Voidfire – “Ogień Pustki” (2020)

Ogień Pustki to prawdopodobnie najdłużej czekający na recenzję album, z jakim miałem do czynienia. Z premedytacją odkładałem nakreślenie kilku zdań, mając nadzieję, że dojrzę w tej płycie trzecie albo i czwarte dno. Polska scena black metalowa dawno przyzwyczaiła cały świat do bardzo wysokiego poziomu, ale Voidfire łączy z nią w zasadzie tylko pochodzenie i rodzimy język w tekstach. Zespół pod wodzą Jakuba Zdzienickiego zaczynał jako projekt instrumentalny, ale dość szybko doczekał się rozszerzenia składu o autora teksów Jakuba Lisickiego, gardłowego Krzysztofa Sobczaka (Lilla Veneda) i bębniarza Łukasza Sarnackiego, największego weterana w tym gronie, związanego m.in. z Devilish Impressions, Corruption, Abused Majesty, Christ Agony i szeregiem innych kapel. Czteroosobowy kolektyw przystąpił do prac nad płytą, a ich efekt jest zaskakująco intrygujący.

Intryguje już sama okładka płyty, na którą wykorzystany został obraz Zdzisława Beksińskiego. Jego dzieła są bardzo specyficzne, a fakt sięgnięcia przez zespół do twórczości malarza także każe spodziewać się nieoczywistości. I rzeczywiście, bo Ogień Pustki to sześć zwartych kompozycji, składających się na koncept oparty na motywie odnajdywania natchnienia artystycznego w cierpieniu emocjonalnym. Brzmi dość górnolotnie, ale wystarczy się wsłuchać i wczytać, by bez wątpliwości stwierdzić, że Jakubowi Lisickiemu zdecydowanie bliżej do zdolnego poety niż rozchwianego grafomana. Jeszcze ciekawszy jest koncept muzyczny – niezwykle spójny, zwarty i gęsty, przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. Zespół kieruje się w stronę melodyjnej odmiany black metalu i robi to na tyle sprytnie, by z powodzeniem wpasować się w nurt bez sięgania po klawisze, orkiestracje, rozbujane zapętlenia czy heavy metalową patatajnię. Chłopakom wystarcza prosty motyw jako punkt wyjścia. Można się wokół niego pokręcić z gitarową nadbudową, pokombinować z tempem bez wpadania w sztampowe umpa-umpa, tu i tam wpleść akustyczny fragmencik, a jak trzeba, to skrzek zastąpić spokojną melodeklamacją. Voidfire robi to z głową, nie przesadzając w żadną stronę, i nie rozmieniając na drobne czegoś, co jest z gruntu dobre. Udany riff czy mocny, chwytliwy motyw to rzeczy nie do przecenienia i tu zespół nie próbuje na siłę rozsadzać ich zbędnymi ozdobnikami. Wszystko uwypukla wyraźne, organiczne brzmienie, które może troszkę bardziej stawia na gitary kosztem sekcji, ale tyle spokojnie można wybaczyć. Efekt końcowy jest taki, że mamy do czynienia z black metalem balansującym na granicy między dobrą, nienachalną melodyjnością a rasowym, czarnym łojeniem. Nie znajdziecie tu żadnych przebojów, bo ich po prostu nie ma. To konkretny, kosmopolityczny black, a zespół udowadnia, że można grać melodyjnie bez powielania schematów i popadania w śmieszność.

I żeby się o tym przekonać, nie wystarczy kilka pobieżnych odsłuchów. Ta płyta, mimo pozornej lekkości, wymaga uwagi, zatopienia się w gąszczu prostych dźwięków, które składają się na bardzo dobre, przemyślane kompozycje. Za każdym razie wylezie coś nowego, coś nieoczywistego, a w połączeniu z konceptem lirycznym wymiar doznań może przybrać nieznane rozmiary.

Ocena: 8/10

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , .