Antzaat – “The Black Hand of the Father” (2017)

Założę się o miesięczny bilet na tramwaj, że nikt z Was w życiu nie słyszał słówka Antzaat. Radzę go jednak zapamiętać i to nie tylko dlatego, że brzmi dość egzotycznie i kojarzy się z dupą mrówki.

Antzaat to przede wszystkim kwartet rodem z Belgii, który wydał ostatnio (nakładem Immortal Frost Productions) w nakładzie 500 sztuk swoją debiutancką EPkę o wiele mówiącej nazwie The Black Hand of the Father.

Niby tylko 5 utworów i niby tylko 22 minuty muzyki, ale ileż w niej wszystkiego! Kawałki są szybkie, potężne i wściekłe jak tygrysica walcząca w obronie swych młodych. Ściana perkusji, ściana gitar i ściana wokalu nie dają chwili wytchnienia i zmuszają do ciągłej koncentracji. Żaden z instrumentów nie jest dominujący (włączając w to partie wokalne), ale tak chyba właśnie jest najlepiej. Black metal w starym stylu na sto dwa. Lepsze niż nie jeden kanon. Z drugiej jednak strony, jest tam po prostu piękna linia melodyczna, zdecydowanie nie wystawiona ordynarnie na widok każdego wsiowego mędrka. Żeby wykopać ją spod nawałnicy dźwięków, trzeba się nieco namęczyć. Ale mówię Wam, warto!

EPka nie zawiera słabych kawałków. Co więcej, żaden z kawałków nie zawiera słabych momentów! Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić ,to długość krążka. Bo jest mi go za mało! Zdecydowanie za mało!

Panowie, jak nie wydacie natychmiast normalnej płyty długogrającej, to ja się tam do Was przejadę! A Wy wszyscy marsz do słuchania, bo Czarna Ręka Ojca to jedna z najlepszych EPek, jakie w tym roku usłyszałem. O ile nie najlepsza!

Ocena 9,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , .