmy imprezę do Iðnó. A teraz stwierdziliśmy: „wejdźmy na wyższy poziom”. No i Andkristni jest dziś większe niż kiedykolwiek wcześniej.

Zawsze to była tylko jedna czy może dwie noce i występowały głównie lokalne zespoły, a teraz zapraszamy więcej wykonawców z zagranicy i grupy niekoniecznie grające black metal – takie, w które wierzymy. Na przykład Sót, który zagra w tym roku; oni robią stoner/sludge. To młodzi ludzie, tworzą świetną muzykę i chcemy, żeby wystąpili na naszym festiwalu, a jednocześnie pozostajemy wierni temu, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Dla nas ważne jest, że jeśli idziesz na festiwal blackmetalowy – a Andkristni jest znany jako festiwal blackmetalowy – dobrze jest mieć w składzie kilka zespołów spoza tego gatunku. Chodzi o to, żeby dać ludziom chwilę oddechu, ale też o to, że takie kapele robią wtedy znacznie większe wrażenie – uważamy to za bardzo istotną kwestię.

Ciekawy jest też termin tuż przed Bożym Narodzeniem.

Zgadza się!

Ilu gości z zagranicy przyjechało w zeszłym roku? Mówiło się o rekordowej frekwencji.

Tak, padł rekord w liczbie turystów, osób z zagranicy, zwłaszcza w związku z koncertem Forteresse. Mieliśmy sporo szczęścia: byliśmy jednym z pierwszych festiwali, które ogłosiły ich występ – chyba drugim po brytyjskim Fortress Festival, który jako pierwszy zapowiedział ich powrót na scenę. Podobnie wygląda sytuacja w tym roku z Agalloch, o ile dobrze pamiętam. Wygląda na to, że będzie to ich jedyny koncert w Europie w tym roku. Grają głównie w Stanach – w końcu stamtąd pochodzą. Pewnie dzięki temu ponownie będziemy mieli wiele gości z zagranicy. Kiedy zobaczyłem ogłoszenie o występie Agalloch, pomyślałem: „Dobra, jedziemy z tym”.

Poza zajebistym lineupem – jak zachęciłbyś ludzi do przyjazdu na Andkristni?

Andkristni nie przypomina większych islandzkich festiwali, takich jak Eistnaflug czy Sátan… To tak naprawdę najlepszy sposób, by poczuć autentyczny lokalny klimat w samym sercu Reykjavíku, bez dystansu typowego dla wielkich imprez, gdzie nie sposób zbliżyć się do artystów. Wszyscy bywaliśmy na festiwalach, gdzie zespoły dają zajebisty koncert, a potem znikają i tyle ich widziałaś – tutaj wszyscy spędzamy czas razem.

To po prostu znów – nasza zunifikowana scena; zapraszamy kilku headlinerów, przyjeżdżają ludzie z zagranicy, obserwują, jak to robią Islandczycy, i doceniają undergroundową atmosferę. Weźmy choćby Misþyrming: dają piekielnie dobry występ, jak w zeszłym roku, a potem wszyscy po prostu siedzimy przy barze i rozmawiamy; nikogo się nie izoluje, nikt nie mówi „nie, nie mogę teraz rozmawiać” czy coś w tym stylu. Ze wszystkimi zespołami – nawet tymi zagranicznymi – po prostu spędzaliśmy czas; atmosfera jest kameralna i zżyta. W sumie jak spotkanie z kumplami. Tak się też oczywiście często czuję na festiwalach za granicą – kiedy mam poczucie, że to moje miejsce. Sposób funkcjonowania islandzkiej sceny i to, jacy my jesteśmy dla siebie nawzajem, jest dość wyjątkowy. Patrząc na to w ten sposób, Andkristni to najlepszy sposób, by tego doświadczyć.

Tak, dla mnie też ważna jest ta swojska, przemiła atmosfera. Wygląda na to, że jest to typowe dla islandzkich festiwali metalowych, bo czuję to również na Sátanie czy na pierwszym Hellfoss. Jednak w grudniowym Reykjavíku nabiera to jeszcze dodatkowego wymiaru – ale o tym może innym razem. Czy chciałbyś coś jeszcze dodać albo powiedzieć więcej o Forsmán lub Andkristni na koniec naszej rozmowy?

Já. Nasz pierwszy pełniak ukaże się 26 czerwca [rozmowa odbyła się pół miesiąca przed premierą] nakładem Vesperian Records, a koncert premierowy odbędzie się 17 lipca w Iðnó – tym samym miejscu, w którym robimy Andkristni. To piątkowy wieczór – serdecznie wszystkich zapraszamy.

Bardzo dziękuję za Twój czas, to była świetna rozmowa.

Bardzo dziękuję! Zatem teraz chodźmy na koncert.

 

Fot. Red Illuminations (pierwsza), Void Revelations

 

(Visited 1 times, 32 visits today)

O autorze: Marta

„You never see me cause I´m always alone”
Tagi: , , , , , , , , , , , .

Jedna odpowiedź do FORSMÁN: „Niedoskonałość to w muzyce prawdziwe człowieczeństwo”

  1. Pingback: 26. edycja festiwalu Andkristni już w grudniu - KVLT | KVLTowy news

Dodaj komentarz