Marduk – “Viktoria” (2018)

Niewiele jest takich zespołów, jak szwedzki Marduk. Ekipa założona przez legendarnego gitarzystę Morgana jest na scenie tak długo, że chyba każda osoba, która nawet w najmniejszym stopniu wykazuje zainteresowanie ekstremalnym metalem jest zaznajomiona z tą nazwą. Marduk zawsze był jednym z tych black metalowych zespołów, które najbardziej do mnie przemawiały. Ich niesamowite a zarazem innowacyjne wydawnictwa, jak Those of the Unlight (1993) czy Opus Nocturne (1994) wprowadzały mnie w mroczny świat tego gatunku muzyki, gdy jeszcze byłem totalnym laikiem w tej dziedzinie. Ekipę tę cenię za wiele rzeczy, ale najważniejszymi z nich są konsekwencja i spójność. Do tego Marduk przez 28 lat ani razu się nie rozpadli ani nawet nie zdecydowali się na przerwę w twórczości! Viktoria, czternasty już album szwedzkiej ekipy, ujrzał światło dzienne 22 czerwca br. Druga, najkrótsza (po debiutanckim Dark Endless) płyta black metalowych kombatantów to jak na standardy Szwedów pozycja przeciętna i troszeczkę rozczarowująca. Zapraszam do recenzji najnowszego wydawnictwa skandynawskiej machiny wojennej o nazwie Marduk.

Już na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że najnowsze wydawnictwo Marduk różni się od wcześniejszych dokonań tej grupy. Minimalistyczna okładka (albo po prostu słaba i niewybijająca się z tłumu), zaledwie 9 nagranych utworów czy przede wszystkim bardzo krótki czas trwania albumu to pierwsze z obaw, jakie mieli fani szwedzkiej ekipy przed wypuszczeniem tego krążka do sprzedaży. Przypomnę, że poprzednie dwa wydawnictwa Frontschwein (2015) i Serpent Sermon (2013) trwały odpowiednio 20 oraz 14 minut dłużej niż Viktoria. Jak ma się czas trwania płyty do muzyki? A tak, że jakościowo nowa pozycja Szwedów nieco odstaje od poprzednich dwóch dokonań grupy.

Zacznijmy od dwóch singli, które ukazały się niedługo przed wydaniem najnowszego krążka Marduk. Pierwszy z nich, otwierający płytę Werwolf, jest króciutkim, niewiele ponad dwuminutowym utworem opartym na jednym riffie i jednostajnym biciu perkusji, która przez cały czas trwania kompozycji brzmi tak samo. Po przesłuchaniu pierwszego singla byłem mocno zmieszany, by nie powiedzieć zawiedziony. Utwór może nieźle wypadać na żywo dzięki swojej niewątpliwej, powiedzmy, chwytliwości, jednakże moje wymagania od Panów z Marduk są znacznie wyższe. Drugi z singli, Equestrian Bloodlust, posiada znacznie wyższe walory artystyczne. Mimo że jest to utwór niewiele dłuższy od Werwolf, jest to kompozycja bardziej skomplikowana, i praktycznie rzecz biorąc, lepsza niż pierwszy singiel z Viktorii. Equestrian Bloodlust dało mi nadzieję, że Viktoria to będzie kolejny solidny album w wykonaniu black metalowych rzemieślników z Marduk. Czy warto jednak przedwcześnie stawiać oskarżenia, zanim przesłucha się całość albumu? Zdecydowanie nie, dlatego też skupmy się teraz na pozostałej części płyty.

Viktoria składa się z dziewięciu utworów, z których najbardziej wyróżniają się Tiger I oraz zamykający album Silent Night. Są to jedyne kompozycje na płycie, które utrzymane są w średnim tempie, i w których nie występują niemalże wszechobecne w katalogu Marduk blast beaty. Nie są to moi płytowi faworyci, jednakże utwory te wprowadzają nutę różnorodności, o którą czasem ciężko w muzyce Szwedów. Pozostałe kompozycje to utwory proste i szybkie. Do moich ulubionych należą June 44 z bardzo ciekawym występem wokalnym Mortuusa, The Last Fallen, czyli najlepszy riff na płycie, a także wspomniany już wcześniej Equestrian Bloodlust. Viktorii zdecydowanie brakuje różnorodności. I choć w przypadku Marduk nie powinno mówić się o monotonii, czyli cesze, która, chcąc nie chcąc, towarzyszy niektórym albumom Szwedów, to jednak na najnowszym dokonaniu jest ona aż nadto dostrzegalna.

Teksty utworów poruszają przede wszystkim tematy wojny (a jakżeby inaczej, w końcu rozmawiamy o dywizji pancernej Marduk!), jednakże według Morgana Viktoria nie jest albumem stricte wojennym. W zamieszczonej przez wytwórnię Century Media Records notce do płyty można przeczytać, że członkowie zespołu uważają swoje najnowsze wydawnictwo przede wszystkim za odtworzenie historii. Nietrudno jest zauważyć, że podczas pracy nad nowym materiałem największą fascynacją Szwedów była Trzecia Rzesza i jej działania militarne. Sam Morgan twierdzi, że Niemcy podczas II wojny światowej mieli zdecydowanie najlepszy i najbardziej skuteczny sprzęt. To właśnie wyposażenie militarne, obok wydarzeń historycznych z tamtego okresu, stanowiło największe źródło inspiracji dla lidera formacji. Według gitarzysty Viktoria nie przyjmuje punktu widzenia żadnej ze stron prowadzących wojnę, ale stanowi pewnego rodzaju wehikuł czasu, który na niespełna 33 minuty przenosi słuchaczy w niezwykle okrutne realia najbardziej krwawej wojny w historii ludzkości.

Najnowszy album Marduk nie jest wydawnictwem, które powala na ziemię po pierwszym odsłuchu. To wszystko już kiedyś zostało zagrane, ba, zostało zagrane znacznie lepiej! Poza dwoma wolniejszymi utworami Viktoria nieco przypomina uwielbiany bądź nienawidzony, najlepiej znany album grupy, czyli Panzer Division Marduk – gramy szybko, bo o to przecież nam chodzi. Poza kapitalnym riffem w The Last Fallen Morgan niechętnie obnosi się swoimi umiejętnościami. Niektóre z riffów, patrz Werwolf czy tytułowa Viktoria, niczym specjalnym się nie wyróżniają. Nowa pozycja Szwedów jest płytą zdecydowanie słabszą od dwóch poprzednich wydawnictw, jakie wyszły spod ich skrzydeł. Jak widać krótszy materiał nie oznacza, że album będzie ciekawszy czy też bardziej spójny. Viktoria jest mniej różnorodna niż poprzedzające ją dokonania Marduk, a co za tym idzie, paradoksalnie pomimo krótkiego czasu trwania materiał na albumie zwyczajnie się dłuży. To nie jest album olśniewający, ale nie jest to też abominacja. Niestety, dla mnie płyta w stosunku do poprzednich dokonań ekipy wypada blado. Myślę, że nie będę do niej powracał tak często, jak do wspomnianych wcześniej a zarazem dużo lepszych Serpent Sermon czy Frontschwein. Jeżeli nie jesteś mardukowym diehardem, który zbiera wszystko, co wyjdzie spod szyldu tych muzyków, kupno najnowszego albumu zasłużonej black metalowej ekipy nie będzie dla Ciebie sprawą życia lub śmierci. Przykro mi to mówić, ale jest to pierwszy album Marduk za ery Mortuusa, który nie zrobił na mnie większego wrażenia.

6/10

 

Marcel Szczepanik

Marcel Szczepanik

vocals so poor, like frogs in a moor
guitars like clouds of fruit flies

d e a t h h a m m e r
Marcel Szczepanik

Latest posts by Marcel Szczepanik (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .