So Slow, podobnie jak kilka innych polskich zespołów wartych uwagi, poznałem dzięki Instant Classic, którzy wydali ich debiutancki album Dharavi. Album, który choć miał kilka fajnych numerów, to ostatecznie nie do końca do mnie trafił. Choć bez wątpienia zaciekawił i kazał czekać na nowe wydawnictwa. Oczekiwanie podsycił dodatkowo wydany przez Antenę Krzyku fenomenalny singiel 777 ze świetnymi partiami instrumentów dętych, które – tak pomiędzy nami – miałem nadzieję usłyszeć w przyszłości w muzyce So Slow. Ale na nowym albumie nie ma dęciaków. A i Nomads nie okazał się płytą, na którą czekałem.
I w tym chyba tkwi jej siła.
So Slow to polski zespół rozdarty gdzieś pomiędzy Bydgoszczą i Warszawą, który na pierwszych wydawnictwach prezentował ciekawą mieszankę post-hardcore’a, noise’a z kilkoma melodiami, które zostawały w głowie. I kilkoma, które kazały szaleć wraz z wokalistą na koncertach (zdecydowanie zbyt nielicznie odwiedzanych). A teraz… Teraz grają chyba coś własnego.
Album od pierwszych dźwięków intryguje. Ma w sobie niesamowitą siłę przykuwania uwagi i ani na chwilę nie odpuszcza. Choć… Samo otwarcie nie należy do specjalnie udanych i może z miejsca odrzucić wiele osób. Poza wszystkimi kręgami, w pewnej odległości można by w zasadzie podzielić na dwa fragmenty rozdzielone atonalnym mechanicznym noisem. Pierwszy zaczyna się spokojnym motywem na gitarze i elektroniką snującą raz na jakiś czas psychodeliczne pasaże w tle. Po chwili dochodzi do tego mówiony wokal, który brzmi nieźle, ale niestety nie chce się go słuchać – może to kwestia tego, że czułem, że sam tekst donikąd nie prowadzi. Może kwestia tego, że w porównaniu z resztą instrumentów wydawał się najmniej ciekawy. Ale potem, gdy cichnie już kulminacyjny moment szaleństwa kakofonii rozdzierającego środek utworu, zaczyna się zupełnie inna partia. Ze świetnym motywem, konkretnie brzmiącym basem i ciekawym, klimatycznym tekstem. No i wokalem. Wokalem, który tutaj brzmi już kompletnie inaczej – jak pieśń niesiona po stepie. I przepraszam za ten tani obrazek, do którego odwołam się także w dalszej części recenzji, ale słowa Idzie bezsenna noc/Zapach kwiatów złych na tle pierwotnie brzmiących bębnów brzmią naprawdę świetnie. Na szczęście pierwszy utwór jest jedynym, który bez względu na bycie intrygującym do mnie nie trafia. I mógłbym teraz opisywać tutaj krok po kroku, dźwięk po dźwięku wszystko co ciekawe na tej płycie, ale pozostawiam to wam do samodzielnego odkrycia – bo warto ten album poznać bez bycia obciążonym słowami jakiegoś internetowego krzykacza. Nie mogę jednak powstrzymać się przed wyrażeniem zachwytu nad Księga Rogera. Całość rozpoczyna się solidnym uderzeniem gitar (czego nie uświadcza się zbyt często na tej płycie) uzupełnionym o ciekawą elektronikę i odgłosy tła. Głowa kiwa się w rytm muzyki. Stopa wystukuje groove. I niemalże nie zauważa się jak kolejne elementy odrywają się od muzycznej tkanki i uciszają, aż zostaje sama surowa elektronika. Najważniejsze jest jednak to, co rozgrywa się przed naszymi oczami. Z moich poprzednich recenzji możecie wiedzieć, że jednym z istotnych aspektów, na jakie zwracam uwagę w muzyce, jest jej wpływ na słuchacza. A Księga Rogera jest najlepszym przykładem tego wpływu – nieistotny jest ruch głowy czy nogi w takt uderzeń perkusji, ważne są obrazy rozgrywające się przed naszymi oczami. Monomityczne historie przerwane gdzieś w trakcie i mające nigdy już nie stać się kompletne. Wizje pustkowi, stepów i zniszczonych, opustoszałych miast. Zimny niepokój niesiony przez dźwięki. Jest to też jedyny utwór w którym wokalista posługuje się językiem angielskim – choć osobiście nie widzę ku temu większego uzasadnienia, ale i w żaden sposób to nie razi.
I dochodzimy do jednego z moich głównych problemów z tą płytą. Album ma być w założeniach trochę konceptualny, ma opierać się w jakieś mierze na Globalizacji Baumana, ale jedynie w Księga Rogera da się wyczuć jakąkolwiek ideę przewodnią (no i może też pierwszym kawałku, ale jak pisałem – nadal do mnie nie trafia). A taki Dépeceur choć jest ciekawym utworem ze swoim solidnym rytmem i repetycją, która przywodzi na myśl prace spod znaku współczesnego, ambitnego techno obarczonego eksperymentami, to jest „tylko” ciekawym utworem. Nie stanowi satysfakcjonującego zamknięcia dla tego albumu.
Nie zrozumcie mnie źle. To naprawdę dobra płyta – i choć wydaje mi się, że sam koncept mógłby być lepiej pociągnięty, to muzyka stanowi ogromny powiew świeżości w post-hardcorze jak i w muzyce w ogóle (zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie tylko polskiej). Naprawdę intrygująca płyta, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie – od ogromnej dawki energii w Rzeczy, które wymykają się z rąk, po cholernie wżynające się w głowę Źle sformułowane pytania.
I jeszcze na koniec chciałbym powtórzyć znaną wam formułkę. Napisanie tej recenzji było dla mnie trudne. Tym razem z innego powodu niż „nie wiedziałem co o tym myśleć” i musiałem słuchać utworów po piętnaście razy. Tym razem powód jest bardziej osobisty. W trakcie słuchania Nomads nie mogłem uciec przed wrażeniem, że ta płyta mogła by mieć dla mnie większe znaczenie jak i wywrzeć na mnie większy wpływ, gdybym więcej przeżył jako człowiek. Jakbym do pewnych dźwięków jeszcze nie dojrzał – nie muzycznie, a życiowo. Takiego wniosku nie miałem dotychczas przy żadnej innej płycie. I może przez to jeszcze bardziej byłem zaintrygowany.
Ocena: 7,5/10
Autorem jest Naird (Adrian).
- BEYOND THE EVENT HORIZON: nowy skład, nowy singiel i nowy album - 30 stycznia 2026
- Polski projekt LOVER (elektronika) wydaje dzisiaj debiutancki album „Technicolor” - 30 stycznia 2026
- Dzisiaj blackgaze’owy VIAMAER wydaje album „In Lumine Lunae” - 29 stycznia 2026
Tagi: Adrian, alternatywa, Antena Krzyku, Dépeceur, Globalizacja Bauman, Instant Classic, Księga Rogera, Naird, noise, noise rock, Nomads, post-hardcore, So Slow, Źle sformułowane pytania.






