Site icon KVLT

Amenra, Boris, ARRM – Warszawa (24.02.2018)

Koncert. Występ artysty bądź grupy muzyków przed publicznością. Niby nic fantastycznego, ot, skondensowanie dźwięków, jeden koncert zapamiętamy, inny przegapimy. Nic nowego. Należy jednak pamiętać o jednym: są takie koncerty, takie występy, które zostaną z Tobą, drogi czytelniku, na długie lata, które przeżyjesz całym sobą po wszystkie zakończenia nerwowe. Tym kwiecistym wstępem zapraszam do relacji z niezwykłych muzycznych widowisk, jakie zaserwowali Amenra, Boris i ARRM, w sobotę 24 lutego br. w warszawskim klubie Progresja. O klimat, jakość i przede wszystkim organizację zadbała niezmordowana ekipa Knock Out Productions, i jak zwykle spisali się wyśmienicie.

Już na początku zaskoczyła mnie gęsta frekwencja w klubie. Rok temu na akustycznym secie Amenra, Progresję zaszczyciła skromna garstka fanów w porównaniu do tłumu ubiegłego wieczoru. Sporo młodzieży, jednak w zdecydowanej większości pojawili się nieprzypadkowi wielbiciele ciężkiej, mrocznej atmosfery. Oświetlenie koncertowe było dość oszczędne, żadnych laserowych fajerwerków, brzmienie selektywne, zauważalnych odstępstw od akceptowalnej normy brak. Potencjalne elementy tzw. show i tak na nic by się zdały – tego wieczoru liczyła się tylko muzyka, sposób jej ekspresji i ogromne dawki emocji, które stopniowo stawały się coraz cięższe do utrzymania w przyzwoitym stopniu.

A zaczęło się niewinnie. Wieczór rozpoczął koncert sosnowieckiego ARRM, kolejnego projektu muzycznego nonkonformisty Artura Rumińskiego. Spokojnie, zimno, minimalistycznie, bez zbędnych słów czy ruchów. Nie spędziłam z nimi wiele czasu (zresztą nieco ponad 30 minut to naprawdę bardzo krótko na ARRM-owy przekaz), podobny set widziałam już parę razy, toteż skupienie przeniosłam na inne czynności. Czwórka muzyków z pewnością jednak zapewniła godny wstęp do tego, co za chwilę miało się rozpętać.

Przyszedł czas na niezwykłą mieszankę psychodelii, noise’u, post-metalu czy industrialu – japońskie Boris. To niebanalne trio, obecne na scenie od 25 lat, przeniosło publikę w zupełnie inny wymiar muzyki eksperymentalnej. Prawda jest jednak prosta: albo takie wycieczki się lubi, albo wręcz przeciwnie. Nie można słuchać popisów Boris z doskoku, przy piwku i pogawędce. W taki koncert trzeba wejść, osiąść, tak jak w monodramatycznym teatrze. Tu nie było przerywników bez nacechowania każdego ruchu odpowiednimi emocjami. Tu nie można mówić o jednoznacznej klasyfikacji całego występu. Oprócz zrealizowania setlisty, składającej się najprawdopodobniej z ostatnich dokonań grupy (przyznaję szczerze, nie znam nawet połowy z 24 longplayów Boris), to był swego rodzaju performance. Tu krzyk, tam cichy śpiew, cisza, perkusja, przesterowana gitara, post-metalowa przygrywka, pozornie prosta melodia, i tak dalej. Warto choć raz zobaczyć takie „zjawisko”. Jednocześnie żałuję, że tak wiele osób z publiki zakłócało występ głośnymi rozmowami czy śmiechem. Trudno, taki urok dużych koncertów.

Na finał wieczoru trzeba było trochę poczekać. Wyraźnie sala koncertowa rozrosła się o kolejnych fanów, zrobiło się głośno i czuć było napięcie. 25 minut później, wraz z pierwszymi dźwiękami Boden z albumu Mass V (2012) chłód zalał Progresję po brzegi. Amenra jest formacją dla mnie wyjątkową. W tym roku zespół promuje wydawnictwo Mass VI, które zebrało różne, choć najczęściej wysoko oceniane recenzje. Znów zagrali surowo, mrocznie, minimalistycznie, sugestywnie. W muzyce Belgów  jest wiele czerni, bólu, jakichś niewzmożonych pokładów emocji z najgłębszych zakamarków duszy. Koncerty grupy natomiast oddają pasję i ogromne zaangażowanie, głównie lidera Colina H. van Eeckhouta, który stopniowo odsłania się przed publiką w specyficzny, może nawet nazbyt jasny do zdefiniowania sposób. Jest w tym dramaturgia, jakaś dzikość. Mieszanie miękkich, delikatnych wokali na przemian ze stopniowanym napięciem, wybuchem gitar i przejściem do rozrywających, brutalnie rozrzewnionych krzyków, powodowało wzmożone przeżywanie każdej minuty występu.  To wszystko czuć było wręcz w koniuszkach palców. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy czytelnicy, kto nie przeżył koncertu Amenra na własnej skórze (nomen omen z racji pewnych ekshibicjonistycznych upodobań Eeckhouta), ten nie do końca zrozumie, co próbuję właśnie przekazać. To był rytuał, bez przebieranek, makijażów, fajerwerków, najdziwniejszych instrumentów, dzwonków, gongów czy rogów. Prosto, przytłaczająco, momentami histerycznie i pierwotnie. Piękny, jedyny w swoim rodzaju rytuał.

Setlista:

Boden

Plus Pres de Toi

Razoreater

Nowena

Aorte

Terziele

Am Kreuz

Diaken

Po koncercie jakiś czas nie mogłam dojść do siebie, jednocześnie zastanawiając się, co takiego ma ten zespół, czego nie potrafią zrobić inne. Amenra nie są wizjonerami, jak często określa się na przykład podobny w przekazie Neurosis. Motyw przewodni na płytach Belgów nie jest również rewolucyjny – znów mówią o tęsknocie, pogubieniu w rzeczywistości, poczuciu wyobcowania. Eeckhout  zresztą w którymś z wywiadów ponownie podkreślił, że jego artystyczną niwą wciąż jest (i będzie) wyłącznie jedno – cierpienie. Może przelewając na publikę wszystko to, o czym nikt nie chce głośno (a na pewno nie tak często) rozmawiać, jest obustronnym oczyszczeniem? Może. Na pewno koncerty Amenra to piękne, bijące autentycznością, warte doświadczenia przeżycie.

Do następnego!

 

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
Exit mobile version