VIRIAN (Lilla Veneda): „mroczny świat Słowackiego pod umarłym księżycem”

Lilla Veneda

Wrocławska Lilla Veneda w ubiegłym roku obchodziła piętnastolecie działalności, jednak tak naprawdę dopiero teraz grupa, która oscyluje gdzieś pomiędzy blackiem, deathem a industrialną grozą, wydaje się nieco kruszyć szklany sufit zasięgów, koncertów i kontaktów. W lutym wydali trzeci już studyjny materiał, „Primordial Movements”, i wciąż – nie tylko nazwą – starają się udowodnić, że Juliusz Słowacki wielkim satanistą był. Wokalista grupy, Krzysztof „Virian” Sobczak z pewnością nie może narzekać na nudę – udziela się też w Voidfire, z którym właśnie rejestruje trzeci album. Porozmawialiśmy z nim tuż po Mystic Festiwalu i pomimo „delikatnej” obsuwy i tak rozpoczynamy od tego właśnie tematu.

Z Virianem, wokalistą zespołu Lilla Veneda rozmawia Michał Przechera. Wywiad przeprowadzono latem 2024 roku.


Virian: Panie kolego, najlepszy i największy letni festiwal w Polsce! Nie widzę zbytnio konkurencji, choć Metal Mine, gdzie pojawiła się dla nas okazja zagrania przed Gutalax, czy Summer Dying Loud co roku podnoszą poprzeczkę, a line-upy za każdym razem robią wrażenie. Ceny na miejscu nie szokują mnie już zbytnio; drożyzna w naszym kraju to w ostatnim czasie standard, szczególnie podczas muzycznych imprez… A Stocznia Gdańska jest genialną miejscówką: brama, przy której Wałęsa się wałęsał, działa na wyobraźnię, a wielkie żurawie wprowadzają industrialny, surowy klimat. Od zawsze interesowała mnie historia i w pewnym sensie jak najbardziej mogę nazwać się patriotą. Wybrałem się tam w kilka sentymentalnych muzycznych podróży. Niesamowity show – nie tylko muzycznie – przygotowało Machine Head. Choć nigdy nie byłem ich jakimś zdeklarowanym szalikowcem, to całość zrobiła na mnie duże wrażenie i czuć było ducha lat dziewięćdziesiątych, które kocham na zabój. One mnie wychowały i uważam, że to, co najlepsze w muzyce czy filmie, powstało właśnie wtedy. Dokładnie te same emocje muzycznej nostalgii wywołały we mnie koncerty Satyricon, Megadeth, Kerry’ego Kinga czy Bruce’a Dickinsona. Do tego upiorne, złe do granic Blasphemy i bijące po głowie niczym nafukany szatan Mysticum. Trochę rozczarowało mnie Life Of Agony – byłem ciekaw, jak zabrzmi kapela, w której przez lata bębnił Sal Abruscato z uwielbianego przeze mnie Type O Negative, jednak nie zostałem porwany. Ale zdecydowanie najgorsze było Paradise Lost. Strasznie się zamuliłem. Nie dość, że nagłośnienie kiepskie, to jeszcze wyszło na to, że Nick Holmes po prostu nie umie śpiewać. I coś mi się wydaje, że moja opinia nie była odosobniona. Natomiast Paradise Lost z płyt – zarówno klasycznych, jak i ostatnich – to zupełnie inna rozmowa. Po prostu live nie są jak wino, niestety.

W fejsbukowym podsumowaniu 2020 roku całkiem wysoko umieściłeś „Obsidian” Paradise Lost, plasujące się w towarzystwie „Ultra Mono” Idlesów oraz… „Plastic Hearts” Miley Cyrus. W zestawieniu wyróżniłeś też Lady Gagę, i to nad folkową płytą Myrkur. Corpse paint corpse paintem, jednak wystarczy tylko rzucić okiem na twoje socjale, żeby zauważyć, że niespecjalnie zgrywasz ortodoksa.

Bo Miley Cyrus w 2020 roku nagrała po prostu zjawiskową płytę. Słyszę tam pewną głębię, z pięć utworów jest naprawdę wybitnych, choć jej ostatni album – „Endless Summer Vacation” – już mi tak nie podszedł. Doceniam tylko dobrze zrealizowany pop w starym stylu, a nie generyczną wydmuszkę. Czuję, że jestem spójny i nie ma w tym elementu lansu czy zakłamania. Dla niektórych z zewnątrz może to dziwnie wyglądać, ale taki jestem. Nie odcinam się też od dawnego siebie, tylko ewoluuję. Mam miłe wspomnienia z dyskotek z podstawówki czy zielonych szkół, którym towarzyszyła muzyka Captaina Jacka, Spice Girls, DJ-a Bobo czy Backstreet Boys. Czasami słuchamy w aucie z żoną gównianego dla wielu popu z lat dziewięćdziesiątych właśnie ze względu na fakt, że oboje jesteśmy bardzo sentymentalni i fundujemy sobie taką muzyczną podróż w czasie, by przywołać dawne emocje. Są metale odcinający się od wszelkich innych estetyk, jednak ja się nie zamierzam wypierać swojej słabości do mniej ekstremalnych brzmień. Nowsze, bardziej komercyjne klimaty odkrywam głównie z naszym wieloletnim realizatorem Przemkiem Nowakiem w studiu Impressive-Art. On, jako osoba od dźwięku, musi być na bieżąco i słucha każdego gatunku, od Burzum po rap i pop. Monitory studyjne to ostateczne prawidło produkcji, na którym wszystko brzmi tak, jak powinno i czasami ze zwykłej ciekawości warto wyjść poza swoją piwnicę. A Miley to jeszcze nic! Miałem okazję zapoznać się z dorobkiem Cardi B albo Childish Gambino czy Young Leosi. (śmiech) Z rapem zdecydowanie najmniej mi po drodze; nie kieruję się trendami, tylko subiektywnym gustem. Ale te współczesne produkcje, single trwające dwie minuty i łatanie braków talentu wtyczkami, już mi się nie podobają. Taylor Swift – w życiu niczego nie zapamiętałem z jej twórczości. Za to uważam, że Lady Gaga czy Ava Max mają to coś, co było esencją w latach dziewięćdziesiątych.

Muzycznie do tej pory nie zdecydowałeś się jednak na żadne skoki w bok. Zarówno Lilla Veneda, jak i twoje inne kapele, siedzą sztywno w metalowym kręgosłupie.

To pewnie dlatego, że jeszcze nie mam poczucia zmasterowania tej dziedziny. Nadal rodzi mi się w głowie mnóstwo pomysłów na szeroko pojęty metal i zdaję sobie sprawę, że jeszcze mogę w tej estetyce sporo dopowiedzieć. Zarówno z Lilla Venda, jak i Voidfire jesteśmy coraz bardziej sprawni jako muzycy, ale ciągle obijamy się tylko o peleton goniący czołówkę, więc jeszcze parę rzeczy do udowodnienia mam. Może za dekadę coś się wydarzy. Ale przecież Peter przez 40 lat grania nigdy nie obrał żadnej mniej radykalnej ścieżki, a Me and That Man i tak jest dla metali. Katatonia dokonała ciekawego zwrotu, ponieważ z oldschoolowego doom metalu przeszli płynnie w bardziej progresywne klimaty z czystym wokalem. Podają smutek w bardzo hiciarski sposób, wywołując bardzo podobne emocje, jak na początku ostatniej dekady XX wieku. Pożyjemy, usłyszymy.

A skąd w ogóle pomysł na zajęcie się muzyką? Kiedy pierwszy raz pomyślałeś o staniu się metalowym frontmanem?

Sceniczny debiut zaliczyłem jeszcze w podstawówce – to był Mini Playback Show, a ja z paletką do badmintona wyginałem się przy „Makumbie”. (śmiech) Ale dokładnie pamiętam moment, kiedy już na poważnie postanowiłem założyć kapelę. Wracałem pociągiem z Opola z legendarnego sklepu muzycznego Step, słuchałem Mercyful Fate i Megadeth, i wyobrażałem sobie, że to ja stoję na froncie sceny. W drodze do domu już wiedziałem, co będzie moją życiową misją. Było to jakoś po ukończeniu trzeciej klasy w gimnazjum w Ozimku – jestem z rocznika Czarnobyla, w dodatku urodzonym 4 lipca. (śmiech) Na rzeczywiste granie musiałem jednak jeszcze trochę poczekać. Chyba w drugiej klasie liceum razem z kolegą Pawłem wymęczyliśmy premierowe próby pod szyldem Virtus. Bardzo blisko mojego ogólniaka znajduje się opolski Młodzieżowy Dom Kultury i to właśnie tam nieudolnie staraliśmy się odgrywać „Cold Demons”, „Chant for Ezkaton 2000” i „For Whom the Bell Tolls”; mieliśmy też szkice dwóch swoich numerów. Przytrafił się też jakiś epizod na szkolnym przeglądzie kapel, ale dziś już nie pamiętam detali. Od początku jednak dostałem dobitny komunikat, że metal to sztuka niełatwych wyborów – pierwszy mikrofon, podstawowego Shure’a, kupiłem za kasę, którą dostałem od rodziców na dentystę. (śmiech)

Ale pomimo realizacji gówniarskiej pasji i poczucia spełnienia marzeń, nie zaprzeczysz chyba, że to był początek drogi przez totalną mękę. Drogi, którą pomimo cholernej niewygody, nadal podążasz.

Coś mi się wydaje, że większość ludzi przez lata żyjąca metalem potwierdzi, że to ciężka i wymagająca robota. To chyba dobrze, że na wstępie nie ma się świadomości tych wszystkich kłód pod nogami – w przeciwnym wypadku pewnie wiele osób nawet by nie zaczynało przygody.  (śmiech) Nawet nie chcę wyobrażać sobie, ile setek godzin – od pierwszego składu na pierwszej salce do teraz – musiałem poświęcić na dojazdy, próby i ogarnianie wszystkiego pod kątem, nazwijmy to, merytoryczno-technicznym. Nie mówiąc już o tym, jak wiele kasy poszło na instrumenty i inny sprzęt, salki, paliwo czy koncerty, bo niestety w polskich realiach nierzadko trzeba dopłacić do gigu. To jest momentami gehenna. Coś tam się jednak dzieje – zagraliśmy już drugi finał polskiej bitwy o Wacken (2019-2024) czy minitrasę z Vaderem i Hate po krajach bałtyckich. Pojawiliśmy się na trasach z Devilish Impressions i Percival Schuttenbach, odwiedziliśmy też festiwale: Castle Party, Metal Mine czy Warm Up Brutal Assault 2022. Można nas było usłyszeć w Radiu 357 i Esce Rock – ale to tak naprawdę niewiele, a patrz, ile lat samozaparcia wymagało.

A kiedy pojawiła się Lilla Veneda?

To już czasy studiów we Wrocławiu. Na początku razem z kumplami z roku spotykaliśmy się w salce numetalowego KNoW i staraliśmy się złapać wspólny język. Oczywiście coverowo – na rozgrzewkę poszły klasyki od Metalliki, Sepultury, Judas Priest, a nawet Nirvany. Mieliśmy kilka mniej lub bardziej udanych pomysłów na nazwę, jak Astral Progeny czy Vingardium – tak, chodzi o zaklęcie z Harry’ego Pottera. (śmiech) To był jednak całkowicie przypadkowy skład, każdy chciał grać coś zupełnie innego, i po kilku miesiącach zostałem w kapeli tylko z gitarzystą, Krishną. Podczas Majówki 2007 na Wyspie Słodowej (mniej więcej w podobnym czasie po raz pierwszy padła nazwa Lilla Veneda, póki co w luźnych rozmowach) poznałem Michała „Bandaża” Bednarza, wtedy z Esquariala. Dogadaliśmy się, i jako muzyk sesyjny nagrał gary do utworu „Solar Visions Ov the One”, wydanego w 2009 roku na składance „Obscurum Aeterna” zrealizowanej z okazji pięciolecia działalności labelu Via Nocturna. To był pierwszy zarejestrowany i trwały ślad pod banderą Lilla Veneda, ale Bandaż nie miał czasu, by z nami grać na stałe. Polecił nam za to Piotrka Respondka, drugą gitarę zaczął obsługiwać kolega Paczek, a na basie na paru próbach pojawił się niejaki Dziad Borowy, pamiętający jeszcze nasze pierwotne wcielenie. Oni jednak byli bardziej progresywno-deathowi i nie do końca mieliśmy wspólne parcie na obranie konkretnego kierunku, przez co zespół po nagraniu jednego numeru na kilka dobrych miesięcy trafił w stan zawieszenia – do tego stopnia, że chciałem sobie dać spokój z graniem. Pewnego dnia odezwało się jednak przeznaczenie, i to głosem Responda. Piotrek zadzwonił z informacją, że ma ekipę chętną do grania. Chłopaki do tej pory nie wychodzili zbytnio poza tradycyjnego hard rocka, ale chcieli pójść w stronę melodyjnego death-blacku. Nie musiał mnie długo namawiać – padła nazwa Hypocrisy, mój idealny punkt odniesienia. Zagraliśmy jeden koncert we wrocławskim Liverpoolu pod ich starą nazwą, Corvus, choć pokazaliśmy wyłącznie nowe numery. Idąc za ciosem postanowiliśmy reanimować szyld Lilla Veneda. Z tego składu do dziś został ze mną Marcin „Antris” Gawłowski, gitarzysta i kompozytor; jesteśmy już w piętnastoletnim związku. (śmiech) Marcin w międzyczasie założył z żoną blackmetalowy zespół Zgroza. Nagrali dwie płyty, koncertują. To bardzo obskurne i undergroundowe granie, dzięki pobocznemu projektowi zdecydowanie się rozwinął. Z perspektywy czasu oceniam, że po prostu miałem się z nim poznać, wszechświat tak chciał. Bo chyba nikt nie zaprzeczy, że najważniejsza jest muzyka i przekaz – nie tylko w tekstach, ale i całokształcie wrażenia artystycznego – plus kwestie organizacyjne. Perkusję czy bas może położyć każdy sprawny sideman, ale sama technika nie wystarczy do komponowania, tworzenia wizji, i zarządzania.

Pomimo tego personalnego wiru postanowiliście dość szybko wejść do studia, choć wasze pierwsze wydawnictwo z perspektywy czasu to chyba tylko i wyłącznie trailer.

Zrobiliśmy krótki materiał, pojawiło się ciśnienie i na tyle, na ile się dało, nagraliśmy EP-kę „Black Aeon”, która wyszła 24 grudnia 2010. Tak naprawdę teraz powiedziałbym, że to demo, a EP-ką nazwałbym naszego pierwszego longa, „Diagnosis”. Może to nazewnictwo było trochę na wyrost, ale „Litany” czy „Broken Head”, nie mówiąc o „Reign in Blood”, mają po pół godziny i nikt z tego nie robi wielkiego halo. To wszystko umowne. Antris już na pierwszym trailerze sztywno wyznaczył nasz dalszy sznyt. Jego prawa łapa jest wybitna, bo nie każdemu nawet doświadczonemu gitarzyście jest tak prosto w ten sposób kostkować. Żeby nie być gołosłownym: Michał Włosik, świetny technik z ostatniego wcielenia Lost Soul, a kiedyś Elysium, wpadł do nas na próbę i w ogóle nie poczuł tych riffów. W każdym razie z „Black Aeon” poszło dość szybko, zaczęliśmy grać koncerty – na start wystąpiliśmy dla 350 osób właśnie przed Lost Soul i Decapitated w nieistniejącym już wrocławskim klubie Madness. Następnie zaczęliśmy komponować nowe kawałki.

Wspomniany pierwszy album teraz chyba trudno uznać za specjalnie oryginalny, ale został odnotowany i oceniony pozytywnie – na rockmetal.pl dostaliście siódemkę w dziesięciopunktowej skali.

„Diagnosis”, który swą premierę miał 1 listopada 2012, jest o psychice i wnętrzu. To przedłużenie „Black Aeon” z wyższą formą wypowiedzi. Okładka przedstawia narysowanego mnie – leżę w pozycji embrionalnej w centralnym miejscu grafiki, a wokoło widać kołowrót demonów, który jest odniesieniem do wewnętrznego weltschmerzu. To reprezentacja tego, co wówczas przeżywałem: stawianie diagnozy, wyrzyganie wszystkiego, co boli i próba wyjaśnienia, czym jest ten wewnętrzny ból i skąd się wziął. Wydanie „Diagnosis” oczywiście wiązało się z kolejnymi roszadami: na płycie bas obsługiwał Miłosz i to jego jedyny wkład w naszą dyskografię, a gościnnie kosmiczne klawisze nagrał Wojtek „Flumen” Kostrzewa z Asgaard. Niedługo po premierze płyty szeregi LV opuścili Piotrek oraz Sothis – drugi gitarzysta, wieloletni kumpel Marcina. Natura horret vacuum, ale tym razem postawiłem na starego znajomego – Andrzeja Halupczoka z grupy Komutator, formacji stworzonej przez moich kumpli z dawnych lat. Z ekipy Komutatora dołączył do nas też Kindroth, który czasami na koncertach wspierał nas drugą gitarą. Na basie terminował I-Gore, obecnie mieszkający w Kanadzie, z którym kontakt mam jednak cały czas. Co ciekawe, wszyscy trzej panowie w pewnym czasie przewinęli się jako muzycy live w Devilish Impressions.

Sam przyznajesz, że tak naprawdę waszym prawdziwym długogrającym debiutem był wydany w 2018 krążek zatytułowany identycznie jak zespół i nawiązujący bezpośrednio do tragedii Juliusza Słowackiego. Do romantycznego wieszcza jeszcze powrócimy, ale póki co chciałbym pochylić się przez moment nad twoimi tekstami. Od pierwszych numerów stawiasz raczej na dużo sylab i mało refrenów. (śmiech)

Już w tytule dema pojawił się aeon, ponieważ zawsze interesowała mnie kosmologia i zagadka egzystencji. Na początku ten motyw przewodni był w dużej mierze intuicyjny; trudno, żeby od razu być w pełni świadomym. Te wątki przewijają się przez wszystkie wydawnictwa i są lejtmotywem Lilla Veneda wespół z nazwą, która działa na ludzi, choć… nie zawsze tak, jak bym chciał. Niektórzy twierdzą, że kojarzy im się z gotykiem, ale przecież nie mam wpływu na to, że błądzą. (śmiech) Moim zdaniem „Lilla Weneda” to okultystyczna tragedia ze słowiańskim rodowodem na poziomie najlepszych dramatów Szekspira. Jeżeli ktoś się zagłębi w fabułę i posłucha naszej muzy, wszystko mu się sklei i zauważy każdy punkt styczny. Dramat Słowackiego jest liryczny i wyszukany, prezentuje apoteozę mroku. My też jesteśmy mroczni, inni i znacznie bardziej przystępni niż choćby okurwiałe Blasphemy. Po czasie stwierdziłem poza tym, że jest też pewna analogia w nazwach Lilla Veneda – Marilyn Manson. Tutaj niech każdy rozwikła sobie zagadkę.

Jak trudno było przekazać sens dzieła Słowackiego z zachowaniem naturalnego rytmu narracji oryginału i jednoczesnym dodaniem swojego sosu?

Starałem się wyłuszczyć esencję każdego z pięciu aktów, a następnie użyć poetyckiego języka angielskiego w metalowej konwencji, żeby całość broniła się literacko i mogła jakkolwiek korespondować z geniuszem pierwowzoru. Szukałem drugiego dna, zamiast oddawać treść w skali 1:1; zresztą to niewykonalna robota. Ciężko jest misternie tkać wszystkie nawiązania i ważne elementy „Lilli Wenedy” po angielsku, jednocześnie wykorzystując najbardziej pikantne cytaty w mowie ojczystej, dopasowując dramaturgię tekstu do utworów, czy wreszcie układając w odpowiedniej kolejności tracklistę. Tak w ogóle to trudno mi pisać po polsku, choć zacząłem podejmować nieśmiałe próby. Już na najnowszej płycie, w numerze „Sleeping Knight’s Sky”, pojawia się wers „Biada nędznikom, którzy w szranki stanęli z armią potępionych stacjonujących w podziemiach Giewontu”, będący nawiązaniem do trupich wenedyjskich wojowników czekających pod Tatrami, by powstać i pomścić swoje plemię. W recenzjach przeważały ciepłe słowa, ale czy nasza ciężka praca trafiła do większej ilości ludzi? Nie wiem, ale się domyślam.

Słowacki to w metalu postać zdecydowanie niedoceniana. Jeśli chodzi o polskich literackich mistyków, przede wszystkim do głowy przychodzi Miciński trawestowany przez Kostrzewskiego na wszystkie możliwe sposoby. Nawet Norwid odcisnął swoje piętno na gitarowej estetyce, choć tu mówimy o znacznie bardziej tradycyjnym graniu: Niemenie, Homo Twist czy De Press. Tymczasem freestyle’owy adwersarz Mickiewicza kojarzy się głównie z męczoną w szkole „Balladyną” i tyle.

Moja żona też to zauważyła powtarzając, że w szkole uczono ją tylko tego, że Słowacki wielkim poetą był i na tym koniec. (śmiech) Na marginesie dodam, że w początkach znajomości zaimponowała mi znawstwem poematu „Król-Duch”, bo moim zdaniem w obecnych czasach jest to wiedza tajemna. (śmiech) No a kto inspirował Micińskiego? To proste, najpierw ścieżki wyznaczali romantycy. Najbardziej ezoteryczny i okultystyczny z nich wszystkich był właśnie Słowacki, który umarł, nie dożywając nawet czterdziestych urodzin. Stworzył filozofię genezyjską i bez dwóch zdań stanowił duży wpływ najpierw dla przedstawicieli Młodej Polski, a teraz pośrednio i właśnie bezpośrednio dla metalu. Polecam jego biografię „SzatAnioł” autorstwa Jana Zielińskiego, Dotarłem do źródła, rdzenia. To nie jest wiedza powszechnie przekazywana w szkole, ale Słowacki przedstawiał naprawdę mroczny świat pod umarłym księżycem. Na szczęście ta świadomość powoli się buduje. Choćby Jarek Szubrycht kilkukrotnie wspominał wieszcza, bardzo doceniając jego szatańskie motywy. Niemniej to właśnie my dumnie niesiemy sztandar pod umarłym księżycem w polskim metalu teraz.

W teledysku do „Divinations” umieściliście fragmenty spektaklu dzieła Słowackiego. Sam sprowokowałeś to wenedyjskie porozumienie ponad artystycznymi podziałami?

Zachwyciło mnie przedstawienie „Lilli Wenedy” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Fascynująca interpretacja i świetna obsada. Ku mojemu zaskoczeniu Bartosz Porczyk – aktor, którego bardzo lubię i którego wielokrotnie oglądałem na deskach wrocławskich teatrów – grał Ślaza. Idealnie pasował do tego błazna-trickstera. Oprócz tego na scenie pojawili się: Karolina Adamczyk, Arkadiusz Brykalski, Barbara Wysocka czy Paulina Holtz, szerzej znana jako Agnieszka Lubicz z „Klanu”. (śmiech) Napisałem wiadomość do reżysera, Michała Zadary, z prośbą o wykorzystanie kilku ujęć w klipie. Spodobał mu się pomysł połączenia teatralnej wrażliwości z metalową brutalnością i szybko dostałem zgodę oraz link do wideo. Dodatkową nagrodą jest dla mnie niedostępne nigdzie nagranie spektaklu w świetnej jakości.

To był chyba wasz pierwszy materiał, który mieliście okazję naprawdę solidnie przegrać na żywo.

Rzeczywiście mocno wyeksploatowaliśmy tę płytę. Zagraliśmy dwie trasy z Percival Schuttenbach, miło było grać na pełne sale – można ich lubić lub nie, ale na niektóre koncerty przychodziło nawet 500 osób. Jak już wspomniałem, wystąpiliśmy na Castle Party, odwiedziliśmy Litwę, Łotwę i Estonię z Vaderem i Hate, do tego odhaczyliśmy festiwale, jak chociażby pełne kontrowersji Uwolnić Muzykę w Środzie Śląskiej, gdzie po raz kolejny zobaczyliśmy przepychanki organizacyjne z władzą na niskim szczeblu i próby cenzurowania twórczej wypowiedzi. W Polsce tak naprawdę promocyjnie zrobiliśmy wszystko. Przyznam szczerze, że feedback trochę przerósł moje oczekiwania, a w efekcie poczułem lekki przesyt tym materiałem. Wtedy zaczął się lockdown i trochę wyhamowaliśmy, na pewno prace nad płytą znacznie przedłużyły się przez pandemię. Zaczynaliśmy może nie od zera, ale trzeba było się od nowa docierać, choć przecież i wiele bardziej doświadczonych zespołów mierzyło się z tym problemem. W oczekiwaniu na normalność zrobiliśmy profesjonalną koncertówkę „Live Ritual” w doskonale nam znanym Liverpoolu; dołożyliśmy parę scen fabularnych i daliśmy jasny sygnał, że zespół ciągle żyje.

Rytm waszego życia wyznacza sześcioletni cykl wydawniczy: na kolejny premierowy materiał, „Primordial Movements” trzeba było czekać aż do 2024.

Często zdarza się, że płyty wydawane co dwa lata są nie do końca przemyślane, a zespół pisze nowe piosenki, bo na koncertach wypada promować coś świeżego. Wolę, gdy twórca odzywa się tylko wtedy, gdy ma naprawdę coś ważnego do przekazania. Zamiast taśmowo tworzyć kolejne wersje tego samego kawałka, lepiej poczekać na konkret. Co nie zmienia faktu, że większość już została zagrana, a teraz możesz tylko miksować i doklejać swój unikatowy pierwiastek. Chcę jednak, żeby nasze krążki cechowała wyjątkowość na każdym kroku, nawet na poziomie daty wydania: było 24 grudnia, 1 listopada, a najnowszy krążek wyszedł 29 lutego. W niedalekich planach mamy też wydanie kasety, w nieco szerszych – winyla. Na koncertach gramy praktycznie tylko premierowy materiał, sięgamy może tylko po dwa stare numery. Na „Primordial Movements” staram się rozplątać tajemnicę tego, kim jesteśmy jako ludzie, skąd pochodzi nasz świat i jaka jest trajektoria naszej cywilizacji. Być może nie jest to trudne do zrozumienia, ale bez wątpienia wyzwaniem może być zaakceptowanie tego faktu. Jednak naszym zamiarem nie jest oszukiwanie samych siebie, lecz kultywowanie nieustającej ciekawości i przyjęcie racjonalnych argumentów. Celem nauki jest stałe kwestionowanie istniejącego stanu wiedzy. Tylko taka postawa prowadzi do rozwoju. To również etos wpisany w nasze DNA, zapewniający, że zarówno muzycznie, jak i tekstowo zawsze będziemy ukazywali coraz to nowe oblicza. Jest to nasza naturalna ewolucja zamiast rewolucji, choć nigdy nie mów „nigdy”…

lilla veneda 2023 Primordial Movements cover artwork

35 tysięcy wyświetleń teledysku „Biomechanic Algorithm” to chyba całkiem przyzwoity wynik, zwłaszcza że nigdy nie naginaliście się, żeby trafić, hehe, w algorytm, nie macie wsparcia żadnego większego labelu i nie inwestujecie w followersów.

Cały czas się zastanawiam, od jakiej trampoliny można by się wybić. Coś się musi wydarzyć, potrzebny jest trigger. Inaczej będziemy się kręcili ciągle wokół komina, a jesteśmy bardzo ambitni. Pewnego dnia Maciej Zieliński, legenda polskiej koszykówki, zdeklarowany metalowiec, wrzucił na swój profil nasz utwór, a potem przez bitych kilkanaście dni spamował linkami do numerów LV. Takich ludzi nam trzeba. Zupełnie się nie spodziewałem tej akcji, zwłaszcza, że za małolata byłem fanem Zielonego. Bardzo miła sytuacja, ale… w gruncie rzeczy niewiele zmieniająca. No ale realny efekt jest dopiero wtedy, gdy Ghost wydaje płytę, a Hetfield pokazuje się w ich koszulce. Duże kapele wciąż mają miliony wyświetleń. Prawda jest też taka, że wydaliśmy jednak trochę za mało muzyki. Biorę to na siebie. Weźmy przykładowe Bleed from Within ze Szkocji – są w zbliżonym wieku do nas, brzmią podobnie, jest w tym względna świeżość, a po kilku średnich płytach rozkręcili się i trafili do Nucelar Blast. Polski metal za granicą jest bardzo dobrze postrzegany, ale mimo wszystko do słuchacza łatwiej dotrzeć kapelom z Zachodu. Jest znacznie większa szansa na wbicie się na ciekawą imprezę w Glasgow, Edynburgu czy Londynie niż we Wrocławiu. Od środka też niełatwo się wyróżnić. Mamy mnóstwo wartych uwagi bandów, ale na Zachodzie znane są tak naprawdę tylko Behemoth, Decapitated, Vader, Batushka, Mgła i Hate. Można dorzucić jeszcze Riverside jako szeroko pojęty metal. Chyba nikogo nie pominąłem? W każdym razie, wyznacznikiem jest dla mnie regularne granie tras poza Polską. Cholernie żałuję Lost Soul i Vesanii. Mogli być naprawdę w światowym czubie wespół z wyżej wymienionymi. Uważam, że czas na dopływ świeżej, polskiej krwi do światowego strumienia metalu. Jesteśmy gotowi, by wziąć to na siebie.

Już po wydaniu najświeższej płyty doszło do kolejnej zmiany składu… Trudno za wami nadążyć! (śmiech)

Z Andrzejem graliśmy przez ponad dekadę, ale czasem dla dobra muzyki trzeba podjąć radykalne cięcia. Na maksa ciężko znaleźć cztery osoby, które chcą robić to samo z podobnym zaangażowaniem na każdej płaszczyźnie, bo zespół to nie tylko odgrywanie swoich partii. Mam nadzieję, że nowy bębniarz będzie z nami do końca życia – naszego lub jego. (śmiech) To Kamil Morte z Krakowa, grający również w Virgin Snatch. Warto wspomnieć, że przez to właśnie zrobiła się niezła gównoburza przed ostatnim finałem bitwy o Wacken, ponieważ w komisji miał zasiadać Piotr „Anioł” Wącisz – basista Virgin Snatch – który jednak zrezygnował z oceniania nas z oczywistych powodów. W sumie wyszło na plus. Ważne, żeby przecież ludzie mówili, a chyba cała metalowa Polska żyła tym niusem przez kilka dni. (śmiech) Kamil wcześniej występował z Vain, z którymi już kilka lat temu rywalizowaliśmy na naszej pierwszej bitwie o Wacken, ale jak błyskawicznie wzlecieli, tak szybko spadli. Poznaliśmy się przez Przemka Nowaka. Kamilowi bardzo spodobała się już poprzednia płyta LV, więc po rozstaniu z Andrzejem naturalnym ruchem było zaproponowanie mu angażu. Błyskawicznie się dogadaliśmy. Od początku zespół tworzymy przede wszystkim z Marcinem, ale muszę wyróżnić też osoby absolutnie niezbędne dla działalności naszej ekipy: moją żonę, Annę Sobczak, odpowiedzialną za całokształt niebanalnej identyfikacji wizualnej, oraz wspomnianego już realizatora Przemka Nowaka. No i jeszcze genialne moim zdaniem logo! Zrobił je nam w samych początkach Wojtek Siudeja, obiecujący artysta-plastyk, który niestety zmarł młodo śmiercią tragiczną (co jeszcze bardziej podkreśla nasz blackmetalowy rodowód). Ostatnio do składu dołączył basista Kris, kolega Kamila z Krakowa, z którym grali kiedyś w deathowym Ennorath, i w końcu czuję, że okręt nasz płynie z pełną mocą.

Jak na gościa, którego kapela ma na YouTubie niecałe 2,5 tysiąca subskrybentów, brzmisz bardzo zdecydowanie! (śmiech)

Nie jestem arogancki ani bufonowaty, ale zwyczajnie świadomy swego. No i mam dokładnie tyle samo wzrostu, co Nergal i Peter! (śmiech) Najnowsza płyta naprawdę jest dopracowana pod każdym względem, choć kolejną zrobimy – taką żywię nadzieję – jeszcze lepszą. A skoro sam Łukasz Dunaj zaproponował „Biomechanic Algorithm” na playliście w Radiu 357, coś jest na rzeczy! Mamy co najmniej kilku, może kilkunastu, psychofanów, a to dobry omen. Uważam, że możemy zagrać z każdym, nawet na dużej scenie. Mamy nowy skład, najlepszy już sprzęt, a i doświadczenie procentuje. Mustaine zawyrokował, że najważniejszy w odniesieniu sukcesu jest networking, więc powoli budujemy i tę bazę. Poza tym kiedyś na spotkaniu w ramach meet & greet powiedziałem Dave’owi, jak bardzo przyczynił się do powołania przeze mnie do życia takiego tworu. Nakazał kontynuować przygodę z zespołem, więc nie mogę go rozczarować. (śmiech) Liczbami się specjalnie nie przejmuję; gdybym chciał zdobyć platynowy krążek, raczej kierowałbym się w stronę innej muzycznej estetyki.

Czwarkiel
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .