Schizma to zespół, którego wkładu w polską scenę hardcore’u i ogólnie scenę muzyki ciężkiej nie da się przecenić. Setki zagranych koncertów, tysiące przejechanych kilometrów i zmiany składowe z roku na rok czyniły zespół twardszym, pewniejszym swego, co cieszy – bardziej i szerzej docenianym. Nowe kapele przychodzą i odchodzą, ale pewne nazwy są z nami cały czas, dając gwarant jakości, dojrzałości i najzwyklejszej radości z obcowania z ich muzyką i ich obecnością na scenie. Przy okazji wydanej kilka miesięcy temu nowej płyty zatytułowanej Upadek udało mi się wziąć na spytki wieloletniego frontmana bydgoskiej załogi – Pestkę, który jako rozmówca zawsze zapewnia bardzo wdzięczny materiał i tym razem również nie zawiódł. Czy jesteś hardcore’ owcem, czy zatwardziałym metaluchem, w przypadku tego wywiadu nie ma znaczenia, jak mówi stare porzekadło: „mądrego zawsze dobrze posłuchać”, a w tym wypadku – poczytać.
Witaj, bardzo się cieszę, że zgodziłeś się na tę rozmowę. Zacznijmy chronologicznie. Trzynaście lat temu nagraliście swój, do niedawna, ostatni album Whatever it Takes, Whatever it Wrecks, który powstał po znaczących przetasowaniach w składzie (żeby nie uciekać się do żartu: „po wielkiej schizmie”). Pamiętasz, jakie mieliście wtedy w związku z nim nadzieje? Jak go oceniasz z perspektywy czasu? Co udało się zrealizować, a co Wam umknęło?
Z pewnością była to przełomowa płyta, Schizmaciek odszedł z bandu, odpowiedzialność robienia kawałków przejął Kwaśny i mimo że wiele robiliśmy razem, stylistyka płyty była w sumie wypadkową stylu Kwaśnego i jego wizji wpisania się w to, co robiliśmy dotychczas. W pewnym sensie byliśmy pod lupą, musieliśmy niejako stanąć na wysokości zadania i ostatecznie fakt, że ten materiał był relatywnie odmienny, sprawił, że było to faktycznie „nowe otwarcie”. Udało nam się zrobić charakterystyczną płytę, eksperyment z rejestracją instrumentów na setkę okazał się udany, a brzmienie (analogowa rejestracja na taśmę bez cyfrowej ingerencji) można przy odrobinie dobrej woli uznać za alternatywne kuriozum (śmiech).
Po Whatever it Takes… nagraliście dwa krótkie materiały – Dla Was i O Nas – które zostały bardzo dobrze przyjęte. Wróciłeś wówczas do pisania w języku ojczystym. Co pchnęło Cię do tej decyzji?
— Hmm… chyba kilka rzeczy złożyło się na ten krok. Być może formuła języka angielskiego się trochę wyczerpała, poza tym chciałem podjąć to polskie wyzwanie tekstowe i też czuliśmy, że taki materiał dobrze wejdzie ludziom.
Nową płytę zatytułowano Upadek. Czy to, co nas otacza, faktycznie musi ulec rozkładowi?
Te pokolenia wychowane na popelinie raczej olśnienia już nie doznają, przynajmniej w większości, niestety. Jedyna nadzieja, że powstają też wąskie społeczności próbujące jednak dystansować się od tej rzeczywistości, która nie ma nic do zaoferowania oprócz konsumpcji i rozrywki, i żyć niejako obok. Pojawiają się pozytywne trendy, jednak jak to z trendami bywa – mogą się młodym ludziom znudzić w konfrontacji z presją rzeczywistości.
Czy my – ludzie – jako gatunek potrzebujemy ideologicznego resetu?
Owszem. Niestety, różne pozytywne idee zostają podnoszone do rangi politycznych przepychanek i ideologiczny reset brzmi już dość podejrzanie w samym nazewnictwie. Wiesz, wystarczyłoby być po prostu życzliwym, rozsądnym człowiekiem, szanującym innych i Ziemię jako nasz dom i nie mieszać do tego żadnych ideologii i chyba byłoby dobrze. Zdrowy balans między tradycją a nowoczesnością z dala od religijnych i narodowościowych obsesji wystarczyłby, żeby wszystko się kulało bez skakania sobie do gardeł. Niestety, większość idei, często pozytywnych u gruntu, jest upolitycznianych, stanowiąc wygodne tematy zastępcze i coraz trudniej żyć, tak aby nie mieć przypisanej łatki, wygodnej w identyfikacji z grupą, co w oczach wielu jest niezmiernie istotną cechą przynależności, która daje im poczucie bezpieczeństwa i iluzję zrozumienia rzeczywistości.
Minęło już trochę czasu od premiery płyty. Obserwacje wskazują, że przyjęto ją z wielkim entuzjazmem. Jest to dla Was zaskoczeniem?
Włożyliśmy w ten materiał dużo serca, więc miło jest słyszeć propsy – zarówno od ziomków, jak i od krytyków – oraz widzieć, że ludzie na koncertach naprawdę znają nowe kawałki i chcą je słyszeć na żywo, tak jak stare, znane kawałki. Pracowaliśmy od dawna na reputację zespołu, który nowy materiał traktuje tak samo poważnie, jak stare sprawdzone rzeczy i zawsze gramy dużo kawałków z bieżących płyt i cieszymy się, że nasi ludzie to doceniają i są gotowi iść z nami do przodu, jest to dużo bardziej kreatywne i wynagradzające, niż odgrzewanie kotletów sprzed lat dla zadowolenia publiczności.

Czy na etapie komponowania nowych utworów czuliście, że powstaje silny materiał, który po prostu musi się spodobać?
Na etapie robienia kawałków, kiedy wszystko było jeszcze niedopracowane, w kanciapowym brzmieniu i na początku bez wokali raczej potrzebna była pewna doza myślenia życzeniowego (śmiech). W zasadzie dopiero w studio usłyszeliśmy pełne pierdolnięcie, pracując nad szczegółami i wokalami w końcu potencjał tych kawałków zaczął wypływać na powierzchnię. Zresztą część tekstów powstawała w miarę kolejnych moich sesji w studio, które były rozciągnięte w czasie z różnych przyczyn, więc powiedzmy, że karty w talii odsłaniały się stopniowo. Plus ostateczne brzmienie osiągnięte w studiu też dodało kilogramów, więc efekt ukazał się pod koniec procesu.
Waszym nowym wydawcą jest Piranha Music, którego „macki” sięgają znacznie dalej niż stricte scenowego Spook Records. W związku z tym, czy nie korciło Was, by na płycie umieścić któryś z utworów z EP-ek Dla Was i O Nas lub jako osobne wydawnictwo (kompilacja EP)?
Nie, płyta jest zwartą całością, natomiast nie wykluczamy hybrydowych wydawnictw w przyszłości, tak jak na przykład po poprzedniej EP-ce wyszedł 7” z remiksem i instrumentalami do Nie mam czasu wydany przez Hidden Beauty Records, który jest pewną nowością na scenie hc-punk.
Jesteś bardzo dobrym frontmanem. Biegasz po scenie już trzydzieści lat, a na mnie osobiście sprawiasz wrażenie gościa, który zawsze wie, co powiedzieć, i który ma przemyślany każdy temat. Odnajdujesz to jako świadomość otaczającego świata, dojrzałość?
Dzięki! Po pierwsze formuła gigu hardcorowego jest niezwykle żywiołowa, wręcz wybuchowa, jednocześnie pozbawiona pewnego rodzaju pozy, maniery i nadęcia (z pewnymi groteskowymi wyjątkami jak w każdej regule), więc dopełnieniem tej fizycznej sfery wyładowania i przekazu energii w trakcie gigu jest przekaz, swoisty komentarz czy wstęp do granych utworów. Choć obecnie staram się nie „przegadywać” koncertu, to jednak ten element „kaznodziejski” lub po prostu zwykły kontakt z naszymi ludźmi pod sceną jest niezwykle istotny i mi akurat przychodzi z łatwością, bo lubię zacierać granicę między tym, który gra, a tym, który słucha i między innymi za to kocham naszą scenę i koncerty.

Jest jeszcze w Tobie i w zespole pierwotny, młodzieńczy bunt?
Owszem, natomiast nie mam już potrzeby manifestowania go wizerunkiem czy zachowaniem, przekładam to raczej na muzykę, wybory konsumenckie, styl życia czy też opiniowanie, krytykę i polemikę w środowisku, w którym się obracam (niekoniecznie scenowym).
Aktualna sytuacja w Polsce sama pisze programy dla kabaretów i stand-uperów, niewątpliwie inspiruje także liryki kapel takich jak Wasza. Poruszyłeś na krążku bardzo dużo drażliwych tematów, w tym przemoc – względem kobiet, zwierząt czy ekologii – popularność patostreamerów i ogólny upadek jakości ideologicznej w narodzie. Pisząc je, miewałeś rozterki, czy powinieneś tak daleko posuwać się z wnioskami? Nie bałeś się ataku urażonych? A może wręcz przeciwnie – miałeś nadzieję, że dzięki Twoim tekstom uda się im otworzyć oczy i skłonić ludzi do przemyśleń?
W tekstach hc zawsze było miejsce na tematy zaangażowane, więc to nie jest nowość, chociaż faktycznie na ostatniej płycie pojawiło się kilka tematów, o których wcześniej nie pisałem. Na pewno należy do nich kwestia męskiego szowinizmu, o którym mówię przez pryzmat osobistych doświadczeń, obserwacji i lekcji odebranych od mojej żony i córki. Tutaj faktycznie, mam nadzieję, być może skłoni to niektórych maczosów, którzy bezrefleksyjnie „biorą, co swoje” do zredefiniowania pojęcia męskości i spojrzenia oczami kobiety na swoje zachowania. Innym ważnym utworem, który być może został nadinterpretowany, jest Coraz Dalej gdzie – bynajmniej – nie było moją intencją stawać po stronie antyszczepionkowej, a raczej uczulić na problem manipulacji, polaryzacji i dezinformacji, którym jesteśmy skutecznie poddawani, co prowadzi do rozproszenia uwagi, podziału społeczeństwa i pogłębiania konfliktów ku wygodzie, mówiąc w uproszczeniu, systemu.

Zaczynałeś przygodę ze Schizmą w latach 90. Pamiętasz, jak postrzegałeś granie na scenie hardcore’owej? Widziałeś siebie na niej w 2023 roku?
Jakkolwiek pretensjonalnie może to zabrzmieć, ja chyba na ogół żyję chwilą i choć czasami okazuje się, że jest to dłuższa chwila, to ani zbytnio nie żyję przeszłością, ani nie mam czy nie miałem dalekosiężnych planów. Bycie częścią sceny w latach 90. było bardzo spontaniczne i naturalne, po prostu bardzo mi na tym zależało, wiedziałem podskórnie, że jest to coś wyjątkowego i wartościowego i chciałem być częścią tego ruchu. Mimo zawirowań zawsze miałem dookoła siebie ludzi, z którymi mogłem pchać ten wózek. Powiedzmy, po dekadzie to już szło siłą rozpędu i w końcu w nowożytnej erze zespołu nabrało chyba pewnego szlifu i reputacji, która dzięki naszej pozycji w tej chwili daje nam namiastkę komfortu w sensie mocnego feedbacku i grania samych udanych gigów. Personalnie wciąż obracamy się w środowisku zajawkowiczów, ale organizacyjnie i technicznie w sferze – powiedzmy – profesjonalnej i jest to fantastyczne uczucie.
Ciekawi mnie, jak wygląda temat inspiracji muzycznych u takich starych wyjadaczy jak Wy. Czujecie jeszcze emocje przy premierach nowych płyt innych zespołów czy patrzycie na to bardziej od strony „obserwatora-cynika”?
Hmm… dobre pytanie. Będąc w tym wieku, mając już tyle przesłuchanej muzyki „na koncie” i samemu ją grając, faktycznie jest to chyba nieco inny rodzaj percepcji. Zapewne jest większa wybiórczość, ale z pewnością jaramy się wciąż muzyką tym bardziej, że jest jej bardzo dużo i jest wiele doskonałych zespołów, nie tylko na naszym hc poletku, z których można czerpać zarówno inspiracje, jak i zwykłą radość słuchacza.

Mieliście ostatnio okazję wyjść na scenę z kilkoma legendami starej szkoły hardcore’owej. Jakie emocje towarzyszą Ci na myśl o dzieleniu sceny z formacjami Sick Of It All, Biohazard, Dog Eat Dog i Terror?
Jest to w pewnym sensie spełnienie marzeń, jednak w przypadku sceny hardcore prawdopodobieństwo dzielenia sceny z zespołami, których samemu się słucha i które podziwia, czy na których się wychowało, jest stosunkowo duże. Tutaj nie ma klimatu gwiazdorskiego, płacenia za supportowanie, przepaści między kapelami – owszem, skala popularności i statusu jest zupełnie inna, natomiast nie stanowi to przeszkody. Z jednej strony są to zespoły, które zaczynały tak jak my i dzięki determinacji, postawieniu wszystkiego na jedną kartę, trudnej pracy i faktu, że są na ogół ze Stanów – śmieje się – doszły tam, gdzie są, lecz nie tracą kontaktu z rzeczywistością. Z drugiej – zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy jednym z dziesiątek zespołów, jakie oni spotykają na swoich koncertach, trasach, na swojej drodze czy w zawodowej karierze, więc fajnie jest takich ludzi poznać, jak jest okazja pogadać, zobaczyć od podszewki ich pracę, ale jakoś szczególnie się nie wkręcamy w ten temat.
Wiem, że zdarzało się Tobie pogrywać na boku jako DJ i jako wsparcie sceniczne u Bisza. Moje pytanie dotyczy całego zespołu: jakie macie nastawienie do pobocznych projektów? Czy godząc życie codzienne z graniem w Schizmie, macie jeszcze czas na samorealizację w innych projektach?
Każdy ma nieco inne osobiste preferencje stylistyczne, więc projekty poboczne być może pomagają się realizować w szerszym spektrum i dać upust nadmiarowi kota we łbie. Jest to bardziej kwestia ustawienia priorytetów – stałych lub tymczasowych – organizacji czasu i dyscypliny – wtedy naprawdę dużo można w dobę upchać. Tutaj wielka miłość dla naszych partnerek za tolerowanie naszych niedociągnięć domowych spowodowanych graniem, tym bardziej w „pobocznych projektach”.
Na koniec krótka piłka: kiedy będzie można kupić Upadek na winylu?
Jesienią tego roku.

Fot. archiwum zespołu, Tomasz Misztal, Luxus Photo, xrobakx.
- Final Gasp – „New Day Symptoms” (2026) - 24 lutego 2026
- Exhumed – „Red Asphalt” (2026) - 18 lutego 2026
- Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025) - 8 lutego 2026
Tagi: 2023, frontman, hardcore, hardcore punk, interview, Pestka, Piranha Music, polski hardcore, Schizma, Spook Records, wywiad.






