G’AMES (Mysthicon, ex-Lux Occulta): „metal jest dla mnie azylem”

10 lat temu powstał zespół MYSTHICON, którego skład na samym początku został owiany tajemnicą. Po pięciu latach wydali debiutancki album „Silva-Oculis-Corvi„. Po kolejnych pięciu latach własnym sumptem na CD i winylu wydadzą drugi studyjny album zatytułowany „Bieśń„.
Nie zagrali jeszcze żadnego koncertu, ale…..spoilerując – ma się to zmienić i to już wkrótce.
O zespole Mysthicon jak i poprzedniej muzycznej działalności w Lux Occulta rozmawiamy z Grzegorzem Kapłonem ukrywającym się pod pseudonimem G’Ames.


Początek zespołu datuje się na rok 2015. Jednak debiutancka EPka ukazała się dopiero w 2019 roku. Jak powstawał Mysthicon i dlaczego to wszystko tyle trwało?

Sam pomysł Mysthicona pojawił się w 2015 roku, kiedy miałem już ułożone dwa numery i szukałem na początek drugiego gitarzysty w celu kompletowania składu. Przypadkowo dowiedziałem się, że w Dukli działa młody zespół, w którym gra Szymon Hadała. Umówiłem się z nim na spotkanie i od razu, mimo sporej różnicy wieku, dobrze się dogadywaliśmy. Prawie w każdy piątek wyjeżdżaliśmy do Wietrzna – na salkę prób Zbyszka Szubrychta, który zasiadał za perkusją w ramach takiego „jam session”.

Z Szymkiem usiedliśmy do nagrania demo zawierającego poprawione utwory, z którym udałem się później do studia Tomka Gilewskiego. Z Tomkiem znamy się już od dzieciństwa, razem chodziliśmy do jednej klasy szkoły średniej. Sam działał i robił dużo muzyki, zakładając choćby już w latach 80. zespół Terror – później przekształcony w Haemorrhage. Wyjeżdżał od Izabelin Studio, gdzie współpracował z Andrzejem Karpiem (Agressive69, Sweet Noise, Hunter, Nosowska). Po wysłuchaniu demo Tomek zaproponował zarejestrowanie materiału bardziej profesjonalnie, jednak pierwszym i najważniejszym wyzwaniem było skompletowanie całego składu. W międzyczasie Szymon przeprowadził się do Krakowa, i przyjeżdżał tylko raz lub dwa na miesiąc. Współpraca z Tomkiem układała się dobrze, więc zaczęliśmy razem pisać inne kawałki. Finalnie udało nam się nagrać kolejne cztery utwory do wersji demo. Mając nagrane dwie gitary, ułożoną perkusję w postaci MIDI oraz partie klawiszowe dograne przez Jerzego Głoda do dwóch utworów i Tomka do reszty kawałków, podzieliłem się pierwszymi efektami z grupą znajomych, którzy twierdzili podobnie – brakuje życia w postaci żywych instrumentów.

Wysłałem utwory w formie MP3 do Bartka Krysiuka, który po przesłuchaniu materiału zgodził się nagrać wokale. Dodatkowo zaproponował Tomka Halickiego na bas oraz Pavulona na perkusję. Każdy z nas w tym czasie normalnie pracował, więc pozostały nam wolny czas w całości poświęcaliśmy na nagrywanie. Andrzej Karp ze szczególnym zaangażowaniem swojego mistrzowskiego ucha oraz pomocy Tomka Gilewskiego i Mashtala nagrał bębny, na których zasiadł Pavulon później wyselekcjonował najlepsze dźwięki. Na przełomie 2016/2017 mieliśmy już nagraną perkusję, bas, więc ostatnim elementem było zarejestrowanie wokali. Batushka była, można powiedzieć, na topie i grała sporo koncertów, więc nagrania wokali musieliśmy przełożyć na późniejszy termin. Ostatecznie udało się je zarejestrować, jednak niestety pojawił się drugi problem – proces miksowania, którym zajmował się Malta. Podobnie jak Bartek z Batushką, w tym czasie dużo jeździł z Behemothem i mógł zajmować się obróbką materiału tylko w wolnym czasie. Biorąc te wszystkie komplikacje i przesunięcia w końcu, po czterech latach udało się zakończyć pracę i wydać album.

Tak więc, finalnie nad produkcją debiutanckiego albumu pracowało trio: Andrzej Karp, Tomasz Gilewski oraz Arkadiusz „Malta” Malczewski.

Ogłosiliście się jako supergrupa muzyków ze znanych na polskiej scenie kapel. Marketingowo zapewne miało to przyciągnąć ludzi, ale przyciągnęło również malkontentów, twierdzących, że to kolejny twór z ukrytym składem na wzór Batushki. Jak się do tego odniesiesz?

Teraz myślę, że pomysł był bardzo dobry, tylko pojawiły się przeszkody takie jaki rozłam Batushki i bardzo dużo negatywnych opinii skierowanych w Bartka. Później dodatkowo doszedł nieszczęsny Covid-19 i zablokowane koncerty, co znacząco ograniczyło nasze możliwości przełamywania tych porównań do Batushki, jednak przede wszystkim i co najważniejsze – zahamowało rozwój zespołu i spowodowało zawieszenie działalności na 3-4 lata. Jeśli udałoby się nam to zrobić rok lub dwa lata wcześniej, to na pewno losy Mysthicon potoczyłyby się inaczej, zwłaszcza biorąc pod uwagę zamieszanie w okresie, kiedy zbiegło się wydanie albumu i ogromny szum z Batushką.

Słuchacze dość szybko wychwycili, kto stanął za mikrofonem…

Trochę szkoda, że niesmak powodowany rozłamem w Batushce przeszedł na postrzeganie całego zespołu przez pryzmat wyłącznie jednej osoby. Nawet niektóre teledyski i odsłuch płyty zostały przez to zdjęte z Youtube’a i innych platform streamingowych, na co niestety nie mieliśmy kompletnie żadnego wpływu. Po wygaszeniu konfliktu przystąpiliśmy do ponownego wrzucania materiałów na media społecznościowe i platformy streamingowe, jednak niestety nie udało się już powrócić na pierwotne tory.

Teraz już chyba możemy ujawnić informację, że jesteś jednym z założycieli kultowej grupy Lux Occulta. Przedstaw proszę w skrócie jej historię. Jak wspominasz swoje początki z muzyką metalową i czy Mysthicon miał być albo jest kontynuacją muzycznej drogi, jaką podążałbyś, gdybyś pozostał w Lux Occulta?

Przygodę z metalem zacząłem w 6 lub 7 klasie podstawówki. Wtedy właśnie w Krośnie kupowało się większość kaset po tzw. „fajnej okładce „. Każdy brał po kilka sztuk, potem tymi kasetami się wymienialiśmy. Większość zespołów można było usłyszeć z Muzyki Młodych, która była nadawana od ‘85 do ‘90 roku w poniedziałki o 14. Jak pamiętam, czekało się z przygotowanym Kasprzakiem i kasetą do nagrywania. Najważniejsze w audycji było Top 20. Były jeszcze Metalowe Tortury czy Kuźnia. Kiedy coś wpadło w ucho, wtedy się kupowało na pewniaka. Inną inspiracją były ziny oraz Thrash’em All, w których jak jakaś płyta dostała 10, to musiała później pojawić się na półce. Tak wtedy kształtował się gust muzyczny.

Od zerówki chodziłem z Piotrkiem Szczurkiem do jednej klasy i to razem z nim założyliśmy zespół. Po zakupie pierwszej gitary od Gilka (produkcji czechosłowackiej) próby graliśmy u mnie w garażu. Wspominam ją jako „cudowną” gitarę, strojącą gdzieś do 10. Progu. Nie brzmiała jakoś wyjątkowo, ale ważne, że można było na niej grać. Piotrkowi kazałem kupić bas od znajomego. Pozostali koledzy to perkusista Piotrek Baran oraz wokalista o ksywie Metal, który nie potrzebował nawet mikrofonu do śpiewania. Darł się tak, że rezonująca blacha odbijała jego krzyki z powrotem do pomieszczenia. Tak powstał Blaspherion z Dukli, który u boku Haemorrhage dał kilka koncertów. Po jakimś czasie perkusista i wokalista wyjechali z Dukli, a Haemorrhage zawiesił działalność. W tej sytuacji z Piotrkiem Szczurkiem postanowiliśmy założyć nowy zespół o nazwie Lux Occulta.

Pierwsze próby odbywały się u mojego dziadka, który mieszkał nad sklepem spożywczym przy rynku. Dziadek o umówionej godzinie wychodził z domu. Panie, które pracowały pod mieszkaniem, wkładały watę do uszu i modliły się o szybkie zakończenie próby. W sklepie było tak głośno, że ludzie nawet nie chcieli wejść do środka. Po dołączeniu do zespołu Jurka Głoda przeprowadziliśmy się do lokalnego kina. Następnie dostaliśmy salę prób w tutejszym ratuszu oraz klucz do bocznych drzwi, więc robiliśmy próby kiedy nam się podobało. Po skomponowaniu pięciu numerów postanowiliśmy się udać do Sanoka i nagrać pierwsze demo w studiu u Manka. Po nagraniu i znalezieniu wydawcy w postaci Pagan Records przyszedł czas na wykonanie okładki. Pojechaliśmy do Trzciany nad tamtejszą rzekę, ja musiałem zanurkować, Jurek z Piotrkiem rzucali kwiatki na wodę, a Jarek robił zdjęcia z brzegu. Tak właśnie powstała najbardziej charakterystyczna black metalowa okładka, która dzięki temu, że była kolorowa, wyróżniała się na sklepowych półkach, wśród pozostałych czarno-białych okładek.

Muzykę do Lux Occulta układaliśmy we trójkę: Jurek, Piotr i ja. Każdy z nas słuchał innej muzyki, choć z Piotrem miałem bardzo podobny gust. Zawsze wolałem zespoły z dobrym klimatem, w których nie brakowało szybkich zmian tempa.

Nie powiedziałbym, że Mysthicon jest kontynuacją Lux Occulta, choć nie da się zaprzeczyć, że czasami słychać starzą erę tego zespołu. Na niektóre utwory do czasu „Dionysos” w Lux miałem znaczny wpływ i to zostaje w krwi, choć przez te 30 lat zmienił się nieco mój gust muzyczny i sposób komponowania utworów – niech każdy oceni to sam po wysłuchaniu najnowszego krążka, który ma się wkrótce pojawić.

Czy możesz wymienić 10 albumów, które miały największy wpływ na Twój gust muzyczny i wskazać, które z nich zrobiły na Tobie największe wrażenie?

Pewnie.
Running Wild – Gates to Purgatory.
Mniej więcej w 6 lub 7 klasie podstawówki z Muzyki Młodych udało mi się nagrać na kasetę cały album. Kawałki takie jak „Diabolic Force” czy „Adrian S.O.S.” były słuchane tysiące razy. Muzyka ostra, dzika, bezkompromisowa, bez zbędnych ozdobników, za to grana z pasją i młodzieńczym buntem. Jest to jedyna płyta Running Wild, której po latach słucham z wielką przyjemnością i nadal mi się nie znudziła.
Helloween – Keeper of the Seven Keys Part 2.
To pierwszy winyl, jaki kupiłem w krośnieńskiej Księgarni. Starszy kolega metalowiec mieszkający w bloku na parterze przy otwartym oknie cały czas słuchał Helloween, do dziś jest chyba największym ich fanem, jakiego znam. Z dwóch części Keeper of the Seven Keys zawsze wolałem drugą, bo jest bardziej melodyjna, a wokale Michaela Kiske zostają w głowie na długo.
KAT – Oddech wymarłych światów
W czasach szkoły średniej ten album był puszczany w kółko i dość często śpiewany przez wszystkich na imprezach, a kto się pomylił choć raz, stawiał małe co nieco. Jest kawałem historii Polskiej Muzyki.
Cradle of Filth – The Principle of Evil Made Flesh
Po wydanej demówce z niecierpliwością czekałem na pierwszą płytę. Wreszcie ukazała się w 1994. Połączenie surowości z kultowością, Cradle wyznaczyli nowy kierunek dla black metalu lat 90. Grali tak, jak nikt do tej pory nie grał, bardzo duża liczba zmian tempa, a wysokie, skrzeczące wokale Daniego Filtha, chociaż nietypowe, pasowały do ich stylu.
My Dying Bride – The Angel and the Dark River
To muzyka oparta na wolnych, ciężkich riffach, a Aaron po raz pierwszy w pełnej okazałości eksponuje swój żałobny, lamentujący wokal. Muzyka ciężka, ale przeplatana partiami skrzypiec i klawiszy. Album jest głęboki emocjonalnie, a atmosferą wyróżniał się między innymi doom metalowymi zespołami z tamtego okresu.
Moonspell – Wolfheart
Ten album wybrzmiewa mieszanką gotyku, brutalności i delikatnego folku, z wokalem balansującym między growlem a głębokim śpiewem. W 1995 Moonspell wywołał niemałą burzę na rynku metalowym po wydaniu tego albumu.
Samael – Ceremony of Opposites
Po dwóch płytach, na tej konkretnej Samael dokonał ważnego zwrotu stylistycznego, który odmienił jego dalsze losy. To pomost między mrokiem black metalu a chłodną melancholią. To przy tej płycie klawisz został po raz pierwszy wyeksponowany na front, jednak w porównaniu do wcześniejszych albumów nie stracili przy tym na mroku ani na ciężarze.
Phlebotomized – Immense Intense Suspense Phlebotomize
Płyta, którą polubiłem po którymś przesłuchaniu, ale słuchając jej nawet dzisiaj, robi na mnie wrażenie. Łączy brutalność death metalu z melodyjnością doomu. Ponad brutalność wybiera emocjonalną złożoność.
Sadness – Ames de Marbre
To jedno z najbardziej niedostrzeżonych dzieł doom metalu: muzyka ponura, melancholijna, surowa, powolna, intymna, a przede wszystkim transowa i przemyślana do perfekcji. Wydana w 1993 roku, jest jedną z lepiej zmiksowanych i nagranych, jakie znam.
White Ward – False Light
Niesamowity mix dark jazzu i black metalu, ze spokojnymi, klarownymi syntezatorami oraz mocnymi zmianami tempa w każdym utworze. Potężna mieszanka wokali, które balansują między brutalnością a subtelnością. Blasty i wrzaskliwe wokale stoją obok partii saksofonu i ambientowych fragmentów.

Piotr: Od czasu odejścia z LO, do powstania Mysthicon minęło prawie 20 lat. Nie tęskniłeś za tworzeniem muzyki i dzieleniem się nią z ludźmi? Co wtedy porabiałeś w życiu?

Po „Dionysos” miałem trudną sytuację osobistą, o której nie chcę zbyt dużo mówić. Wszystko, co związane z graniem, musiałem odstawić na jakiś czas. Oczywiście, gdy wszystko wróciło do tzw. normalności, postanowiłem spróbować jeszcze raz i podzielić się tym z innymi. Jasne, że tęskniłem za tworzeniem muzyki, myślę że te 20 lat przerwy dały mi nowe spojrzenie na muzykę, większe doświadczenie. Po 30 latach od pierwszej płyty nagrałem dwa covery Lux Occulta z całkiem nowym podejściem, dzięki czemu można zupełnie inaczej zrozumieć dany utwór.

Prywatnie pracowałem ponad 10 lat w molochu od zmierzchu do świtu. Człowiek był tak wyjebany po pracy, że nie miał chęci na nic. Zostawała sobota na mały reset. Dopiero po 35. roku życia wszystko zaczęło się małymi krokami normować.

W lutym bieżącego roku ukazało się krótkie video na waszym zespołowym fanpage’u. Czy mnie wzrok myli, czy Mysthicon AD 2025 to nowe wcielenie i nowi muzycy?

Ze składu pierwszej płyty zostałem Ja i Szymon. Jak wspomniałem, plan był taki, żeby na drugą płytę znaleźć lokalnych muzyków, mieszkających jak najbliżej Dukli. Myślę, że jest to zrozumiałe, ponieważ mając muzyków w okolicy, łatwiej jest zorganizować próby, porozumiewać się twarzą w twarz, czy spędzać czas wolny poza aspektami zespołowymi. Pierwszą, można powiedzieć, „zdobyczą” był Andrzej Czujko – perkusista z Sanoka, dalej, jeżeli dobrze pamiętam, następny zgłosił się Marek Gawroński – klawiszowiec ze Smolnika. Potem dzięki Andrzejowi dołączył Adrian Mięsowicz z Krosna, a na końcu dzięki Adrianowi i Andrzejowi – Mateusz Zawada – basista z Rzeszowa. Skompletowany skład zarejestrował już nowy materiał na nowy album i mam nadzieję, że to pozwoli nam w końcu zagrać koncerty odrzucone/odwołane z powodu pandemii i zawieszenia zespołu.

Zdradziłeś mi kiedyś, że szukałeś wokalisty o możliwościach wokalnych pasujących do muzyki Mysthicon. Ilu wokalistów było przed Adrianem?

Mając już ułożone kilka numerów, zacząłem szukać wokalisty – z początku szukałem wszędzie, ale na tamtą chwilę nie udało mi się nikogo znaleźć. Oczywiście pojawiło się parę osób chętnych, ostatecznie dwóch wokalistów spróbowało swoich sił. Jeden z nich nadawał na zupełnie innych falach i ciężko było nam się dogadać, drugi bardziej pasował do stylu Mysthicon, jednak miał już swój zespół i jemu chciał poświęcić cały dostępny czas. Adriana zaproponował nowy perkusista Mysthicon – Andrzej. Po 20 minutach i wysłuchaniu trzech numerów zaproponował, że zarejestruje swoje pomysły w domu i podeśle swoją wizję. Demo z wokalami wysłał już na drugi dzień i po wysłuchaniu stwierdziłem, że Adrian pasuje idealnie ze swoją paletą barw i technik wokalnych, od niskiego growlingu, po wysoki scream, z zachowaniem płynnego przechodzenia w czysty wokal barytonowy. Nazywając rzeczy po imieniu, po prostu strzał w 10.

Czy ponowne skompletowanie składu praktycznie od zera łączyło się z jakimiś problemami?

Pierwszym najważniejszym problemem była ograniczona liczba muzyków, którzy mogli się aktywnie zaangażować w działalność zespołu. Nie chodziło wyłącznie o zarejestrowanie nowego materiału, ale także o zrealizowanie planów koncertowych, próby, a więc przed wszystkim ich dyspozycyjność. Było to zadanie potwornie trudne, zwłaszcza biorąc pod uwagę tempo, w jakim dzisiaj żyjemy i czasowe ograniczenia – życie prywatne oraz zawodowe. W międzyczasie przewinęło się sporo muzyków, jednak ostatecznie kończyło się na zaledwie paru próbach, lub samej rozmowie. Udało się nawiązać współpracę z Markiem, współpraca z nim zażarła od razu. Jednak ogromne znaczenie podczas zbierania nowego składu miał tutaj Andrzej, dlatego też nazwałem go „zdobyczą”, bo ściągnął do Mysthicon swoich zaufanych muzyków i znajomych, aktywnie działających z nim do tej pory w innym projekcie: Adriana i Mateusza – to typ ludzi, którzy z marszu wiedzą, co mają robić.

A gdzie nagrywaliście materiał na nowe wydawnictwo?

Materiał był rejestrowany osobno przez każdego z muzyków w warunkach domowych, każdy organizował sobie małe studia, lub wykorzystywał już istniejące. Pozwala to bezstresowo i w spokoju wsłuchać się w poszczególne partie, zaaranżować oraz nagrać je w taki sposób, aby każdy był usatysfakcjonowany. Nie było presji czasu, każdy przesyłał nagrane motywy, kiedy były skończone. Ostatecznie wszystko trafiało do Adriana, do jego Tribe Five Studio, gdzie następował miks, a w finalnym etapie master. Takie elastyczne podejście poskutkowało tym, że niedługo po reaktywacji Mysthicona album był już praktycznie gotowy.

Piotr: Z jakiego sprzętu korzystaliście przy nagrywaniu gitar? Z jakiego ciekawego sprzętu Twoim zdaniem korzystała reszta zespołu?

Gitary, z których korzystaliśmy, to Dean Tyrant Bloodstorm – w moim odczuciu to gitara, która świetnie leży, świetnie brzmi, świetnie wygląda. Dodatkowo Legator Ninja Performance 7 z elektroniką od Merlina oraz 30-letni Presto Lang HSS SuperStrat jeszcze z czasów Lux Occulta, zmodyfikowana o przystawki Merlin. Ze wzmacniaczy można wymienić: Engl E646 Victor Smolski Ltd z kolumną Engl 412 na Celestion V30 oraz Peavey 5150 z kolumną Engla 412 na Celestion V60

Andrzej wykorzystał robioną na zamówienie Tamę Starclassic z tomami 8, 10, 12 cali, floor tomami 14, 16 cali, werbel Tama LST148 Sound Lab Snare oraz dwie sztuki Pearl Rocket, które wyraźnie słychać ze względu na dość charakterystyczne brzmienie. Talerze w większości marki Paiste serii Rude, Istanbul bell oraz Pearl Tri-Bells, jednak w przypadku tych ostatnich nie pamiętam, czy były one wykorzystane. I jako podwójna stopa Czarcie Kopyto serii Supreme. Wszystko osadzone na ramie Gibraltar – pomimo rozbudowanego zestawu wszystko składa i rozkłada się znacznie szybciej niż w przypadku standardowych statywów, a jest co.

Mateusz swoje partie basowe nagrywał na zmodyfikowanym przez siebie Ibanezie BTB805MS – multiscale, ze zmienionymi pickupami na Dingwall FDV oraz preampem Darkglass Tone Capsule V2.

Marek swoje partie klawiszowe, synthy nagrał, wykorzystując między innymi Korga M50, Akai MPC5000 oraz wirtualny syntezator Xpand! produkcji AIR Music Technology.

Tytuł nowej płyty to Bieśń. Co oznacza to słowo? Czy ma to związek z lokalnym dukielskim folklorem?

Tytuł albumu przede wszystkim nie odnosi się do żadnego słowa istniejącego w jakimkolwiek słowniku, w którym występowałaby jego definicja – przynajmniej taki mieliśmy zamysł. Jest to pewnego rodzaju gra słowna, w której ze względu na samo brzmienie może kojarzyć się z pieśnią, utworem, piosenką i poniekąd zapomnianym w mitologii słowiańskim biesem – kiedyś synonimem dla diabła, demona. Biorąc to pod uwagę, czy „Bieśń” ma jakieś konkretne znaczenie…? Niekoniecznie. Podobnie, jak naszej muzyce bezpośrednio ciężko podać jasną definicję, tak i dla tego słowa nie jest to łatwe. To też ciekawy zabieg, w którym tak naprawdę nie tylko my, a tak naprawdę każdy słuchacz może definiować jego znaczenie na wiele sposobów. Wszelkie próby zdefiniowania tego słowa w oparciu o muzykę i znaczenie tekstów będą poprawne, ale także zarazem błędne.

Opisz proszę nową płytę w kilku słowach. Kto jest odpowiedzialny za warstwę graficzną? Bo pierwszą oprawę graficzną na EPkę i album stworzył Tomek Halicki z Vader.

Nowa płyta łączy w sobie wiele elementów z różnych podgatunków metalu i nie tylko – to fuzja klasycznego brzmienia z nowoczesnym podejściem do black metalu. Elementy progresywne mieszające się z klasycznym blackiem, elementy cięższe, bardziej blackened/deathowe, znów przeplatające się z melodyjnymi partiami. W sferze klimatu nawiązuje do korzeni i pochodzenia muzyków, mając na uwadze wyjątkowe otoczenie obszarów leśnych Dukli, Beskidu Niskiego, czy Bieszczad. Płyta bez namysłów gatunkowych, stąd też sporo oryginalnych wtrąceń nie mających swojej szufladki. Wystąpiło na niej dwóch gości, grających na nietypowych dla black metalu instrumentach: lirze korbowej i wiolonczeli, które podkreślają zjawiskowy klimat całego wydawnictwa. Płyta została zmiksowana przez wokalistę Adriana Mięsowicza. Gościnnie w numerze „The Storyteller” wystąpił Jacek Głód – brat Jurka Głoda, który nagrał gitary akustyczne.

Lirycznie to podróż mieszająca kilka podejść werbalnej, poetyckiej ekspresji. Metafory mitologiczne, a nawet pogańskie, spotykają się z opisem ludzkich codziennych przeżyć i emocji z tym związanych. Zagubienie, beznadzieja, nostalgia i poszukiwanie sensu to motywy przewodnie wędrówki, która została tu odśpiewana. Najlepszym podsumowaniem tekstów płyty jest użyty na niej wiersz Tuwima „Erotyk”, który również oddaje myślowy i ideologiczny eskapizm. Teksty to emocjonalna opowieść, wędrująca w głąb ludzkiej psychiki i przeżyć – zanurzona w słowiańskim i podkarpackim klimacie. Historie o smutku, sile, samotności, ale i rytuałach, mitycznych wędrówkach i walce.

Druga płyta zupełnie różni się od pierwszej. Od osób, które ją już przesłuchały, mamy opinie, że jest duży progres, ale może niech słuchacze sami to ocenią.

Za oprawę graficzną odpowiedzialne są dwie osoby. Za projekt i naszkicowanie okładki, odpowiada moja córka Gabriela Kapłon, która wykonała je na podstawie opisów całego zespołu. Całą resztę złożył do kupy Michał „Xaay” Loranc – jeden z najpopularniejszych grafików w Polsce.

Po przesłuchaniu Bieśni też uważam, że kompletnie różni się ona od pierwszego Waszego albumu. Chyba ewidentnie chcieliście spróbować czegoś konkretnie nowego, bez względu na panujące trendy. Dlaczego?

Nigdy nie chciałem komponować muzyki pod dane trendy czy grać według tego, co jest na topie. W głowie siedzi jakaś melodia i staram się tak długo ją grać, aż będę z niej zadowolony. Niektóre riffy czy pomysły są nagrywane, następnie jest klika tygodni przerwy w ich słuchaniu i graniu. Jeśli po tym czasie nadal siedzi i zostaje w głowie, to jest OK. W takim momencie przyjeżdżał Szymon, dorabiał drugą gitarę i tak pomału powstawał szkic kawałka. Oczywiście zostawiamy miejsce na inne instrumenty, żeby chłopaki mieli co podogrywać. Układając materiał na drugi krążek Mysthicon, nie mieliśmy żadnych założeń i ograniczeń, po prostu graliśmy to, co nam siedzi w duszy. Na pewno druga płyta bardzo różni się od pierwszej. Przede wszystkim mieliśmy dużo czasu na nagranie drugiego krążka i żadnych nacisków. Dzięki temu mamy bardziej przemyślane utwory z wykorzystaniem wszystkich zalet nowych członków zespołu, stąd też materiał jest tak różnorodny i pełen kompromisów.

Jak się przedstawiają Wasze najbliższe plany?

Drugi teledysk ukazał się 20 sierpnia i cieszy dużą popularnością. Nagrany był własnymi siłami z małą pomocą znajomych. Płyta jest już wytłoczona, premiera ustalona jest na 23.09.2025 – taki prezent sobie wymyśliłem na moje 50-te urodziny, tym bardziej że chłopaki nie mieli nic przeciwko. Pomału zaczynamy robić piloty na trzeci album. Jeśli nie wystąpią żadne komplikacje, chcemy zacząć koncertować od 2026 roku i promować nowy album „Bieśń”. Jeden z pierwszych koncertów planujemy na 20-lecie Rock Klubu Iron u Bogdana w Krośnie, ma się odbyć w marcu. Jeśli wywiad ten czyta organizator koncertów, który chciałby nas zaprosić to zapraszamy do kontaktu przez e-mail mysthicon@gmail.com.

Muzyczni nośnikowo puryści zapytają: “będzie winyl”?

Tak, jednak pojawi się nieco po premierze albumu, bo dopiero w połowie października, ale oczywiście będziemy o tym wszystkim informować. Jest to spowodowane kosztem produkcji samych winyli, jak i naszym budżetem – wszystkie wydatki związane z nowym wydaniem pokrywa w całości zespół, a mówimy tutaj o nagraniach, płytach, koszulkach, teledyskach, grafikach, kosztach związanych z promocją i nie tylko. Staramy się jak możemy, żeby wszystko spiąć, jednak niestety kosztem terminowego wydania winyli.

Czym jest dla Ciebie muzyka metalowa i co daje Ci tworzenie jej i dzielenie się nią z odbiorcami?

To głęboka forma ekspresji, tożsamości i emocjonalnego oderwania się od rzeczywistości. Przeżywanie i wyrażanie emocji, frustracji i smutku. Metal jest dla mnie w pewnym sensie azylem, w którym emocje uwięzione w sobie zamieniam w muzykę. To energia, która płynie z riffów, wokalu, perkusji i działa motywująco, daje siłę i odnosi się do głębokiej symboliki .Tworzy silne więzi społeczne. Jest to pewien rodzaj terapii, który jest domem, pełno zmieniających się nastrojów i podróżą w nieznane zakamarki własnej duszy.

Dla odbiorców chcę stworzyć przestrzeń, w której mogą poczuć się wolni – wolni od schematów, od narzuconych masek, od tego, co tłumi ich własny głos. To daje siłę, by zmierzyć się z ciemniejszą stroną siebie i świata, a jednocześnie uczy, że nawet w chaosie można znaleźć harmonię. Tworzenie muzyki w tym gatunku daje mi możliwość konfrontacji z własnym cieniem, z pytaniami, na które nie ma prostych odpowiedzi. W chaosie ciężkich riffów i brutalnej ekspresji kryje się paradoksalnie cisza i klarowność – coś, co pozwala mi lepiej zrozumieć nie tylko siebie ale cały świat wokół. Chciałbym, żeby słuchacze odbierali moją muzykę nie tylko jako agresję czy energię, ale jako zaproszenie do refleksji. Która uczy, że piękno istnieje także w tym, co mroczne i nieoswojone. Że nasze słabości i cierpienie mogą stać się źródłem siły, jeśli nauczymy się je akceptować.



Czwarkiel
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .