Mad Fest vol. 2 – Dąbrowa Górnicza (23.12.2018)

Są takie polskie miasta, które w zestawieniu z krajowym topem absurdalności, mogą uchodzić za oazy spokoju, swoiste mekki nudy i przewidywalności. Żyje się w nich całkiem wygodnie, mają sporo parków, w których odbywają się dni miasta, ale jakoś nie dochodzi w ich trakcie do ataków nożowników, gwałcicieli, a i bójki pijanych chuliganów to rzadkość. Praktycznie z niczego nie słyną, w konsekwencji w mediach po prostu nie istnieją. Najbardziej szaloną cechą Dąbrowy Górniczej jest to, że graniczy z Sosnowcem. Ale czy w takich miastach naprawdę nigdy nic się nie dzieje? Może to tylko pozory. W miniony piątek w dąbrowskim klubie RockOut (znajdującym się między stacją kontroli pojazdów a Lidlem), odbyła się bowiem druga edycja festiwalu metalowego obłędu pt. Mad Fest. Jak wypadła przedświąteczna celebracja najciemniejszych muzycznych mocy i ile kotów skonsumowano? Już spieszę z relacją prosto z miejsca rytuału.

Patrząc na rozpiskę godzinową, można było odnieść wrażenie, że dąbrowska impreza miała charakter infernalnego konceptu. Organizatorzy słusznie zrezygnowali z tradycyjnej festiwalowej przystawki – zespół „drzwi” tego wieczoru nie wystąpił. Skrojonym idealnie na miarę supportem dla Planety Piekła (Planet Hell), która notabene wystąpiła także podczas pierwszej edycji festiwalu w Warszawie (listopad 2017), były „wrota”. Zespół rodem z Katowic wjechał przez nie o godzinie 19.30. Śląski progresywny death metal w geograficznej przeponie Zagłębia Dąbrowskiego? Inauguracja pod znakiem bluźnierstwa – trafiony-zatopiony! Dalsza część nocnych obrzędów zapowiadała się pasjonująco.

Katowice rozpanoszyły się w mieście Dawida Podsiadło na dobre, kiedy trzy kwadranse później na ambonę wyszedł pochodzący również ze stolicy województwa śląskiego, niezwykle wrogo nastawiony kwintet Deviation. Nie wykluczam, że zespół nawdychał się ostatnio sporo smogu lub pompatycznych słów na przykład przy okazji Szczytu Klimatycznego ONZ w swoim mieście, bowiem swoim brutalnym, technicznym śmiercionośnym metalem wywołał w Dąbrowie konkretną mentalną pożogę. – Ja pierdolę – rzucił do mnie krótko i dosadnie ze spazmem twarzy wyrażającym niedowierzanie i rozbawienie pewien stojący obok mnie jegomość w wieku menopauzalnym. Ewidentnie szukał aprobaty dla swoich spostrzeżeń. I fakt, dewiacja muzyczna wylewała się z performensu katowiczan. Ponaddźwiękowy galop gitarowy, chore basowe tappingi, werbalne opętanie krzykacza o ksywie Bart zwalały z nóg i ucinały rogi. W przerwach między utworami „wokalizatorowi” myliła się już butelka wody mineralnej z mikrofonem. Obłęd dopełniał się w najbardziej ekstatycznych partiach growlowych, kiedy to tatuaże szyjne wokalisty nabierały jaskrawych kolorów od ognia palącego się w jego gardle. Potężny repetycyjny kop o szaleńczej częstotliwości prosto w trąbki Eustachiusza. Zło i afekt!

Kolejny ofiarę złożył zakapturzony i wymalowany na biało-czarno Czort, który rozpoczął występ skierowany zadnie do publiki. Tę, ze skrajem czarciej sceny łączyła zwierzęca czaszka, przy której po instrumentalnym wstępie pojawił frontman kapeli. Pozbawiony górnej części odzieży, ale niepozbawiony „wyrytych” ciemnymi pigmentami znaków na korpusie i rękach lider Czorta w czasie występu to maniakalnie bawił się liną zawieszoną na statywie, to schodził ze sceny i przy samych barierkach „charczał” z zaświatów szatańskim przekazem bezpośrednio w publiczność. Trzeci z kolei zespół zabrzmiał bardzo… blackmetalowo, powiedziałbym klasycznie dla gatunku. Fanom takiego grania raczej na pewno się podobało.

Choć z lekkim opóźnieniem spowodowanym skrupulatnością w ustawieniu brzmienia (brawo!) i w okrojonym składzie, bo nie jako kwartet a trio, to z pełnym powerem i złowrogością na dąbrowskiej scenie zaprezentował się poznański Anthem, który zagrał również podczas inicjacyjnej edycji festu przed rokiem. Uprzejme przywitanie, przedstawienie się, kilka słów pełnych ogłady świadczących o dobrych manierach zespołu, które każda publiczność ceni i… zaczęło się kopanie dupy! Poznaniacy imponowali nieustępliwością swojego „hyper blasting death metalu”, scenicznym zgraniem i sprawiającym wrażenie opętańczego amoku skupienia. Solidnie złowieszczy Anthem dopuścił się nawet bisu, po czym pokazał rogi i grzecznie podziękował. Choć w personalnym osłabieniu to Anthem tej szatańskiej nocy wypadł najlepiej z całej szóstki.

– Dobry wieczór, diabełki – tak z audytorium zgromadzonym w Dąbrowie przywitała się podczas swojego scenicznego debiutu Hostia, która diabła z miasta stołecznego przywiozła na południe kraju naprawdę sporo. Przyjął on różne formy. Szaleńcze tłuczenie garów, rzężące (jakież to piękne polskie słowo) diabolicznie struny, intensywny, głęboki growling/ryk, zakrwawiona głowa zakonnicy przy udzie wokalisty. Krótkie, „siekające” utwory jeden za drugim, w tym numer dedykowany Lemmy’emu i hymn od Exploited. – Pozwolicie, że jeszcze troszkę ponapierdalamy? Specjalnie dla was cover Scootera – zabawa w rozmowę z coraz chętniej pogującą, choć częściowo już również przesadnie „przealkoholizowaną” publiką (dochodziła północ) trwała w najlepsze. Jeszcze dwa szybkie „cięcia” i odziany w koszulkę Danzig wokalista z wdzięcznością pożegnał zastęp diabłów wśród publiczności. Warszawski bluźnierczy death grind w swoim debiucie wypadł obiecująco. Hostia to intrygujący koncept na polskiej scenie dm/grindcore. Do wykorzystania potencjału potrzebne są kolejne występy. Diabły, po jednej jak i drugiej stronie barierki, na pewno będą się z tego cieszyć.

Madfestową noc zakończył tyski Catharsis, który z racji godziny swojego występu miał nieco pod górkę. Co poniektórym z publiki niebezpiecznie wypadały już bowiem plecaki z ręki, innych tak ponosiło, że dołączali do zespołu na scenie, chcąc pomóc w szarpaniu strun. Kciuk w górę dla kapeli, że mimo tych przeciwności potrafiła zaprezentować solidny, zagrany w maksymalnym skupieniu i z pełnym zaangażowaniem przy długich utworach set. Potężny growl i slappingi założyciela, wokalisty i basisty Adama Mamoka wraz z mocarnymi bębnami oraz solówkami gitarowymi w wykonaniu jedynej kobiety (Katarzyna Bujas – przyp. red.), która tej nocy wystąpiła na dąbrowskiej scenie, doprowadziły do wypełnienia się 666. nocy. Końcowe oczyszczenie dokonało dzieła.

Druga edycja metalowego festu spod znaku szaleństwa była różnorodna i prawdopodobnie każdy usłyszał tej nocy coś, co przypadło mu do jego chorego metalowego gustu. Atmosfera była wręcz rodzinna, przedział wiekowy na oko 6-66 lat, samce i samice, długie włosy i łysiny, glany i trampki, pełna integracja i tolerancja. A wszystko to z przyjaznym, bogato zastawionym bazarkiem koszulkowo-płytowo-naszywkowym i zapachem pizzy z kuchni. All in all, całkiem rozkoszna metalowa biesiada. Ktoś mógłby jedynie robić za ochronę i pilnować, żeby oprócz szatanów-muzyków żadne inne lucyfery na scenę nie próbowały wstępować. No, ale w końcu był to metalowy piątek przed świętami, nie? Rozgrzeszenia nie ma tylko z racji tego, że to impreza sygnowana właśnie szatanem. Odpuszczanie win zniszczyłoby cały misterny koncept tej diabelskiej celebracji.

Tomek Bilewicz

Tomek Bilewicz

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, TM, MDM i NDH
Tomek Bilewicz

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , .