Nick Cave nie był dla mnie dotychczas jednym z artystów pierwszego wyboru. Oczywiście trudno nie znać (i nie cechować się powierzchownym rozeznaniem w twórczości) muzyka takiego formatu, mimo wszystko nie zerkałem do tej pory na co dzień – ani nie reagowałem z przyspieszonym biciem serca – na każdą wzmiankę o jego dokonaniach. Słysząc jednak ze wszech stron opinie o nieprawdopodobnie dobrych koncertach Australijczyka (zarówno w aspekcie wykonawczym, jak i w sferze generowanych podczas nich emocji), Cave był od dawna na mojej liście muzyków, których występów należy choć raz doświadczyć samodzielnie.
Sposobność do zrealizowania misternego planu nadarzyła się przy okazji trasy promującej jego ostatni album – Wild God. Mimo, że mój wyjazd na czwartkowy event do Łodzi stał pod znakiem zapytania niemal do ostatniej chwili, finalnie (po częściowo improwizowanej organizacyjnie i logistycznie podróży) udało mi się szczęśliwie zameldować w Atlas Arenie jeszcze przed zaplanowaną w roli supportu grupą Dry Cleaning.
Los zespołów występujących przed artystami pokroju Nicka Cave’a & the Bad Seeds jest dolą słodko-gorzką. Z jednej strony daje on szansę na przyspieszony wzrost popularności, z drugiej zmusza do konfrontacji z publiką, której wymagania i oczekiwania nie pozostawiają zbyt szerokiego marginesu bezpieczeństwa. Dry Cleaning poradzili sobie z tym zadaniem poprawnie, choć była to w przeważającej mierze zasługa instrumentalistów. Idea, polegająca na zabawie kontrastem między żywiołową i nośną muzyk oraz bardzo stonowanym zachowaniem wokalistyki (a raczej recytatorki tekstów) Florence Shaw, działała dobrze przez dwa, może trzy numery, jednak w dłuższej perspektywie sprowadziła show do dość jednowymiarowego i momentami nieco zbyt monotonnego performance’u. Z drugiej strony skłamałbym mówić, że nie uśmiechałem się pod nosem, obserwując poczynania gitarzystów grupy, ze szczególnym uwzględnieniem odpowiedzialnego za partie basowe Lewisa Maynarda, który grał na scenie swój własny, mały spektakl. Koncert sprowadził się więc do pożytecznie spędzonych trzech kwadransów, do efektu opadu szczęki bynajmniej jednak nie doszło.
Siadając do napisania relacji z występu gwiazdy wieczoru, obiecałem sobie dołożyć wszelkich starań, by unikać górnolotnych słów, kwiecistych porównań i języka opartego na wyrażaniu niepohamowanej ekscytacji (jest go wystarczająco dużo w niezliczonych relacjach, które można już od kilku dni znaleźć w sieci). Dwóch określeń uniknąć w kontekście Nicka Cave’a jednak nie sposób – są nimi charyzma i magnetyzm. Te składowe najlepiej charakteryzują moim zdaniem to, jaką bronią posługuje się na scenie australijski muzyk. Pewien czar i niewymuszona gracja bije od niego niezależnie, czy w danym momencie śpiewa stonowane ballady, przygrywając na fortepianie, czy daje się ponieść scenicznemu wzburzeniu, przypominającemu o jego punkowo-rockowym rodowodzie. Zadziwia też łatwość z jaką Cave przeobraża się, zmienia emocjonalne akcenty i żongluje nastrojami, huśtając nimi nawet w ramach poszczególnych utworów. Dowiodły tego podczas czwartkowego koncertu choćby Jubilee Street (z niespodziewaną eksplozją energii w drugiej części), Conversion (wykrzykiwane na przemian „you’re beautiful!” i „stop!” stały się później motywem przewodnim występu), czy White Elephant, w którym wokalista zdawał się wcielać w rolę nawiedzonego kaznodziei, głoszącego ewangelię końca świata.

Ukazanie na scenie wielu twarzy, w najmniejszym stopniu nie wpływało na autentyczność przekazu – wręcz przeciwnie, słuchając i obserwując muzyka w koncertowym wydaniu ma się przekonanie, że wszystko o czym mówi i śpiewa, wynika bezpośrednio z niego i jego (w dużej mierze ciężkich i traumatycznych) przeżyć. Doświadczeń, które pozwalają mu być jednocześnie szalonym rockmanem, pełnym zadziorności i muzycznej złości (From Her to Eternity, Tupelo, The Mercy Seat) jak i skromnym, nieukrywającym swoich emocji i wyrażającym potrzebę bliskości drugiego człowieka wrażliwcem (Long Dark Night, Cinnamon Horses, czy Into My Arms). Trudno w takich chwilach nie podążać emocjonalnym nurtem, szczególnie, gdy wokół siebie ma się setki rozentuzjazmowanych współuczestników muzycznej ceremonii.

Ba, relacje między publicznością i jej idolem, to w tym przypadku całkowicie osobny temat. Reakcje słuchaczy, ich zaangażowanie i oddanie są naprawdę niezwykłe. Cave umiejętnie wspomniane impresje generuje i skutecznie je podsyca – zarówno wtedy, gdy snuje ze sceny opowieści i sprzedaje dyskretne uśmiechy, nawiązując kontakt wzrokowy z wybranymi fanami, pozornie nonszalancko przechadza się krawędzią sceny i tylko delikatnie ociera o wyciągnięte w jego kierunku dłonie, ucisza niesfornych fanów, by po chwili podarować im autografy, jak i wtedy, gdy całkowicie oddaje się interakcji i beztroskiej zabawie z publicznością, kilkukrotnie w trakcie koncertu (dosłownie) się w niej zanurzając. Trudno nie przyznać racji tym, którzy właśnie w tym aspekcie upatrują największej siły występów artysty.

By nie było jednak tak, że na scenie widoczny był tylko frontman grupy – słowa uznania należą się także pozostałym muzykom Bad Seeds (w tym uczestniczącym w europejskiej trasie w roli zastępcy Martyna Casey’a Colinowi Greenwoodowi) i ekipie chóru, dzięki którym koncert przybrał formę pełnoprawnego spektaklu. Zresztą – cichym bohaterem wydarzenia był dla mnie również Warren Ellis, który potrafił skutecznie skraść znaczną część mojej uwagi. Niezależnie, czy odpowiadał w danym momencie za partie klawiszy, wygrywał gitarowe melodie, śpiewał anielskie partie, czy szalał, sięgając po skrzypce – w każdej chwili występu był znakomity. Szczególnie urzekły mnie w jego przypadku dwa momenty – ten, w którym zbliżenie kamery na telebimie ukazało krople potu skapujące z jego twarzy (co zdawało się symbolicznie podkreślać zaangażowanie, z jakim akompaniuje swojemu przyjacielowi), jak i ten w którym Cave obdarzył go życzliwym uściskiem, nagradzającym jego starania.

Na pochwałę zasługuje też nagłośnienie i produkcja samego koncertu. Prosty zabieg, polegający na wyświetlaniu na ekranach różnych ujęć z sceny w monochromatycznej barwie, dodało występowi szczególnego klimatu, którego peak przypadł na wykonanie wzruszającego I Need You. Nick Cave spoglądający prosto w kamerę, zdający się śpiewać tę kompozycję każdemu z obecnych z osobna, jeszcze na długo pozostanie w mojej pamięci.

Niezwykłych momentów nie brakował oczywiście także w innych kompozycjach (znakomite O Children, Bright Horses, Conversion, Carnage, poświęcony pamięci Anity Lane O Wow O Wow (How Wonderful She Is), czy The Weeping Song), trwającego blisko 3 godziny (!) występu.

Niecodzienne doświadczenie i poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym – takie przemyślenia towarzyszyły mi podczas podróży powrotnej z łódzkiej Atlas Areny. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że zbór pod wezwaniem Nicka Cave’a powiększył się tego wieczoru o jeszcze jednego orędownika.

(fot. Justi Szadkowska – pełna fotorelacja tutaj.)
- Les Bâtards du Roi – Les chemins de l’exil (2025) - 7 kwietnia 2026
- AMPACITY publikuje teledysk do „Phantomatics” - 3 kwietnia 2026
- Debiutancki singiel gotyckiego Wolfpack Heading Nowhere już dostępny - 3 kwietnia 2026
Tagi: 'wild god', Alter Art, atlas arena, Dry Cleaning, koncert, Nick Cave & The Bad Seeds, relacja, review, tour.







