Od autora: moja rozmowa z Gene’m potrwała ponad pół godziny i została przeprowadzona na kilka dni przed śmiercią Ozzy’ego, co ma znaczenie ze względu na końcówkę wywiadu.
Zadałem ledwie kilka pytań (miałem ich przygotowanych znacznie więcej), ale słynny perkusista okazał się gadułą, na dodatek sypiącą ciekawostkami jak z rękawa. Tak czy inaczej, pogawędka z Hoglanem była dla mnie samą przyjemnością. To rozmówca zabawny, który nie przestaje się uśmiechać i ma spory dystans zarówno do szeroko pojmowanego showbiznesu, jak i własnej osoby.
Hubert Pomykała: Rozmawiamy w Twojej salce prób?
Gene Hoglan: Zgadza się! A oto najlepszy zestaw perkusyjny, jaki kiedykolwiek powstał. (Gene zachwyca się, wyciągając dłonie w kierunku statywów — przyp. red.) Dziękuję firmie Pearl za serię Reference One. Te bębny to uosobienie przemocy.
H: Czy ten konkretny zestaw przyjedzie do Polski?
G: Niestety nie. Mam inne bębny, które stacjonują w Europie. Tutaj widzisz natomiast mój najnowszy zestaw, czyli chromowany Pearl Reference. Już niebawem wybierze się on ze mną w podróż po USA i mam nadzieję, że Pearl zrobi mi identyczny set na przyszłoroczne daty w Europie. Jeszcze zobaczymy, czy do tego dojdzie, ale mam nadzieję, że się uda.
H: Spotkaliśmy się, żeby porozmawiać o Dark Angel. W jednym z wywiadów słyszałem, że podejście do nagrania nowego longplayu było mniej więcej takie: “Zróbmy album, nie rozmyślając zbyt długo o tym, że kiedykolwiek się rozpadliśmy”. Opowiedz mi proszę o tym założeniu.
G: (chwila ciszy) Tak… muszę przyznać, że ta wypowiedź jest totalnie w punkt. Kto tak powiedział?
Generalnie początki prac nad płytą sięgają około dekady wstecz, kiedy Dark Angel powróciło, a my ponownie zaczęliśmy grać koncerty na całym świecie. Szły nam one tak gładko, że Jim Durkin wziął mnie w końcu na bok i rzekł: “Ostatnio stworzyłem pewien kawałek. Zawsze myślałem, że jeśli Dark Angel kiedykolwiek się zbierze to… cóż, oto najbardziej darkangelowy numer, jaki napisałem od jakiegoś czasu. Posłuchaj tego”. Posłuchałem więc i byłem pod wrażeniem!
Podjarałem się tak bardzo, że powiedziałem: “Robimy nową płytę!”. Cóż, popełniłem błąd, mówiąc całemu światu: “Hej! Pracujemy nad nowym albumem. Będzie on gotowy, zanim się obejrzycie.” Niestety dogranie terminów zajęło nam aż 10 lat. I to żeby móc w ogóle zacząć cokolwiek nagrywać.
Przez ową dekadę ludzie ciągle wypytywali mnie o charakter nadchodzących numerów. Mówili: “Wszystkie wasze płyty brzmią inaczej. Czy nowa płyta będzie jak Darkness Descends? A może jak Time Does Not Heal?” Albo jak coś innego, co Dark Angel kiedykolwiek zarejestrowało w swojej karierze. Odpowiadałem więc: “Wiecie co? Wszystkie nasze rzeczy brzmią inaczej, a Dark Angel to zespół, którego ewolucja pozostawała wyraźnie zauważalna.” Czuć ją było w naszych emocjach podczas komponowania. W tym, co byliśmy w stanie napisać, czy też bezpośrednio w związku ze zmianami personalnymi. Stworzyliśmy przecież Darkness Descends, które nie brzmiało jak Leave Scars, natomiast Time Does Not Heal wyszło nam w studiu jeszcze inaczej. Pomyślałem sobie: “A co, jeśli podejdziemy do nadchodzącego krążka tak, jakby Dark Angel nigdy się nie rozpadło, a my wypuszczaliśmy płyty przez ostatnie, nie wiem, 20, może 30 lat? Zobaczmy, dokąd by nas to zaprowadziło, pamiętając o postępującej w międzyczasie ewolucji.”
Takie właśnie było podejście, które przyjęliśmy – postanowiliśmy sprawić, by wszystko brzmiało tak, jakbyśmy nigdy nie zniknęli. Tak jakbyśmy cały czas wydawali kolejne płyty. A jeśli rzeczywiście tak by było, gdzie Dark Angel byłoby teraz? Myślę, że przyjęliśmy prawdopodobnie najrozsądniejsze i chyba najbardziej wyzwalające twórczo założenie, ponieważ mogliśmy napisać, co tylko chcieliśmy. A chcieliśmy napisać brutalną płytę: intensywną, przepełnioną mrokiem, po prostu kozacką. Chcieliśmy napisać świetny metalowy album. I myślę, że się nam to udało.
Nie mogę się doczekać, aż świat go usłyszy. Mógłbym gadać o nim hiperbolicznie przez cały dzień i używać samych superlatyw, ale sami sobie go ocenicie. Dla mnie to cholernie dobra rzecz, więc szczerze się nią jaram. I wiesz, nie jestem w ciemię bity, jeśli chodzi o bycie jakimś piewcą metalu – a raczej metalu, w który byłem bądź jestem zaangażowany. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek brał udział w powstawaniu jakiegoś kiepskiego longplaya. Przed wami kolejny zajebisty album, w którego powstawaniu maczałem palce, zatytułowany Extinction Level Event. Uwielbiam absolutnie wszystkie kawałki z tej płyty oraz spajający je tytuł.
Czy to krążek idealny? Nie, oczywiście, że nie, ale sam jestem nim szczerze zachwycony. Cieszę się jego wydaniem, a teraz, gdy zbliżamy się do ogłoszenia daty premiery, gdyż wreszcie wszystko wskoczyło na swoje miejsca, będziemy mogli wypuścić płytę, zanim się obejrzycie. Mówię Ci, nadchodzi świetny czas dla Dark Angel. Już się zresztą zaczął.
H: W kilku wywiadach widziałem informację, że nowy album może wyjść tej jesieni, ale może też zaliczyć kolejną obsuwę. Trzymamy się jesieni?
G: Tak, absolutnie. Album na bank ukaże się w 2025 roku, a my jesteśmy już blisko sierpnia, więc jesień wciąż pozostaje osiągalna. Tak jak mówisz, chcieliśmy, żeby płyta wyszła już jakiś czas temu, ale opóźnienia, które się wydarzyły… cóż, każdy rodzaj opóźnienia, który nas dotknął, w dłuższej perspektywie miał jakiś pozytywny wpływ.
Gdy myśleliśmy: „Okej, zaraz będziemy mogli ogłosić datę premiery” i coś nagle przekreślało nasze plany, to i tak w ostatecznym rozrachunku wychodziło na dobro ogółu. Minęły przecież 34 lata, odkąd Dark Angel wydało krążek. Pierwotnie chcieliśmy wypuścić go w kwietniu, ale jeśli musimy poczekać do września albo października, kilka miesięcy nie robi już szczególnej różnicy, prawda? Płyta wyjdzie, gdy trafi na odpowiedni czas. Jeszcze tylko chwila.
H: Zaraz po usłyszeniu obu singli, które dotychczas wydaliście, pomyślałem sobie: świetne riffy, nowoczesna produkcja, interesujący materiał – czyli w zasadzie wspomniałem prawie wszystko, o czym mi dotychczas opowiedziałeś. (śmiech) Czy mógłbyś powiedzieć trochę o utworach, których jeszcze nie słyszeliśmy?
G: Nie mogę się doczekać momentu, kiedy wreszcie je usłyszysz. W moim ostatnim wywiadzie – właściwie tym, który zakończył się zaraz przed rozmową z Tobą – zapytano mnie: “Dlaczego wybraliście te dwa utwory jako single?” Pomyślałem sobie: “Dobre pytanie!”. Prawdę mówiąc, mógłbym wrzucić wszystkie nowe piosenki do kapelusza, po czym wylosować któryś kawałek i w ten sposób wybrać kolejny singiel. Premierowe utwory są kozackie. Tak naprawdę ich selekcja to kwestia przypadku, ponieważ każdy z nich mógłby stać się singlem. Jaram się każdym numerem na płycie, świetnie reprezentują one aktualną kondycję Dark Angel.
Stworzyliśmy agresywny album, który moim zdaniem został odpowiednio wyprodukowany. Jeśli chodzi o podejście do produkcji, poszliśmy w oldschool. Jest organicznie; nie ma Pro Toolsa, nie podmieniamy sampli i dźwięków, nie ma wtyczek ani reampingu. Nagraliśmy absolutnie wszystko, co znalazło się na Extinction Level Event. To prawdziwe gitary przepuszczone przez prawdziwe wzmacniacze. Weszliśmy w to z pełną ewentualnych konsekwencji świadomością. Producent Rob Shallcross (a także manager Gene’a, Dark Angel i projektu Death To All — przyp.red) miał swoją wizję. Powiedział nam: “Albo mój plan zadziała, albo nie, ale Dark Angel na pewno zabrzmi inaczej, niż wszyscy w obecnych czasach.” Zazwyczaj słyszę od ludzi zgoła różne podejście do nagrywania. Cytując Roba: “Wszystkie zespoły wypuszczają teraz podobnie brzmiące płyty, a my obierzmy inną drogę niż tę znaną mi z miliona krążków, nad którymi pracowałem przez ostatnie 15 czy 20 lat”. Nie musiał nas długo przekonywać.
Wszystkie zarejestrowane kompozycje miażdżą. Staraliśmy się, by każdy kolejny numer był lepszy, niż poprzedni. Utwory kipią od agresji. Mam nadzieję, że ludzie uznają nasze riffy za mocne i chwytliwe. A perkusja? Boże, co ja sobie myślałem, jeśli chodzi o perkusję? (śmiech) Często, gdy piszę muzykę, rozpisuję sobie partie gitary, a już szczególnie czynię to dla Dark Angel, po czym nagle okazuje się, że riffy trochę zaczynają wypierać perkusję z pierwszego planu. Na tym albumie tak się nie dzieje.
Teraz przebywam w salce i ćwiczę nowy materiał po raz pierwszy od jego nagrania – oczywiście poza singlami, które już gramy na żywo. Data premiery albumu jest na horyzoncie, więc chcemy wreszcie zacząć się zastanawiać: ‘Które premierowe utwory warto grać na żywo?” Właśnie uczę się na nowo wszystkich partii perkusji do tych kompozycji. I kurde, mówię do siebie: “Człowieku, co ty sobie myślałeś, gdy je pisałeś”? (śmiech) Narzuciłeś sobie sporą presję. Teraz chcesz odtworzyć te rzeczy na scenie? O rany.” Zobaczymy, jak to będzie.
Tak jak mówiłem wcześniej, próbowaliśmy napisać kozacki album. Za chwilę zostawimy go fanom do oceny. Zachęcam więc: posłuchajcie sobie Extinction Level Event, nie zajmie wam to zbyt wiele czasu. Potrzebujecie dokładnie 48 minut, by przesłuchać nowe Dark Angel za jednym podejściem. A później sami zdecydujecie, czy daliśmy radę.
H: Porozmawiajmy chwilę o koncertach. W Polsce zagracie dwa sety, usłyszymy album Darkness Descends w całości. Mam dwa pytania. Pierwsze z nich brzmi: co w zasadzie sądzisz o tym albumie po prawie 40 latach od jego wydania? A drugie: czy usłyszymy coś premierowego oprócz dwóch wydanych dotychczas singli?
G: Zacznę na szybko od tego drugiego. Jak dotąd gramy jedynie dwa single, ponieważ po prostu nie będziemy w stanie wspólnie opracować nowych numerów na próbach przed europejskimi koncertami. W salce, którą widzisz, ćwiczę sam. Laura Christine (gitarzystka DA, a prywatnie żona Hoglana — przyp. red.) dołączy do mnie jeszcze w tym tygodniu. Wszyscy mieszkamy w różnych częściach USA i niestety nie możemy spotykać się zbyt często, by wspólnie próbować.
Prawdopodobnie zostaniemy więc przy dwóch singlach, czyli Extinction Level Event i Circular Firing Squad. Oba te numery zostaną w secie, przynajmniej na razie. Mamy natomiast zaplanowane więcej koncertów. Wkrótce je ogłosimy i myślę, że wtedy będziemy w stanie przygotować kolejną część premierowego materiału.
Jeśli chodzi o Darkness Descends, granie tego albumu po 40 latach od jego wydania, no, prawie 40, ponieważ zbliżamy się do czterdziestej rocznicy… cóż, dla bodaj każdego zespołu zaszczytem jest mieć krążek, która przetrwa próbę czasu. Kiedy nagrywaliśmy Darkness Descends, nie mieliśmy pojęcia, że 40 lat później będziemy grali koncerty dedykowane temu wydawnictwu. Wygląda na to, że wciąż jest na nie zapotrzebowanie.
Kiedyś była to po prostu nowa płyta Dark Angel. Mieliśmy wobec niej sporo nadziei, ale to był także nasz kolejny krok naprzód jako grupy. Co więcej, to był pierwszy pełnoprawny album, jaki zarejestrowałem, więc wspominam go ciepło. A sam fakt, że Darkness Descends osiągnęło kultowy status, jest dla nas nieprawdopodobny. Wiesz, ludzie umieszczają go na listach typu top 10 thrashowych albumów wszech czasów i tak dalej.
A rok 1986, czyli rok premiery DD, był przecież przełomowy dla thrash metalu. Wiele osób uznaje zapewne, że był to w ogóle najlepszy rok w całej długiej historii tego gatunku. Zespoły wypuszczały wtedy rzeczy naprawdę przełomowe. Oczywiście mam na myśli trzech reprezentantów Wielkiej Czwórki (Metallica, Slayer oraz Megadeth — przyp.red), ale też właśnie Dark Angel, Kreator z ich Pleasure to Kill, czy Nuclear Assault z Game Over. Possessed wypuściło wówczas Beyond the Gates… oczywiście Seven Churches to klasyk, ale Beyond the Gates również. Kurde, w 1986 powstała masa zajebistych albumów. To nie wszystko: masa świetnych longplayów została nagrana w ’86, a ukazała się na początku ’87. Chodzi o Death Angel, Testament i tak dalej.
Wracając do Darkness Descends, kiedyś ludzie powtarzali mi takie słowa: “Ten album zmienił moje życie. Znałem Slayera, byłem wkręcony w ich muzykę, ale to Darkness Descends sprawiło, że postanowiłem grać w zespole parającym się szybkim, agresywnym metalem.” Wielu członków dużych, deathmetalowych ekip podchodziło do mnie i mówiło o wpływie Dark Angel, a zwłaszcza Darkness Descends. Time Does Not Heal też był dla co poniektórych takim albumem, ale w mniejszym stopniu.
Chcieliśmy porządnie podejść do koncertów promujących Darkness Descends. Dla mnie prywatnie to bardzo, bardzo ważne, ale szczerze mówiąc, przez lata nienawidziłem perkusisty z tego krążka, wiesz? (śmiech) Serio, nienawidziłem gościa.
Niemniej teraz gram dużo agresywnej muzyki bez dłuższych przestojów – a przecież prawie wszystko, co gram, to wysoce energetyczna, agresywna muzyka – więc przećwiczenie perkusyjnych partii z Darkness Descends mimowolnie stało się sporo łatwiejsze. Kiedy nagrywałem tę płytę, o perkusji wiedziałem tyle, co nic, natomiast ówczesne patenty zastosowane przeze mnie za bębnami, stanowiły odzwierciedlenie niezdarnych pomysłów osiemnastolatka. Teraz na szczęście mam już jakieś umiejętności, więc jestem w stanie odtworzyć jego niegdysiejszą energię, poprawiając równocześnie technicznie niektóre partie. To, co za małolata bywało trudne, dziś jest dla mnie jak bułka z masłem. I fantastycznie!
Co do samej muzyki, DD to iście bezlitosny album, a Dark Angel w wydaniu na żywo pozostaje równie bezlitosnym bandem. Oczywiście nie wszystkie nasze utwory są bardzo szybkie, ponieważ mamy w repertuarze mniej intensywne kawałki, ale na koncertach ludzie chcą, żebyśmy grali jeden szybki kawałek, potem kolejny szybki kawałek i zaraz po nim następny. Nie chcą, żebyśmy zwalniali i grali np. Pain’s Invention, Madness czy Act of Contrition. Chcą Burning of Sodom, potem Death of Innocence, potem No One Answers, potem Darkness Descends, a po tym wszystkim Perish in Flames.
Wspólnie stwierdziliśmy: „W porządku, w sumie możemy tak zrobić”, bo sami mamy mnóstwo energii, a granie tych rzeczy na żywo to czysta frajda. Wpadnij na najbliższy koncert, czeka Cię zajebista noc z metalem, dobre, dopracowane show. Jak powiedziałem już w kilku innych wywiadach, nie bądź osobą, która następnego dnia usłyszy przez telefon: „Człowieku, czemu nie przyszedłeś? Wszystko przegapiłeś!”, bo szczerze nie sądzę, żeby ktoś chciał odebrać takie połączenie.
H: Słyszałem z wywiadów z Tobą, że członkowie Dark Angel żyli ze sobą w bliskich relacjach nawet wtedy, gdy zespół de facto nie funkcjonował. Ponoć byliście jak rodzina, wspieraliście się nawzajem, rozmawialiście o własnych przemyśleniach, emocjach, uczuciach…
G: Zgadza się.
H: Teraz mieszkacie w różnych miastach. Co robicie, żeby sobie pomagać, żyjąc na odległość? I jak w zasadzie wyglądają wasze relacje, kiedy już się widujecie?
G: Wciąż wszyscy pozostajemy blisko i nadal świetnie się bawimy w swoim towarzystwie. Grałem w kilku zespołach i bywałem na wielu trasach; często przejazdy vanem z lotnisk do hoteli, albo z hoteli do klubów odbywały się w kompletnej ciszy. Nikt nikogo nie nienawidził, ale każdy siedział wyłącznie w swojej głowie i wszystko wokół było skąpane w ciszy. Zresztą kto wie, może niektórzy kolesie z tych zespołów serio się nienawidzą, nie wiem.
U nas, w Dark Angel, panuje trochę inna atmosfera. Zawsze próbujemy się nawzajem rozśmieszać, mamy bezczelne poczucie humoru. Nic nie jest do końca tabu. Dorastaliśmy ze sobą jako nastolatkowie, a teraz jesteśmy jedynie nieco starsi i bardziej doświadczeni. Nasz szczeniacki humor wciąż nam towarzyszy: nieprzerwanie próbujemy sobie nawzajem dogryzać, po czym ścieramy się ze sobą na różne, zabawne sposoby. Wszystko to spaja po prostu jedna wielka miłość.
Owa atmosfera jest zgoła różna niż w innych profesjonalnych zespołach, do których należę. Tam wszyscy odnoszą się do siebie profesjonalnie, kulturalnie… a jak jest w Dark Angel? Wciąż jesteśmy tą samą paczką dzieciaków. Lubimy ze sobą przebywać. To fajny stan. Nigdy nie przestałem go czuć, mimo że jestem trasowym weteranem. Pozostali członkowie zespołu, w tym Laura Christine, nie przeżyli w busach podobnych doświadczeń, co ja, więc pewna młodzieńcza energia z radości uczestnictwa w wyjazdach wciąż jest u nich obecna. I oni zarazili mnie tą swoją młodzieńczą energią. Kurde, naprawdę się cieszę, gdy widzę, że oni się cieszą. Podam Ci przykład. Kiedy przyjeżdża się do danego miasta, w wielu zespołach każdy po prostu rozchodzi się do swoich pokojów. Kolacje je się osobno, często zamawiając room service. Ale w Dark Angel panuje zaraźliwe: „Ej, idziemy na kolację! Kto idzie? Spotkajmy się za 25 minut w lobby!” I to jest świetne.
Jeszcze jedno. Sam pozostaję raczej domatorem. Jeżeli na trasie w ogóle gdzieś wybywam, najczęściej spaceruję sobie koło hotelu, po czym wracam i zostaję w nim jakieś 12 godzin, ale z Dark Angel zdarza mi się wyjść na miasto. Gdziekolwiek idziemy, idziemy razem.
Jesteśmy blisko siebie, pozostajemy rodziną. To nie wszystko: nasze żony się uwielbiają. Czasami w zespołach bywa inaczej: wiesz, że lubisz danego gościa, ale jego dziewczyna jest po prostu nieznośna. Nie u nas, ponieważ u nas wszyscy są niesamowici. Uwielbiam więc momenty, gdy dziewczyny członków Dark Angel nas odwiedzają. Ich przyjazdy są super i mam nadzieję, że będą miały miejsce częściej.
H: Czyli można powiedzieć, że przyjaźń i bliskość jest czymś, co was napędza?
G: Zdecydowanie. Przyjaźń jest kluczowa. Wiesz, pojawiają się chwile, gdy czujesz się wyeksploatowany, przemęczony, albo pojawiają się problemy rodzinne bądź osobiste.
I wtedy druga rodzina, ta, którą masz w zespole, pomaga Ci się podnieść. Nie musisz przed nią nikogo udawać, możesz po prostu być sobą i wiesz, że ona to zrozumie. To ważne.
Czasem wystarczy jedno słowo, jedno spojrzenie – i już wiesz, że ktoś Cię wspiera. To nie jest tylko praca, tylko coś więcej. Bez wsparcia trudno byłoby wszystko przetrwać. W Dark Angel otucha działa naprawdę dobrze. Jestem za to bardzo wdzięczny. I wiem, że wszyscy pozostali w bandzie czują się tak samo.
H: Pogadajmy o Laurze i Jimie. Jaką energię wniosła ona do zespołu? Czy nadal zdarza Ci się pomyśleć o Jimie bezpośrednio podczas występu?
G: Cóż, pomysł, by Laura stała się częścią zespołu, pochodzi bezpośrednio od Jima. To była jego wola!
Wszyscy wiedzieliśmy, że kiedy zaczęliśmy grać więcej koncertów, trzeba było podjąć niejedną trudną decyzję. W końcu Jim powiedział: „Będę na każdym koncercie, na którym tylko będę mógł, ale po drodze wpadną Wam pewnie jakieś fajne pojedyncze sztuki bądź trasy, których nie dam razy zagrać”. W pełni rozumieliśmy, co miał na myśli.
On miał zresztą udaną i dochodową karierę po wcześniejszym odejściu z Dark Angel. I kiedy nadszedł czas, a kropki na niebie zaczęły łączyć się we wzór, zaczęliśmy myśleć o jego zastępstwie. To była decyzja Jima, żeby przyjąć Laurę do kapeli. Jim poszedł do pozostałych członków zespołu i poprosił ich o głosowanie w tej sprawie. Nie miało to nic wspólnego ze mną, sam natomiast byłem na tak, bo według mnie znaleźliśmy się w najlepszej możliwej sytuacji.
Nie musiałem też mówić: „Hej chłopaki, pozwólmy Laurze grać w zespole!”, nic z tych rzeczy. Ona jest świetną instrumentalistką i podniosła poprzeczkę pod względem wykonawczym. Jej energia jest znakomita, bo Laura potrafi być twardą babką, ale jest też wspaniałą, słodką osobą. Jest po prostu niesamowita, a goście z Dark Angel to teraz jej bracia. Laura ich kocha, a oni kochają ją. Widzę to między innymi po tym, w jaki sposób wszyscy ze sobą żartujemy.
Poza tym ona jest najzabawniejszą osobą, jaką znam. Ron, Gonz (Mike Gonzales – przyp.red.) i Eric też umieją mnie rozbawić. Często, gdy wszyscy ze sobą siadamy, przyjmuję jedynie rolę widza, żeby móc się szczerze pośmiać.
Przyglądając się relacjom nas wszystkich, widzę, że ostatnio stały się one jeszcze bardziej wypełnione miłością, bo Laura dosłownie nas nią zaraża. Jeżeli miałaby nagle stać się największą gwiazdą rocka na świecie, zapewne użyłaby tego statusu niczym trampoliny, mającej pomóc wszystkim innym. Świetnie jest mieć ją na pokładzie.
H: Czy jednym z twoich celów nadal jest bycie aktywnym perkusistą grubo po siedemdziesiątce?
G: O tak, absolutnie. Teraz to już nawet po osiemdziesiątce! O siedemdziesiątce mówiłem 10 lat temu, więc teraz widzę siebie za zestawem dziesięć lat później. I wiesz, nie będzie sytuacji typu: „Ojej, ale słodko, Gene wciąż grywa na bębnach rockowe standardy”. Nie ma takiej opcji. Do końca pozostanę perkusistą grającym ekstremalny metal. Pod względem aranżacji kawałków byłem przecież jednym z gości, którzy wpłynęli na rozwój całego ekstremalnego metalu. Tworzyłem swój styl wraz z jego podwalinami.
Wszyscy inni mogą już sobie powoli zacząć odpuszczać lub robić dłuższe przerwy, albo przestać grać tak intensywnie jak dwudziestolatkowie. (śmiech) Ja natomiast zamierzam przycisnąć jeszcze bardziej. To mój cel i nie widzę powodu, żeby go nie zrealizować. Czy będzie to fajne? Na bank, bo mam teraz trochę mniej kilogramów (mówiąc to, Gene w przekomiczny sposób łapie się za fałdy na brzuchu — przyp.red.), więc przede mną jeszcze długa droga jako drummer. Zamierzam być podczas niej super zdrowy. Moje umiejętności są teraz lepsze niż 30 lat temu. Wcześniej zrzuciłem ponad sto funtów (około 45 kg — przyp.red), przybranych dwie dekady temu. Aktualnie jestem również w lepszej formie, niż wtedy. Technika gry uległa poprawie. Perkusję wykorzystuję w charakterze treningu cardio codziennie, nie robię sobie dni wolnych i zakładam neopren nawet podczas występów na żywo. Pod ubraniami noszę odpowiednik skafandra dla nurków. O, spójrz tutaj, mój neopren leży tuż obok perkusji. Zakładam go po to, mocniej się pocić. To ważne, gdy chcesz zgubić parę kilogramów. Dodatkowo na siłce robię trening siłowy oraz ekstra cardio, więc potrafię zagrać dwugodzinny set intensywnego metalu bez większych problemów.
H: Widzę plakat Black Sabbath wiszący za Tobą i po prostu muszę o to spytać: czy widziałeś koncert Back to the Beginning? Gdyby powstało analogiczne wydarzenie sygnowane nazwiskiem Gene’a Hoglana, kogo poprosiłbyś o wykonanie swoich partii?
G: To zabawne, bo sam chciałbym zagrać wszystkie swoje partie. (śmiech) Tak czy inaczej, widziałbym za bębnami wiele różnych osób. Jeżeli chodzi o Sabbath, nie miałem jeszcze okazji obejrzeć tego przedsięwzięcia, aktualnie bywam mocno zajęty. Mam nadzieję, że będzie ono dostępne na streamingach do nadrobienia za jakiś czas.
Generalnie każdy pyta mnie dzisiaj o ten temat, a ja sam, prawdę mówiąc, nie zauważyłem, że ten plakat wciąż wisi w tym samym miejscu. (śmiech) Cóż, co do mojej własnej edycji wydarzenia, musiałby na niej zabębnić właśnie Bill Ward. Później zasiadłby sobie na specjalnym tronie. W ogóle to wspaniale, że on zagrał wtedy z pozostałymi członkami zespołu na stadionie w Birmingham. Zajebisty jest też zresztą Tommy Clufetos, który dekadę temu odwalił świetną robotę (w okolicach promocji krążka „13” Black Sabbath Clufetos zjeździł z Ozzym, Tonym i Geezerem cały świat — przyp.red). Tommy nawet całkiem przypominał Billa. I grał świetnie, z szacunkiem do jego partii.
Swoją drogą, oczywiście do pewnego stopnia, przypisuję Laurze Christine to, iż Bill był w stanie ponownie zagrać na perkusji. Nie wiem, co on sam by o tym pomyślał, ale faktem jest, że pewnego razu wyszliśmy wspólnie na kolację. Był Bill i jego żona Jackie, Laura oraz ja. Bill uwielbia Laurę, Jackie uwielbia Laurę, zaś sama Laura przekazała wtedy Billowi sporo swojej wiedzy. On opowiedział nam o obecnym poziomie jego umiejętności, nie był z nich w tamtym czasie zbyt zadowolony. Laura dała mu mnóstwo wskazówek, trików oraz patentów, które mogły pomóc mu wyjść z miejsca, w którym był ze swoją grą, i dotrzeć tam, gdzie pragnął być. Bill przyznał się wówczas, że nie siedział za bębnami od sześciu miesięcy, bo sprawiało mu to trudność.
Jakieś trzy tygodnie później Bill był na scenie w Whisky (a Go Go, legendarnym klubie w Los Angeles — przyp.red.), i bębnił podczas jam session. Później skontaktował się z Laurą, mówiąc jej, że był tam dzięki temu, co podpowiedziała mu podczas kolacji.
Jego gra zawsze była fantastyczna, więc fakt, że Bill jest teraz tam, gdzie jest, dobitnie pokazuje, że można być po siedemdziesiątce i wspaniale grać kawałki Sabbath. Bardzo to doceniam. Skoro on potrafi, ja również będę w stanie tego dokonać. Wystarczy zadbać o zdrowie.
H: Życzę Ci zatem przede wszystkim zdrowia. Wpadasz do Europy w przyszłym roku?
G: Dziękuję, przyda się. Na bank widzimy się na letnich festiwalach. Muszę zajrzeć w swój kalendarz, ale wiem, że czeka nas kolejna długa trasa z Dark Angel, bo w końcu będziemy mieli nowy krążek do podpromowania. Niebawem wyruszymy też z Dethklok oraz Death To All. Zdaje się, że Bear McCreary również planuje kolejne występy. Będzie co robić, już nie mogę się doczekać.
H: Dziękuję za rozmowę.
G: Dzięki.
___
Wywiad został przeprowadzony dzięki uprzejmości Winiary Bookings.

- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025







