1349, Ruins Of Beverast, Vitriol, Sarcator – Kraków (8.05.2025)


Jak w porach roku Vivaldiego, zmienia się ciemność w twoich oczach
– tak właśnie, trawestując klasyka, można podsumować wiosenny wieczór w krakowskim klubie Hype Park. Zestaw bardzo różnorodny, więc nie dało się nudzić, bo cztery odsłony spektaklu miały swoją wewnętrzną dramaturgię i inną temperaturę. Muzycy z 1349 wybierając się na wschodnie rubieże Europy, by promować swój zeszłoroczny krążek The Wolf an The King, zabrali intrygujący zestaw kapel, z różnych stron globu i metalowych światów. Dla jednego coś miłego, dla drugiego może i przykrego – w zależności od gustu. Czwartkowy gig zorganizował niezawodny Knock Out Productions.

Dobrze prezentowało się stanowisko z merchem. Jako że krakowski gig był pierwszym na trasie, to nie zbrakło na straganie nieczego. Po kilka wzorów koszulek, bluz, trochę płyt (w tym winyle). Sam uzupełniłem zasoby płytoteki o dwa CD Sarcatora. Udalo się zresztą pogadać z młodą ekipą, która okazała się bardzo sympatyczna. Na scenie z kolei Szwedzi przyjemnie rozgrzali nielicznych (jeszcze) zabranych, serwując ognistą dawkę thrash metalu, wzbogaconego pierwotną, black metalową energią i death metalową siłą. Warto sprawdzić młodzież, która kontynuuje dziedzictwo ojców i dziadów.

Nie ukrywam, że najbardziej czekałem na występ Amerykanów z Vitriol. Ich zeszłoroczny krążek, Suffer & Become, zrobił na mnie niemałe wrażenie – umieściłem nawet album w moim TOP 10 dla Kvlt. Vitriol zagrał w duecie z małą pomocą elektroniki. Kyle Rasmussen (wokal i gitara) oraz Matt Kilner (perkusja) dali radę w taki zestawieniu. Może wręcz w okrojonym składzie zabrzmieli selektywnej, dobitniej. W końcu ich intensywna, techniczna, rytmicznie momentami połamana muzyka mogłaby wypaść na żywo kakofoniczne i chaotycznie. A tak było mrocznie i wciągająco. Hymny o bólu i cierpieniu – krótko, z drobnymi problemami technicznymi, ale wykonawczo rzetelnie i dziko. Chciałbym kiedyś więcej i w pełnym składzie.

Sporo osób przyszło specjalnie na The Ruins Of Beverast. Wiem, bo na koncert wyciągnął mnie wielki fan ekipy. „Jedź, nie pożałujesz”, zachęcał i muszę przyznać, że miał rację. Choć znam twórczość Alexandra von Meilenwalda powierzchownie (właściwie TROB to jednoosobowy projekt), to doceniam jej różnorodność. Na żywo Alexander w towarzystwie paru muzyków potrafił wykreować bardzo spójny spektakl, co było dla mnie pozytywnie zaskakujące. Po szaleństwach dwóch pierwszych kapel, zrobiło się nastrojowo, ale i mocno. The Ruins Of Beverast zabrzmiało potężnie, miejscami wręcz death/doom metalowo. Kto się wczuł, ten przepadł na parędziesiąt minut – pod warunkiem, że docenia w metalu wolniejsza tempa.

 

Jaki jest norweski black metal, każdy widzi. 1349 kontynuuje nieświętą krucjatę. Pewnie można utyskiwać, że klub nie wypełnił się po brzegi (no, może w połowie), ale niech żałuję nieobecni. Jak wspominałem wcześniej nieśmiało, bardziej czekałem na poprzedników, ale w końcu co Norwegowie to Norwegowie. Skupili się na rzeczach najnowszych, więc ponad połowę setlisty wypełniły numery z promowanej The Wolf and The King oraz z poprzedzającego go albumu The Infernal Pathaway. Uzupełniły zestaw klasyki z pozostałych płyt. Set zabrzmiał dziko, pierwotnie – tak jak black powinien wypadać na żywo. Kilkanaście niezmordowanych osób w moshpicie podbiło nieco emocje. Podobnie jak jegomość z okrzykiem Habemus Papam!. Tego dnia przywitaliśmy bowiem Leona XIV na Piotrowym Tronie, a w dawnej stolicy Polski skrytego za perkusją, smutno wpatrzonego w dal Frosta, co udało się uchwycić na fotce… Jakże pięknie kontrastuje jego cierpienie z piekielnie żywiołowym graniem 1349.

 

Fot. Andrzej Rudiak

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .