Site icon KVLT

Grand Magus: „Siła orła”

Na okładce „Sword Songs”, nowego albumu szwedzkich weteranów Grand Magus, orzeł bielik dźwiga w szponach miecz. Wystarczy rzut oka na ten obrazek i już wiadomo, że JB Christoffersson i jego koledzy niezmiennie podchodzą do sprawy poważnie.

Wasz nowy album „Sword Songs” jest w sklepach już od jakiegoś czasu. Słuchałem go już i muszę przyznać, że po raz kolejny wypuszczacie kawał porządnej, naprawdę rzetelnej muzy. Chciałem cię na początek podpytać o utwór otwierający ten album: „Freja’s Choice”. Zaciekawiłem się kim jest Freja i poczytałem trochę na jej temat – to nordycka bogini piękna, seksu i miłości, ale także wojny. To chyba inspirujące dla muzyka metalowego, że miłość idzie ręka w rękę ze śmiercią?
Zgadza się. Freja to bardzo interesująca postać. Jeśli poruszasz się w stylistyce powiązanej z Wikingami, jeśli piszesz teksty traktujące o tej tematyce, to najczęściej piszesz o mężczyznach. Stwierdziłem, że byłoby fajnie zacząć ten album od opowieści o naprawdę potężnej postaci żeńskiej – Freji. Byłem faktycznie mocno zainspirowany jej postacią kiedy pisałem teksty. Myślę, że dobrze wyszło.

Na końcu albumu jest jeszcze jeden świetny tytuł: „Every Day There’s A Battle To Fight”. Nie jestem tylko pewien, czy to pozytywny tytuł, czy negatywny.
Dla mnie to pozytywne. Jako ludzie wszyscy musimy toczyć swoje walki każdego dnia, więc gdy przychodzi co do czego, kiedy robi się naprawdę ciężko to nigdy nie jesteś sam. Dzielimy te walki ze wszystkimi. Może nawet samo uświadomienie sobie, że tak to właśnie wygląda, sprawi, że coś pójdzie łatwiej? „Every Day There’s A Battle To Fight” to piosenka o tym, jak przejść przez ciężki czas, jak podjąć trudne decyzje. Bo tak to już jest – każdego dnia musisz stoczyć jakąś bitwę, nieważne kim jesteś, ile masz lat, czym się zajmujesz.

Z jednej strony Freja – miłość i wojna, z drugiej strony podejmowanie trudnych decyzji i radzenie sobie w ciężkich czasach. Czy to nie jest jak w zespole? Musicie się kochać i tolerować nawzajem, a jednocześnie na pewno zdarza wam się kłócić, bo to normalne. Jak zatem utrzymać zespół przy życiu przez 17 lat? Gdzie tkwi tajemnica?
To tak jak w każdym długotrwałym związku – musisz umieć wypracować kompromis, być szczerym, opiekować się ludźmi w swoim otoczeniu. Najważniejsze jest jednak znalezienie odpowiednich ludzi, dokładnie tak jak w związku. Najważniejszy sekret tego, że udaje nam się funkcjonować już 17 lat, to fakt, że w zespole i jego otoczeniu zawsze mieliśmy właściwych ludzi. W zespole jest nas tylko trzech, więc łatwiej jest nam wypracować jednolity, wspólny cel i pomysł na to, czym Grand Magus ma być i czym jest. Łatwiej jest też podzielić między siebie role. Mamy szczęście, że jesteśmy ludźmi, którzy dobrze do siebie pasują i dobrze ze sobą współpracują. Znamy swoje słabe i mocne strony. Cała sztuka polega zatem na byciu szczerym ze sobą nawzajem i na znalezieniu odpowiednich osób, odpowiednich charakterów. Nie musisz mieć przecież najlepszego gitarzysty na świecie, kiedy możesz mieć drugiego pod względem umiejętności, ale za to z lepszym charakterem.

Skoro tak to czy potrafisz sobie wyobrazić Grand Magus na scenie za trzydzieści lat?
(śmiech) Za trzydzieści lat?! Będę miał 74 lata!

To świetny wiek dla heavymetalowego muzyka.
(śmiech) Szczerze mówiąc – nie potrafię sobie tego wyobrazić. Naprawdę nie potrafię. Trzydzieści lat to szmat czasu. Dziesięć to co innego.

Tylko dziesięć?
Próbuję żyć z dnia na dzień, przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe. Nie przyjmuję niczego za pewnik, więc przez tyle lat wiele może się wydarzyć. Zawsze tak traktowaliśmy ten zespół. Nie robiliśmy nigdy jakichś długoterminowych planów. Po prostu robiliśmy to, co chcieliśmy.

Wróćmy do „Sword Songs”. Chciałeś nagrać album, który po raz kolejny będzie pełen jakichś wojennych hymnów?
Album nie jest o wojnie. Owszem, jest kilka piosenek na ten temat, ale są też utwory, jak choćby wspomniany „Every Day There’s A Battle To Fight”, które traktują o wewnętrznych bitwach, które trzeba wygrać, by przetrwać. Więc płyta jest bardziej o konflikcie, również wewnętrznym, niż o wojnie. Konflikty również pojawiają się oczywiście w historii, w mitach, w legendach, więc album jest o tym wszystkim. Raczej nie interesowałoby nas nagranie płyty, która mówiłaby wyłącznie o wojnie. Wojna to ekstremalna wersja konfliktów, z którymi każdy musi się zmierzyć. Ale na szczęście nie każdy musi się zmierzyć z wojną.

Spójrzmy na waszą całą karierę. Jaka jest główna zmiana, jaka nastąpiła na przestrzeni lat w muzyce Grand Magus? W którą stronę zmierza wasza ewolucja?
Dobre pytanie. Wydaje mi się, że punktem zwrotnym dla Grand Magus stał się trzeci album: „Wolf’s Return”. Pierwszy album był troszeczkę bluesowy, zawierał wpływy wczesnego Black Sabbath. Druga płyta zmierzała w kierunku doom metalowym, była ciężka i powolna. Kiedy skończyliśmy drugi album zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę na co dzień ekscytujemy się metalem, którego słuchamy, a słuchamy tego, na czym się wychowaliśmy: Judas Priest, Manowar… „Wolf’s Return” przyniósł zatem zmianę – zaczęliśmy świadomie podążać w tym kierunku. Odczuliśmy, że wolimy grać tak, niż jakoś ekstremalnie powolnie i doomowo. Od czasu „Wolf’s Return” nie zmieniliśmy się chyba muzycznie aż tak bardzo.

Wydaje mi się, że sporo słuchaczy w dalszym ciągu postrzega Grand Magus jako zespół, który kontynuuje to, co Priest, Accept czy UFO zaczęli w latach siedemdziesiątych.
Świetnie to słyszeć. Zdecydowanie chciałbym, żeby ludzie odczuwali to w ten sposób. To jest tak naprawdę właśnie to, co chcemy robić – pisać naprawdę dobre, wpadające w ucho heavymetalowe piosenki, do których można pomachać banią, które można pośpiewać.

Czyli nie bardzo interesuje cię nowoczesna scena metalowa?
Zależy co masz na myśli. Faktycznie nie jestem zbyt zainteresowany poszukiwaniami nowej muzyki. Wciąż słucham zespołów, na których się wychowałem. Niektóre z nich wciąż funkcjonują. Nie wszystkie grają tradycyjny heavy metal. Kocham parę blackmetalowych rzeczy z Norwegii i Szwecji, kocham kilka deathmetalowych kapel. Jednym z moich ulubionych zespołów jest na przykład Bolt Thrower. Nie poluję na nowe metalowe rzeczy, a już na pewno nie jestem zainteresowany jakimiś gatunkami metalu, których nie rozumiem.

Będziesz zatem próbował łapać Black Sabbath na żywo podczas ich ostatniej trasy tego lata?
Tak się szczęśliwie składa, że gramy na chyba trzech festiwalach, na których grają też Black Sabbath.

Masz fart.
Raczej! Gramy na Download, gramy też na Hellfest, na którym oni chyba też grają… Jest jeszcze jeden wspólny festiwal, ale nie pamiętam który… Mam więc nadzieję, że uda mi się ich złapać na przynajmniej jednej z imprez.

Znów chciałbym powrócić do „Sword Songs”. O poprzednim waszym albumie „Triumph And Power” mówiłeś w wywiadach, że jest esencją tego, czym jest Grand Magus. Więc jak jest ze „Sword Songs”?
„Sword Songs” też jest esencją! (śmiech) Mówiąc zupełnie serio to wydaje mi się, że od czasu „Wolf’s Return” mamy tę esencję na każdym albumie. Na wszystkich naszych albumach udało nam się uchwycić jakieś jej aspekty, ale wydaje mi się, że najmocniej było ją czuć na pierwszym, kiedy wszystko po prostu samo złożyło nam się w jedną całość. Mam podobne uczucia w stosunku do „Sword Songs”. Myślę, że dźwięk na albumie jest świetny, że piosenki są naprawdę dobre, że forma jest wysoka. Na pewno jest w dalszym ciągu esencją Grand Magus.

„Sword Songs” to wasz ósmy album. Macie za sobą już dużo piosenek. Sporo z nich nawiązuje do nordyckiej mitologii i kultury. Interesujesz się tym?
Zdecydowanie tak. To nie jest wyłącznie coś, co wyciągam z książek przy okazji pisania tekstów. Interesuję się tym od dziecka. Ojciec opowiadał mi na dobranoc historie o Thorze, Odynie, Fenrirze i tak dalej. Ta mitologia była częścią mojego życia od wczesnych lat. Myślę, że wszystkie jej elementy – mity, legendy, ale też pewien specyficzny sposób patrzenia na świat – są bardzo interesujące. Wszystko to jest ściśle związane za naturą i mam poczucie, że ja też jestem do niej przywiązany. Darzę przyrodę i zwierzęta wielkim szacunkiem, mogę więc powiedzieć, że nordyckie aspekty piosenek Grand Magus są dla mnie wręcz osobiste.

Rozmawiałem z wieloma muzykami ze Skandynawii i wielu wspominało o silnej więzi z naturą. To chyba ważne w ogóle dla całego społeczeństwa, nie tylko dla muzyków.
Mogę mówić jedynie za siebie – dla mnie zawsze był to ważny aspekt. Kiedy dorastałem większość czasu wolnego spędzałem na dworze, czy to chodząc po lesie, czy wspinając się na jakieś wzgórza, próbując wyśledzić jakieś zwierzęta. Stało się to częścią mnie. Zapachy, dźwięki – wszystko to kocham. Daje mi spokój, a jednocześnie ekscytuje.

Na „Sword Songs” są jakieś momenty, które pokazują tę więź?
Odpowiem na to pytanie inaczej: spójrz na okładkę. Jest na niej orzeł. Ale to nie jest jakiś tam orzeł – to bielik. To największy ptak drapieżny w północnej Europie. W Szwecji kiedy dorastałem był już gatunkiem na wymarciu, ale teraz powrócił w wielkim stylu. W miejscu, w którym obecnie mieszkam, mam możliwość żeby go czasami obserwować. To dla mnie ważne. Jego widok potrafi zamienić mi fatalny dzień we wspaniały. Kiedy go widzę czuję siłę. Umieściliśmy go na okładce bo w ciągu ostatnich trzech lat stał się dla mnie bardzo ważnym symbolem. To jest przykład tej więzi.

A co z Wikingami? Gdyby żyli dzisiaj to pewnie słuchaliby Grand Magus. Może jeszcze Amon Amarth.
(śmiech) Możliwe. Ale z drugiej strony możliwe też, że byliby zbyt zajęci załatwianiem swoich spraw żeby słuchać muzyki. Ale gdyby słuchali Grand Magus to byłoby zajebiste!

Żyjesz z grania muzyki, czy masz jakąś inną pracę?
Mam inną pracę i to od samego początku istnienia Grand Magus. To świadoma decyzja. Zawsze chciałem, żeby moja muzyka powstawała z pasji i miłości do niej, a nie z potrzeby zarobienia na rachunki. Wolę robić to, na co mam ochotę. Nikt nie może mi powiedzieć jaką muzykę grać albo jak ją grać. Ale może gdybyśmy nagle stali się bogaci to rzuciłbym robotę? Nie wiem. Może wtedy jednak straciłbym moją pasję do muzyki? Tego też nie wiem. Wiesz tylko o tym, co masz. Nie wiesz, co będzie ci dane mieć.

Ostatnia rzecz: „Sword Songs” wkrótce wchodzi do sprzedaży, a co z trasą? Jest jakaś szansa, że będziemy mogli zobaczyć Grand Magus na żywo w Polsce niedługo?
Owszem! Najpierw oczywiście będziemy grali na letnich festiwalach, ale potem pod koniec roku ruszamy w długą trasę. Niestety nie mogę jeszcze zdradzić jakie jeszcze zespoły pojawią się na tej trasie, ale będą to duże nazwy. Mam nadzieję, że wszystko podamy do informacji w ciągu najbliższych tygodni. Trasa odbędzie się w październiku, listopadzie i grudniu 2016 roku. Pamiętam, że mamy zabukowane na tej trasie przynajmniej cztery daty w Polsce.

Zapisz

Exit mobile version