King Woman – Warszawa (05.10.2026)

Pamiętam entuzjazm, z jakim przyjęłam wieści o zeszłorocznym koncercie King Woman w Warszawie. Decyzja o uczestniczeniu w evencie zapadła błyskawicznie, a obawy, że Amerykanie przez dłuższy czas nie wrócą do Polski, towarzyszyły mi podczas całego koncertu.
Przyznaję, podczas wymiany zdań zarówno wtedy w klubie, jak i na social media, Kris Esfandiari z pełnym przekonaniem przekazała mi, że „z pewnością wróci już wkrótce”, ale jak wiadomo, życie weryfikuje nawet najśmielsze plany.
Założycielka zespołu nie rzucała jednak słów na wiatr. Gdy w tym roku ogłoszono kolejne show, ponownie byłam zachwycona – takiej okazji do zobaczenia King Woman na żywo nie mogłam odpuścić.
Miejscem poniedziałkowego koncertu była Hydrozagadka, a znajomy anturaż neonowego konfesjonału oraz roślin rozmieszczonych na ścianach i suficie idealnie się wpisywał w klimat wieczoru. Nieoczywisty, dla niektórych zapewne szokujący widok pasował jak ulał zarówno do King Woman, którzy przecież po mistrzowsku łączą w swoim repertuarze niezliczone gatunki muzyczne, jak i ich intrygująco brzmiącego supportu.
Jako pierwszy band zaprezentował się projekt działający pod nazwą Cockstar – The Sex Messiah. Był tylko jeden sposób, żeby dowiedzieć się, czy ich muzyka będzie równie interesująca, co nazwa.
Niestety dojechałam do Hydrozagadki spóźniona (pech chciał, że mój pociąg stawił się na dworcu z ponad półgodzinnym opóźnieniem), ale sądząc po reakcjach publiki, warm-up należał do ciekawych.
Lexci Doumer pracuje nad swoim pierwszym albumem, a w międzyczasie prezentuje zebranej przed King Woman publiczności set, w którym noise miesza się z brzmieniem drone, niepokojącego ambientu i świdrujących, przesterowanych pejzaży dźwięku.
Było to zupełnie inne show niż to, które publiczności przed King Woman zaprezentowała w zeszłym roku Datûra. Nie będę tu rozstrzygać, czy lepsze, czy gorsze – ale na pewno bardzo ciekawie jest mieć takie urozmaicenie wśród supportów.
Wraz ze swoim wejściem na scenę artyści King Woman momentalnie zdobyli uwagę widowni, a skupienie słuchaczy wymieszane z zachwytem i niemal nabożną czcią trwało aż do końca.
Niespieszne, budujące klimat Celestial Blues wkrótce okazało się istnym koncertowym walcem, z którym widownia została zderzona, by wkrótce dać się porwać dźwiękom i należycie uczestniczyć w koncercie, doceniając moc muzyki na żywo.
Publika szalała, a fani dawali o sobie znać, kiedy aplauzem i okrzykami zachwytu domagali się więcej. Ponadto zgromadzone z przodu koncertowiczki wyśpiewywały tekst do każdego z utworów, co nie przeszło bez echa.
Niby to poważny doom metal, ale Kris Esfandiari przez lwią część setu pozostawała uśmiechnięta niezależnie od odgrywanych utworów. Podobnie było z wyszczerzonymi od ucha do ucha instrumentalistami.
Kolejnym dowodem na świetne samopoczucie nie tylko fanów, ale też zespołu, był numer Golgotha. Kawałek pochodzący z najnowszego wydawnictwa Celestial Blues uderzył w widownię z mocą (te basy!) i, co tu dużo mówić, został zagrany iście po mistrzowsku.
Banger gonił banger. Rozbłyski czerwieni na Coil dodatkowo podkręciły atmosferę, Boghz rozbujało widownię, jak na istny hicior grupy przystało, a genialne Psychic Wound pozamiatało tak porządnie, że nie było już co zbierać.
Koncert nie byłby kompletny bez fenomenalnego, w zasadzie niezastąpionego na setliście Morning Star. Fantastyczny numer, po którym bisy były już tylko formalnością.
Tutaj kieruję swoje podziękowania do redakcyjnego kolegi Huwera, który dopowiedział to, czego nie zdążyłam zobaczyć na własne oczy.
Ze względu na transport powrotny do domu (ach, te uroki dojazdu do stolicy) musiałam opuścić Hydrozagadkę wcześnie, zanim doczekałam się coveru The Stone Roses, numeru I Wanna Be Adored. Cóż, swój pierwszy koncert King Woman obejrzałam od początku do końca, w związku z czym konieczność szybkiej ewakuacji z drugiego gigu po prostu zaakceptowałam.
Jestem pewna, że nikt nie żałował pozostania w klubie do końca – i że na kolejnym koncercie postąpię jak reszta oczarowanej występem widowni. Pozostaje mi jedynie dodać: do następnego!
- King Woman – Warszawa (05.10.2026) - 4 listopada 2026
- Dom Zły – Katowice (25.09.2026) - 1 listopada 2026
- ATAVIA – „To the Old Ones” (2026) - 22 września 2026