Megadeth „Dystopia” (2016)

Nowa płyta nowego Megadeth. Czy to brzmi obiecująco? Bo ja wiem… A jak jest naprawdę?

Mustaine musi się podnieść z głębokiego bagna. Wielu ma go za świra, który w świecie muzyki jechał na sławie swoich starych płyt. A ten, wspólnie zresztą z – moim skromnym zdaniem – niepotrzebnie pozostającym w cieniu Davem Ellefsonem co i rusz próbuje udowodnić, że tak nie jest. Ostatnimi płytami, z których jedna była gorsza od drugiej, raczej dodał argumentów swoim krytykom. Odeszło mu też pół zespołu, więc dobrał sobie kogo chciał – każdy z nim chce grać, bo spory prestiż i pieniądze pewnie też nie małe. Więc obok dwóch Dave’ów w Megadeth wylądowali Kiko Loureiro i Chris Adler. Parę miesięcy później mamy do dyspozycji owoc ich działań w postaci 11 piosenek, które znalazły się na albumie Dystopia (de facto premiera dopiero 22 stycznia – ja mam możliwość odsłuchu albumu dzięki Universal Music). Jak wyszło?

Dystopia jest o wiele ciekawszym albumem niż Super Collider, ale do klasyków zespołu nie dorasta. Ot, solidny krążek, choć nierówny.

Początek wcale nie jest jakoś specjalnie obiecujący – The Threat Is Real to taki standardowy numer Megadeth z XXI wieku, takie też zdarzały się i na United Abominations, i na Th1rt3en, i na Super Collider. Jednak w gruncie rzeczy poza masą solowych popisów nie ujmuje niczym. Potem huśtawka – są numery, które wciągają mnie bardziej, mają bardziej agresywne riffy, które u Megadeth lubię. W ten sposób w ucho wpada mi Dystopia z bardzo fajnym i prostym wokalnie refrenem, znów opartym na kunszcie gitarowym Mustaine’a (i pewnie Loureiro też), co sprawia, że nikt inny nie byłby w stanie takiego numeru powtórzyć. Dobrze odpala się też Fatal Illusion choć chwilę później w tym samym kawałku straszą mnie reminiscencje dwóch ostatnich, mniej udanych albumów. Ale w tych nieco ponad czterech minutach zmieściła się też próbka thrashu spod znaku „Mustaine” – nie tak agresywnego jak Slayer, nie tak ciężkiego jak Testament, nie tak dzikiego jak Exodus, gdzieś pomiędzy tym wszystkim, z wyraźnym sznytem gitarowej wirtuozerii. Więcej w tym popisów niż chwytliwości, ale taki urok Dave’a. Death From Within też rozpędza się thrashowo i zdradza niestety wokalne braki lidera zespołu, choć jednocześnie jest to dość standardowy dla niego numer. W Bullet To The Brain intryguje mnie refren. Końcówka płyty też jest znośna: Lying In State ma ciekawą melodię, charakterystyczne dla Megadeth akcentowanie. Nieźle słucha się też luźniejszego The Emperor. Ostatni na krążku Foreign Policy zapada mi w pamięć, bo krzyczany refren wymusza więcej energii. Nie wiem, czy te trzy kończące album piosenki nie są jego najjaśniejszymi punktami.

Czyli momenty są. Jest podstawa. Niestety po pierwsze – są to tylko momenty, bo wszystkie wymienione wyżej piosenki nie są kawałkami, które opętają moje uszy na kilka miesięcy. Są po prostu poprawne, nie rażą nieudolnością. Po drugie – na płycie są też takie numery jak Post American World, Poisonous Shadows i Conquer Or Die, które sprawiają wrażenie zapychaczy. W pierwszym z nich dwoi się i troi Adler, ale nawet on nie jest w stanie zrobić z tej piosenki nic ciekawego. Drugi to kolejna podjęta przez Megadeth próba napisania poruszającego, podniosłego, pompatycznego utworu, kolejna do dupy – nie pomagają kiepskie klawisze udające chór. Instrumentalny Conquer Or Die śmignął mi i nawet go nie zauważyłem.

Dystopia to płyta mocno zachowawcza. Zdradza symptomy lepszej formy zespołu, może jakiegoś zdrowszego podejścia, niestety komuś zabrakło jaj, żeby podjąć ryzyko. To casus Metalliki – po osiągnięciu sukcesu kolejne płyty są poprawne, ale brakuje im agresji i ciężaru. Te płyty nie mogą być za bardzo metalowe, bo mówimy o zespołach, które mają publiczność również poza grupą gości w czarnych koszulkach. Być może to wymóg radia, mainstreamowych rockowych mediów? Brzmienie płyty jest nieco wygładzone, przez co brakuje mu ciosu, który mógłby jeszcze podciągnąć co słabsze momenty. Zwyczajnie za mało tu energii, agresji, zaangażowania, za dużo desperacji i dolara. Szkoda, bo słychać, że w lepszych momentach Megadeth skręca aktualnie z thrashowej ścieżki gdzieś w kierunku Annihilatora – dobry heavy metal z thrashowymi, progresywnymi i wirtuozerskimi zacięciami. Odpowiedzialny za brzmienie Josh Wilbur musiał chyba tańczyć, jak mu Mustaine zagrał. Pewnie zresztą tak samo jak Adler i Loureiro – w opcji streamingu nie miałem informacji o tym, kto zagrał które solówki, ale sama ich ilość zdaje się sugerować, że Megadeth dryfują w stronę bandu towarzyszącego jednemu wirtuozowi. Czy to źle? Skąd. Byleby grali wciągającą, intrygującą, otwierającą umysł muzykę. Może Dystopia będzie impulsem, który wciśnie Megadeth z powrotem na dobrą ścieżkę (choć historia i doświadczenia innych zespołów każą sądzić, że tak się nie stanie).

 

Ocena: 6/10

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , , , , , , .