Matt Heafy, lider i frontman kwartetu Trivium, to muzyk wyjątkowo utalentowany, a do tego niesamowicie sympatyczny i rozmowny. Rozmowa z nim toczy się w bardzo przyjaznej atmosferze, do tego stopnia, że chciałoby się spędzić z nim więcej czasu. Matt jest rozmówcą idealnym, a szybkość jego wypowiedzi zdradza, jak wiele pomysłów ten człowiek ma na swoim podorędziu. W końcu udało mi się go złapać, a jest to sprawa bardzo trudna do zrealizowania, jako że Matt – ciągle zajęty tworzeniem i rozwijaniem swoich projektów – cierpi na chroniczny brak wolnego czasu. Jest to muzyk, który emanuje dobrą energią i wręcz kipi kreatywnością. Nieistotne, czy lubisz Trivium, czy też nie – znajdujący się poniżej zapis wywiadu jest na tyle ciekawy, że na pewno znajdziesz w nim coś, co przykuje Twoją, drogi czytelniku, uwagę. Jako że Matt absolutnie nie ogranicza się tylko i wyłącznie do rozmów o swoim zespole, na pewno znajdziesz w tym wywiadzie coś dla siebie. Jeśli chcesz poznać historię Matta i Trivium, a także jeśli chcesz dowiedzieć się, jak muzycy potrafili poradzić sobie podczas dość poważnego przestoju, w jakim dwa lata temu znalazł się rynek muzyczny, zapraszam do zapoznania się z obszernym zapisem mojej rozmowy z liderem amerykańskiego zespołu.
Wywiad został przeprowadzony w czasie trwania pandemii koronawirusa i przed ogłoszeniem szczegółów projektu IBARAKI.
Cześć, Matt! To dla mnie zaszczyt, że zgodziłeś się na ten wywiad. Jak się miewasz?
Cześć, u mnie wszystko w porządku. Żyję swoim rytmem, wszystko leci mi niezwykle szybko, dziękuję [Matt powiedział „dziękuję” po polsku – przyp. red.], że pytasz! Ostatnio byłem bardzo zajęty i taki stan rzeczy wciąż się utrzymuje. Nie mam pojęcia, jak to jest możliwe i dlaczego tak się dzieje, ale to prawda – od jakiegoś czasu ciągle coś robię.
Czy w tym momencie masz na sobie koszulkę jakiegoś zespołu? Pytam, bo bardzo często można zobaczyć Cię reprezentującego „barwy” różnych metalowych kapel.
Może to zabrzmieć trochę egoistycznie, ale w tym momencie mam na sobie koszulkę, która pochodzi z mojego własnego sklepu internetowego, matthewkheafy.com. Większość koszulek wygląda bardzo blackmetalowo. Ta, którą akurat mam na sobie, została zaprojektowana w stylu, jaki wykorzystują extreme metalowe zespoły, wiesz, ciężkie do odczytania logo i tego typu sprawy.
Jakiś czas temu wydaliście dziewiątą już płytę, która okazała się kolejnym świetnym strzałem. Została wydana w wyjątkowych okolicznościach, tj. w absolutnym centrum ogólnoświatowego chaosu spowodowanego wybuchem pandemii koronawirusa. Czy uważasz, że decyzja, by wydać tę płytę mimo szalejącej plagi, była słuszna? Wiele zespołów odłożyło daty wydania swoich albumów na późniejszy termin, jednak Wy wydaliście What the Dead Men Say bez jakichkolwiek wątpliwości i zawirowań.
Uważam, że decyzja o wydaniu płyty w dniu, w którym miała od samego początku miała się ukazać, była bardzo dobrym posunięciem z naszej strony. Przedstawiciele wytwórni skontaktowali się z nami i poinformowali, że płyta ucierpi wskutek spadku obrotów z jej sprzedaży. Zapytali, czy chcielibyśmy przełożyć jej date wydania. Wszyscy zgodnie odpowiedzieliśmy, że nie ma takiej opcji. Nie było żadnego oporu czy momentu zawahania. Nie obchodzi nas ilość sprzedanych egzemplarzy czy też pieniądze, które wpływają wraz z wydaniem albumu. Zależało nam przede wszystkim na dostarczeniu naszej muzyki fanom i przyjaciołom.
Jak radziłeś sobie, żyjąc w czasach kwarantanny? Pewnie byłeś niezwykle zajęty tworzeniem nowej muzyki do swoich licznych projektów.
Cóż, wiadomo, że był to trudny czas dla nas wszystkich. Na szczęście trzy lata temu zacząłem streamować na platformie o nazwie Twitch. Siedem dni w tygodniu, gdy jestem w trasie, natomiast gdy jestem w domu, streamuję w każdy dzień roboczy i robię to od czterech do sześciu godzin dziennie. Kiedy wybuchła pandemia, byłem gotowy, by kontynuować moje streamy bez żadnych przeszkód – cały mój sprzęt był już skompletowany. Widzowie również byli przygotowani, by zacząć mnie oglądać.
Oferuję ludziom miejsce, w którym mogą spędzać czas i dobrze się bawić. Jeżeli chcą, może to być ich biblioteka, kanapa z gabinetu ich terapeuty, bar czy nawet kościół. Tworzę mój kanał na Twitchu po to, by czuli się tam się dobrze. Jest to miejsce otwarte dla nich od poniedziałku do piątku, gdy tylko jestem w domu. Trzymam się mojego streamowego harmonogramu od trzech lat; przez ten czas ludzie zawsze mogli i wciąż mogą do nas dołączyć. Na przestrzeni tego czasu nietrudno było zauważyć, jak rozrósł się mój kanał i jak nasza społeczność powiększała się z każdym dniem. To wprost niesamowite.
Równocześnie oczywiście zajmuję się muzyką. Właśnie skończyłem nagrywać wokale do Mrityu [rozmowa odbyła się przed ogłoszeniem i zmianą nazwy projektu na Ibaraki – przyp. red.], mojego blackmetalowego projektu, nad którym pracuję z Ihsahnem od dziesięciu lat. Gram dużo coverów, na przykład ostatnio udostępniłem autorską wersję piosenki z Wiedźmina – Toss a Coin to Your Witcher. Za jakiś czas ukaże się EP-ka będąca owocem mojej współpracy z Jaredem Dinesem. Na szczęście jestem typem osoby, która czuje się najlepiej, gdy ma wiele rzeczy do zrobienia. Bardzo często znajduję się w ogniu wydarzeń. Mam w sobie spore dość pokłady lęku i niepokoju, co na pewno stanowi dla ludzi swego rodzaju zaskoczenie, bo w ogóle tego po mnie nie widać. Wydaliśmy płytę w zenicie pandemii. Po jej wypuszczeniu prezentowałem piosenki z tego albumu na swoich streamach, grałem i śpiewałem je dla ludzi, którzy mnie oglądali.
Przez ostatnie dwa lata streamowaliśmy każdy koncert Trivium na Twitchu – oczywiście „wstęp” był za darmo. Kierowaliśmy i wciąż kierujemy się zasadą, że poniesione przez nas koszty nie mają znaczenia. Liczy się efekt końcowy i zadowolenie fanów. Zorganizowaliśmy ekskluzywne wydarzenie online w postaci transmisji naszego profesjonalnie nagranego koncertu, który ukazał się pod nazwą A Light or a Distant Mirror. Pragnęliśmy stworzyć coś wspaniałego i niezapomnianego, nawet jeśli ludzie nie mogli być tam z nami. Zbudowaliśmy scenę oraz zatrudniliśmy specjalistów od jej oświetlenia. Chcieliśmy zapewnić widzom niezapomniane widowisko. Tylko tym razem zdecydowaliśmy się na wprowadzenie biletów – kosztowały dziewięć dolarów, więc nie były przesadnie drogie. Jesteśmy w trakcie zakupu nieużywanego już przez służby państwowe hangaru lotniczego. Liczymy na to, że stanie się on miejscem wszystkich koncertów Trivium, które będziemy grać online. Utworzymy tam naszą przestrzeń do ćwiczeń; zamierzamy transmitować każdą próbę Trivium całkowicie za darmo. A w momencie, gdy postanowimy stworzyć coś większego, specjalnego, jak na przykład wspomniany przeze mnie livestream A Light or a Distant Mirror, pójdziemy na całość i damy z siebie wszystko – nie będzie żadnych ograniczeń.
Kontynuując temat Twitcha, zajmujesz się streamowaniem już od dłuższego czasu. W przeciwieństwie do wielu innych muzyków metalowych, jesteś bardzo aktywny w sieci. Robiłeś to już długo przed wybuchem pandemii koronawirusa. Uznajesz streamowanie za pewnego rodzaju pracę dorywczą czy może jest to sposób spędzania wolnego czasu, który sprawia Ci przyjemność?
Zaskoczę Cię, ale na dobrą sprawę ani jedno, ani drugie. Trivium jest moim najważniejszym projektem i zespołem, moją pierwszą pracą. Nigdy nie miałem innego źródła dochodu. Dołączyłem do Trivium w 1999 roku, natomiast zespół zaczął zarabiać pierwsze pieniądze dopiero w okolicach 2006 roku, więc zajęło nam to dłuższą chwilę (śmiech). Czym jest dla mnie Twitch? Stał się dla mnie drugą pracą, naprawdę. Uwielbiam to robić. Mój streamingowy terminarz obejmuje cały tydzień roboczy, od poniedziałku do piątku, dwie transmisje dziennie. Pierwszy, poranny stream trwa dwie i pół godziny, podczas gdy drugi, popołudniowy, trwa półtorej. W tym czasie zawsze jestem na żywo. Gram utwory Trivium dla fanów naszego zespołu. Wszystkie streamy są darmowe i każdy może śledzić moje poczynania aż do końca świata (śmiech). Nikt nie musi się martwić o to, że będzie musiał wydać choćby grosz. Oczywiście istnieje grupa widzów, która wspiera mój kanał, bo po prostu chce to robić. Jest to [prowadzenie kanału na Twitchu – przyp. red.] duża część mojego życia, tak samo jak Trivium. Czasem gram w gry komputerowe, a innym razem prezentuję różne covery. Zawsze jest coś do zrobienia, jakiś nowy projekt lub prośba od widzów. Wracając do pytania, tak, to [streamowanie – przyp. red.] moja druga praca, ale też coś, co sprawia mi przyjemność, więc w sumie możemy uznać to również za sposób spędzania wolnego czasu.
Przejdźmy zatem do Trivium. Czy uważasz, że What the Dead Men Say jest naturalną kontynuacją swojego poprzednika, czyli świetnego The Sin and the Sentence (2017), czy tym razem podeszliście do nagrywania nowej płyty w jakiś inny sposób?
My na dobrą sprawę nigdy nie myślimy o tym, jaka będzie nasza następna płyta. Nigdy nie decydujemy się na to, co zrobimy, a czego nie. Nie kierujemy się myślą przewodnią. Podczas tworzenia zarówno nowej, jak i poprzedniej płyty nie zastanawialiśmy się nad tym, jak miałaby brzmieć. Patrząc na nasze dotychczasowe dokonania, stwierdzam, że What the Dead Men Say brzmi jak mieszanka całego naszego dotychczasowego dorobku. Naszym planem było stworzenie czegoś, co akurat przyszło nam do głowy, na co mieliśmy w danym momencie ochotę. Na dobrą sprawę muzyka sama się pisała, a my jej tylko pomagaliśmy. Nie stawialiśmy sobie żadnych granic. Jeżeli mam być całkowicie szczery, to powiem Ci, że zaplanowany proces tworzenia nowej płyty jest dla mnie bardzo trudny. To po prostu najgorszy moment na znalezienie w sobie tej kreatywności, która się w tobie znajduje. Jeżeli dostałbym informację, że robimy nową płytę Trivium i mamy na to sześć miesięcy, musiałbym poświęcić na to jakieś osiem godzin dziennie. Stale żyłbym tą świadomością, że nie mam innego wyboru. Byłoby to dla mnie trudne, nienaturalne i wymuszone. Nie lubię pisać muzyki pod presją czasu i jakimkolwiek rygorem stylistycznym. Materiał wydany na naszej nowej płycie został tak naprawdę stworzony w ciągu paru lat od momentu premiery The Sin and the Sentence.
Czy mógłbyś pokrótce opowiedzieć, jaki jest motyw przewodni What the Dead Men Say, kto wpadł na ten tytuł i jakie ma on dla Ciebie znaczenie? To oczywiście tytuł noweli Philipa K. Dicka. Jak więc dzieło amerykańskiego pisarza sci-fi wpłynęło na ten album?
Ze względu zarówno na szacunek do naszych fanów, szczególnie tych bardziej dociekliwych, jak i do naszej twórczości nie chcemy ujawniać wszystkich odpowiedzi na temat tego, co tytuł tej płyty dla nas znaczy. To nie jest tak, że wykreowaliśmy pewną historię, którą można w jakiś sposób odszyfrować. Nie ma co doszukiwać się wskazówek czy też informacji. Tytuł naszej nowej płyty oznacza dokładnie tyle, ile każdy indywidualnie o nim myśli. Wszystkie pomysły, wszystkie próby interpretacji są poprawne. Przede wszystkim zależy nam na tym, żeby nasi fani mogli kreatywnie podchodzić do naszej muzyki i tekstów. To Paolo wpadł na nazwę albumu. Jak już wspomniałeś, zaczerpnął go z noweli autorstwa Philipa K. Dicka. Niemniej jednak nasza płyta nie jest muzyczną narracją czy odzwierciedleniem historii zawartej na stronach tej książki ani pod względem muzycznym, ani tekstowym.
Jednym z najciekawszych utworów na waszej nowej płycie jest przedostatni Bending the Arc to Fear, o którym za wiele się nie pisze.
Co ciekawe, tekst tego utworu został napisany przez Paolo, więc to właśnie on byłby najbardziej odpowiednią osobą do wypowiedzenia się na ten temat. Jeżeli o mnie chodzi, po zobaczeniu tekstu piosenki stworzyłem swoje własne wyobrażenie tego tekstu i natychmiast mu [Paolo – przyp. red.] o tym powiedziałem. Paolo uznał moją interpretację za bardzo interesującą i tak też doszliśmy do porozumienia co do warstwy lirycznej tego kawałka. Paolo napisał większość muzyki do tego utworu. Nasza najnowsza płyta powstawała w sposób następujący: każdy z nas trzech, tj. Paolo, Corey i ja – a więc trzech gitarzystów – pisał riffy. Zaczynaliśmy utwór od jednego riffu, a potem powoli go udoskonalaliśmy. Później pokazywaliśmy swoje pomysły reszcie ekipy i staraliśmy się łączyć to, co indywidualnie udało się stworzyć. I właśnie w tym momencie dochodziło do gruntownej zmiany, bo każdy raz po raz dorzucał swoje własne rozwiązania. Następnie Josh Wilbur, nasz producent, dodawał coś od siebie – w ten sposób dochodziło do kolejnych modyfikacji. To jest cała hierarchia ewolucji, przez którą musiały przejść piosenki zamieszczone na płycie.
Patrząc wstecz na utwór, o którym właśnie wspomniałeś – stanowi on jeden z moich ulubionych momentów na całym albumie. Jego struktura i sposób, w jaki się rozwija, są niesamowicie dziwne i nieprzewidywalne. To zdecydowanie kandydat do jednego z najmocniejszych elementów płyty. Co ciekawe – i zabawne – pamiętam, że pewien brytyjski magazyn uznał Bending za najsłabszy kawałek na krążku. Trochę mnie to rozśmieszyło, bo to pokazało, że tak naprawdę osoba odpowiedzialna za tamtą recenzję całkowicie nie zrozumiała tego utworu. Kiedy patrzę teraz na tę piosenkę, znajduję w niej różne odniesienia do In Waves. Dostrzegam również subtelne echa Vengeance Falls, Ember to Inferno i Ascendancy. Ekscytuje mnie, kiedy jestem w stanie prześledzić te elementy i dostrzec je w muzyce, którą tworzymy obecnie. Co więcej, w Bending słychać również wpływy z początków kariery Sepultury. Legendarni Brazylijczycy potrafili sprawić, że pojedyncze dźwięki gitar brzmiały niesamowicie ciężko. Byłem bardzo zadowolony, że mogliśmy nagrać coś, co ma w sobie zarówno blackmetalowe zacięcie, jak i elementy melodeathu, które są dobrze słyszalne w tym quasi-refrenie. Bending the Arc to Fear jest wyjątkowy, a jednocześnie przedziwny.
Prześledźmy zatem dyskografię Trivium. Czy mógłbyś powiedzieć mi, które płyty Twojego zespołu uważasz za najsłabsze, a które za najmocniejsze?
Przez całą naszą karierę, gdy zaczynaliśmy nagrywać nowe płyty, nigdy nie skupialiśmy się nad tym, jakie one będą. Muzyka przychodziła sama. Gdy patrzę na dokonania Trivium, czuję niesamowitą dumę ze wszystkiego, co osiągnęliśmy i stworzyliśmy. Oczywiście, niektóre płyty mogłyby być lepsze. Mam swoich absolutnych faworytów, ale istnieją też albumy, które lubię trochę mniej. Do tej drugiej grupy zaliczają się Silence in the Snow, Vengeance Falls i The Crusade. Te krążki były specyficzne same w sobie. Doskonale wiem, czemu tak jest i co w nich nie do końca mi się podoba. Trzy razy w całej karierze Trivium postawiliśmy sobie pewnego rodzaju limity, zahamowania, i właśnie one charakteryzują wspomniane płyty. Wytyczaliśmy sobie kierunki, których trzymaliśmy się kurczowo. To było jak jazda tym samym pasem przez całą drogę do celu. Wszystkie inne nagrania Trivium żyły swoim własnym życiem – nie trzymaliśmy się wcześniej narzuconych instrukcji. Podczas sesji nagraniowych do The Sin and the Sentence zrozumieliśmy, że może i podczas naszego pobytu w studiu musimy trzymać się dość sztywnych zasad, dużo ćwiczyć oraz stosować pewnego rodzaju dyscyplinę, ale za wszelką cenę musimy pozwolić muzyce na wolność. To konieczne, by zachowała ona w sobie naturalność i organiczność. I mimo że praktycznie we wszystkim, co robię, jestem osobą bardzo praktyczną i metodyczną, gdy tworzę piosenki Trivium, najlepszym rozwiązaniem jest niekierowanie się żadnym planem.
Czy kiedykolwiek wcześniej przeszło Ci przez myśl, że utwór tytułowy z płyty In Waves (2011) stanie się waszą wizytówką i swego rodzaju pomnikiem, który już zawsze będzie z Wami kojarzony?
Odbiór tego kawałka był wprost niesamowity. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będziemy mieć utwór, który będzie tak wpływał na ludzi. Gdy wciąż zajęci byliśmy promocją Shogun (lata 2008-2010), naszego najbardziej technicznie zaawansowanego i progresywnego albumu, wciąż mieliśmy długie włosy (śmiech). Wszystkie numery na tej płycie były długie, złożone i trudne do zagrania. In Waves to był pomysł Paolo. To on zapoczątkował ten utwór. Co ciekawe, na początku to był tylko głupi żart. Stworzył piosenkę, która miała wyśmiewać KFC i Harlanda Sandersa. Tekstem był wtedy przepis na jakiś fast food (śmiech). Gdy Paolo pokazał mi, co stworzył, kawałek ten nie miał wokalu, była tylko muzyka. Usłyszawszy riff po raz pierwszy, zapytałem: „Paolo, czemu wygłupiasz się przy czymś tak zajebistym? To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek napisałeś!”. I właśnie w ten sposób powstał In Waves (śmiech). Gdy ukończyliśmy prace nad tym utworem i oficjalna wersja została opublikowana, wszystko wokół zespołu zaczęło się zmieniać. Przedtem nigdy nie udało nam się dopracować elementów wizualnych, które miały charakteryzować Trivium. Teledyski do utworów z Shogun były fajne i ciekawe, okładka płyty również intrygowała, ale do tamtego momentu nigdy nie udało nam się stworzyć projektu tak całkowicie wszechogarniającego, trwale spojonego zarówno pod względem muzycznym, jak i wizualnym. In Waves okazało się pod tym względem przełomowe. Przy tej płycie wszystko poszło tak, jak tego chcieliśmy. Nasz wygląd sceniczny pasował do teledysków, więc zdecydowaliśmy się nagrać koncert bez publiczności, który potem wydaliśmy na DVD. Można powiedzieć, że w tamtym czasie przewidzieliśmy przyszłość, patrząc na aktualną sytuację na świecie, a tylko przypomnę, że miało to miejsce w 2011 roku. Nagraliśmy czarno-biały dokument dotyczący Trivium, również przyjęty ze sporym zaskoczeniem. Co jest przeciwieństwem dokumentu o zespole muzycznym? Film pozbawiony kolorów. Przeciwieństwo live DVD? Koncert bez publiczności. A co jest przeciwieństwem zespołu, który wygląda bardzo metalowo i groźnie? Muzycy z krótkimi włosami. Ścięliśmy włosy, stworzyliśmy stroje sceniczne i nagraliśmy teledyski przypominające klipy Rammstein połączone z naszymi występami na żywo. Oddaliśmy się całkowitemu minimalizmowi, a potem to był już książkowy przykład efektu kuli śnieżnej.
I całe to zamieszanie powstało od tego jednego riffu. Nikt z nas nie sądził, że utwór tytułowy naszej piątej płyty stanie się najbardziej znanym kawałkiem z całego naszego katalogu, a i po dzień dzisiejszy jest to największy utwór w całej naszej dyskografii. Bardzo się cieszę, że tak się stało. Napisaliśmy go pod wpływem jednej z tych organicznych i naturalnych chwil, o których Ci mówiłem. Tak właśnie tworzymy naszą muzykę. Oczywiście, był to pewnego rodzaju przypadek, ale między innymi właśnie z takich przypadków rodzą się rzeczy wielkie. Gdy pomyślę o utworach, które tak bardzo chcieliśmy stworzyć, że siedzieliśmy w studiu po parę godzin ślęcząc nad ich ukończeniem, od razu czuję, że to nie był dobry pomysł. Czuć, że te kawałki są trochę wymuszone i nie są efektami naturalnej kolei rzeczy. Potrafimy przyjmować krytykę jako zespół i potrafimy również powiedzieć, co zrobiliśmy źle lub co mogło być zrobione lepiej. Najlepszym przykładem jest utwór The Rising z The Crusade. To mój najmniej ulubiony utwór z całej naszej dyskografii. Nie lubię go, bo napisaliśmy go starając się stworzyć kawałek podobny do odnoszącego ówcześnie sukcesy singla Anthem (We Are the Fire). Tylko że Anthem nie był wymuszony, napisaliśmy go pod wpływem inspiracji. Utwór ten zebrał wiele pochlebnych recenzji, i w świetle tego, wytwórnia poprosiła nas o napisanie czegoś podobnego. Zgodziliśmy się, i właśnie tak powstał The Rising. To dobry utwór, ale nie na Trivium. Nie powinien był znaleźć się na naszej płycie. Taki kawałek mogłaby napisać jakaś kapela grająca rocka, ale nie my. Co ciekawe, The Rising stał się swoistym memem na moich streamach. Każdego dnia, gdy streamuję na Twitchu pytam fanów, jaką piosenkę chcieliby usłyszeć, a oni zawsze piszą, że właśnie The Rising (śmiech). Z tego wszystkiego stworzyłem nową wersję tego utworu, która jest nawet słuchalna (śmiech). Ale wracając, gdy tworzysz muzykę, musisz być naturalny i pozwolić jej płynąć. W innym przypadku będzie brzmieć sztucznie, a to najgorsze, co może być. Na szczęście zrozumieliśmy to w porę i trzymamy się tej drogi. Pozwalamy magii naturalności robić swoje.
Jakiś czas temu zabrałeś głos w sprawie bardzo skrajnych emocji i komentarzy, jakie wywołał wasz trzeci album, The Crusade (2006). Chwilę przed jego wydaniem wydawało się, że mieliście świat u swych stóp, aż nagle pojawiło się The Crusade i sprawy przybrały całkowicie nieoczekiwany obrót. Staliście się – jak sam stwierdziłeś – jednym z najbardziej znienawidzonych zespołów na świecie. Na szczęście dla was po wydaniu Shoguna (2008), czyli waszej czwartej płyty, wszystko wróciło na właściwe tory i znów odnosiliście same sukcesy. Dlaczego, Twoim zdaniem, ludziom, którzy zakochali się w waszych pierwszych dwóch albumach, The Crusade nie przypadło do gustu?
Mam wrażenie, że wynikło to ze wszystkiego, co działo się w tamtym czasie w Wielkiej Brytanii. Trivium nie znaczyło kompletnie nic w momencie, gdy wydaliśmy nasz debiutancki materiał. Ascendancy sprawiło, że staliśmy się nieco popularni, ale tylko na terenie Zjednoczonego Królestwa. Moment, w którym pojawialiśmy się na okładkach magazynów, trwał może dziewięć–dziesięć minut, przepraszam, dziewięć–dziesięć miesięcy! (śmiech). Już wtedy byliśmy bardzo ambitni i nieustępliwi. Mieliśmy jakieś osiemnaście–dziewiętnaście lat w momencie, gdy Ascendancy odniosło sukces i osiągnęło status złotej płyty. Stanowiliśmy wtedy kapelę, o której mówiło się naprawdę dużo, rzekłbym, więcej niż o innych zespołach w tym czasie. Pojawialiśmy się na okładce praktycznie każdego magazynu muzycznego.
Gdy miałem dwanaście lat, byłem wielkim fanem muzyki i miałem jeden cel – grać w największym zespole na świecie. Pewnego razu jedno z czasopism, które umieściło nas na swojej okładce, zadało nam pytanie: „Co chcecie osiągnąć w swojej karierze?”. Odpowiedzieliśmy: „Chcemy grać w największym i najlepszym zespole na całym świecie”. Oczywiście magazyn ten wydrukował nasze słowa i zrobił z tego sensację (śmiech). Gdy zespoły, które były na scenie dużo dłużej od nas, przeczytały, że grupa osiemnastolatków odważnie mówi o pragnieniu bycia największym i najlepszym zespołem na świecie, staliśmy się przez nich nielubiani i nieakceptowani. Nie podobało im się, że młode chłopaki tak odważnie poczynają sobie na ich poletku. Staliśmy się wrogiem publicznym numer jeden ówczesnej sceny metalowej i rockowej. Ale wciąż mieliśmy do swojej dyspozycji zainteresowanie i przychylność brytyjskich mediów. Pomyślałem sobie, że tak nie może być. Zbuntowałem się. Chciałem pokazać innym, na co nas stać. To był mój pomysł, by oderwać się od wszystkiego, co wydaliśmy do tej pory. Zmieniliśmy podejście oraz styl, by świadomie zerwać z przeszłością. W ten sposób powstało The Crusade. Podczas pracy nad tą płytą ustaliłem jasne zasady: zero screamu, zero breakdownów i mało basu. Chciałem stworzyć thrashmetalową płytę z prawdziwego zdarzenia. Zrobiliśmy to, dzięki czemu otworzyło się przed nami wiele innych drzwi, a media z Wielkiej Brytanii całkowicie zmieniły zdanie wobec nas. Nie byliśmy już najlepszym zespołem na świecie, wręcz przeciwnie – staliśmy się najgorszą kapelą na całej kuli ziemskiej. Jestem dumny, że przez to wszystko przeszliśmy. Cieszy nas i podnosi na duchu fakt, że na nowo zbudowaliśmy swoją tożsamość na scenie i zyskaliśmy w oczach innych grup. W pewnym momencie nie mieliśmy nikogo po swojej stronie, ani mediów, ani innych kapel. Nikt nam nie sprzyjał. Przez lata ciężko pracowaliśmy, by znaleźć się w miejscu, w którym jesteśmy teraz. Trivium należy do fanów. Zawdzięczamy im absolutnie wszystko. Nigdy się od nas nie odwrócili i zawsze trwali przy nas, na dobre i na złe. Są absolutnie wspaniali. Właśnie dla nich robimy to wszystko.
Jak poradziłeś sobie z dość poważnym problemem, z którym przyszło Ci się mierzyć podczas występu na jednym z europejskich festiwali w 2014 roku, a mianowicie utratą głosu? Musiał to być dla Ciebie bardzo ciężki okres, jako że Trivium jest przede wszystkim znane ze swoich żywiołowych koncertów i niesamowitej energii, którą zarażacie swoich fanów. Sześć lat później znajdujemy się tutaj, a Matt Heafy wydaje się być w życiowej formie wokalnej, perfekcyjnie łącząc piękny, czysty wokal z „niepodrabialnym” i niezwykle potężnym krzykiem.
Moją pierwsza reakcją był wszechogarniający strach, że moja kariera właśnie się skończyła. Ale potem przyszedł moment zastanowienia, że może jednak nie wszystko stracone. Może mógłbym zacząć pracować nad swoim głosem i nauczyć się, jak go nie eksploatować do granic możliwości? Skontaktowałem się więc z Ronem Andersonem, który pracował między innymi z takimi artystami, jak Axl Rose, Chris Cornell, Kelly Clarkson czy Janet Jackson. Zaczęliśmy niemal od razu. Na mój końcowy sukces złożyło się kilka czynników. Znajduję się teraz w najlepszym momencie swojej kariery, jeżeli chodzi o umiejętności wokalne (zarówno czysty śpiew, jak i krzyk) czy granie na gitarze. I to wszystko głównie dzięki niemalże całkowitemu zdarciu swoich strun głosowych sześć lat temu. Dotarło do mnie, że muszę się nauczyć śpiewać od nowa, popracować nad techniką i odbudować swój naturalny głos.
Drugim istotnym czynnikiem było podjęcie treningów brazylijskiego jiu-jitsu. Sport ten nauczył mnie dyscypliny, pokory i umiejętności budowania czegoś od zera, a to niesamowicie ważna oraz potrzebna umiejętność w życiu człowieka. Brazylijskie jiu-jitsu dało mi możliwości stawiania fundamentów od gołej ziemi wzwyż. Całą wiedzę i wszystkie narzędzia samorozwoju, w które wyposażyła mnie ta dyscyplina sportu, przełożyłem na moją karierę muzyczną. Dlatego też mogę zagrać koncert w każdym momencie. Jeśli miałbym nagrać jutro płytę – jestem na to gotowy. Bardzo się cieszę, że ludzie nie słyszą różnic między moim naturalnym wokalem, a brzmieniem nagrań. Mogą szczerze stwierdzić, że potrafimy zagrać płytę tak, jak została nagrana. A to wszystko dzięki wpływowi ciągłych treningów i sesji ćwiczeniowych, które są nieocenione jeżeli chce się osiągnąć sukces.
Jeden z moich kolegów, pewien utalentowany perkusista, chciał, bym poprosił Cię o udzielenie paru rad i wskazówek na temat stawiania pierwszych kroków i rozwijania swojej kariery na scenie metalowej. Zgodziłem się, jako że jesteś autorytetem dla wielu młodych, aspirujących muzyków, którzy marzą o pójściu w Twoje ślady. Biorąc pod uwagę Twój staż i nieprzerwanie odnoszone od początku swojej pracy scenicznej sukcesy, jesteś doskonałym przykładem tego, że poprzez ciężką pracę można osiągnąć naprawdę wiele.
Przede wszystkim bardzo Ci dziękuję za te słowa – to niesamowite. Naprawdę je doceniam. Przechodząc do pytania, cóż, to naprawdę bardzo trudna sprawa, trudniejsza niż się ludziom wydaje. Nie ma jednej jednej, bezpośredniej ścieżki; każdy musi odnaleźć swoją własną. Każda droga wymaga od Ciebie czegoś innego. Gdy miałem dwanaście lat, powiedziałem sobie, że w przyszłości chcę grać w największym metalowym zespole na świecie, który koncertuje na całym globie. Gdy byłem około trzynastki, poszedłem na próbę z Trivium. Od tamtego czasu tak naprawdę niczym innym się nie zajmowałem. U mnie zawsze duże znaczenie miało podejście. Patrzę na swoją karierę z takiej perspektywy, że moim celem jest ćwiczenie aż do osiągnięcia perfekcji, a jednocześnie wiem, że to cel niemożliwy do zrealizowania. Pracuję ciężko, by stać się tak dobry jak moi muzyczni idole, a nawet lepszy, mając świadomość, że to się nigdy nie stanie. Działam mimo jakichkolwiek przeciwności losu, mimo wszelkich trudności, jakie napotykam na swojej na drodze. W tym wszystkim chodzi o to, żeby zachować równowagę – unikać popadania w samozachwyt, ale też nie być zblazowanym. Zawsze jest coś, na czym można skupić swoją uwagę. Należy kierować się myślą, że chce się być najlepszym dla samego siebie, a nie dla wszystkich wokół. Jeżeli potrafisz to zrobić, postaraj się zastosować ten sam etos do wszystkiego innego, co przykuwa Twoje zainteresowanie, a być może uznasz, że warto się temu poświęcić i nawet dojdziesz do sukcesu. Ciężka praca wynagradza oraz przynosi wymierne efekty. Zawsze mamy coś do osiągnięcia, niezależnie od tego, co to jest.
Wielkie dzięki za te słowa. Czas na ostatnie pytanie. Jak po szesnastu latach wspominasz swój występ na płycie zatytułowanej Fractured (2004) zespołu Capharnaum? Zająłeś się wtedy wyłącznie wokalem. Spoglądając na ten projekt przez pryzmat dokonań Trivium, było to coś z zupełnie innej planety. Czy nagranie czegoś tak całkowicie różnego od tego, czym zajmujesz się na co dzień, było dla Ciebie ciekawym doświadczeniem?
To wydarzyło się niedługo przed wydaniem Ascendancy. Wcześniej miałem już za sobą Ember to Inferno – po wydaniu właśnie tego albumu zostałem poproszony o nagranie partii wokalnych na potrzeby płyty Capharnaum. Za wiele o tym nie myślałem, po prostu się zgodziłem i zrobiłem. Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że było to szalone przeżycie. Wiesz jak wiele deathmetalowych, deathcore’owych oraz metalcore’owych kapel inspiruje się tą właśnie płytą? Nieraz spotkałem się z opinią, że to czyjś ulubiony album. Poniekąd jest to taka perełka tamtych czasów (śmiech). Co najlepsze – tej płyty nie można nigdzie dostać. Nie da się jej kupić w wersji CD ani znaleźć jej w aplikacjach streamingowych. Jakiś czas temu chciałem się tym zająć, ale to Jason Suecof jest odpowiedzialny za Capharnaum, a ja nie za bardzo wiem, dlaczego tej płyty nigdzie nie ma. Ale mogę ci powiedzieć, że już niedługo świat będzie mógł zapoznać się z Mrityu [Ibaraki], czyli moim blackmetalowym projektem. Oprócz Ihsahna na płycie występuje również sama legenda polskiego black metalu, czyli oczywiście nie kto inny, jak Nergal. To naprawdę coś wspaniałego, jestem niesamowicie podekscytowany. Ten album to mój hołd oraz ukłon w stronę black metalu. Uhonorowanie, a także wyrazy uznania dla tego gatunku muzyki od jego korzeni, po wszystkie rozgałęzienia i etapy ewolucji. Moja własna interpretacja znaczenia black metalu. Ale nasi słuchacze jeszcze będą musieli uzbroić się w cierpliwość, przynajmniej na jakiś czas. Nie chciałbym wyjawić zbyt wielu szczegółów na ten moment. Bądźcie cierpliwi i wyczekujcie kolejnych informacji!
Bardzo Ci dziękuję, że znalazłeś dla mnie chwilkę, Matt. Cieszę, że mogliśmy w końcu porozmawiać. Wszystkiego dobrego na przyszłość. Już nie mogę się doczekać Twoich nadchodzących projektów. Do zobaczenia!
Wielkie dzięki za rozmowę. Dziękuję! Trzymaj się i do zobaczenia! (Matt po raz kolejny zdecydował się podziękować i pożegnać się po polsku – przyp. red.)

- Brutal Assault XXVIII – Jaroměř (06-09.08.2025) - 28 września 2025
- Misþyrming, Kringa, Ritual Death, Nubivagant – Kraków (09.01.2023) - 12 lutego 2023
- In Flames, At the Gates, Imminence, Orbit Culture – Katowice (15.11.2022) - 17 stycznia 2023
Tagi: 2020, Heavy Metal, In Waves, interview, Matt Heafy, metalcore, roadrunner records, Trivium, What The Dead Men Say, wywiad.






