Koncerty Amenra często sprowadzają się do słowa „rytuał”, kojarzą się z zimnem, mrokiem (uwielbiam to określenie), dla niektórych to nawet oczyszczające misterium. Dla mnie słowem określającym działalność i twórczość zespołu Colina H. van Eeckhouta jest też konsekwencja, i bynajmniej nie mam na myśli powtarzalności motywu cierpienia definiowanego przez Amenra na dziesiątki sposobów, ale opracowanie konceptowe każdego wydawnictwa i koncertowy odpowiednik tych intencji. To są rzeczywiście rytuały, z całym dobrodziejstwem realizacji, w tym tła – od niepokojących czarno-białych wizuali, po ustawienie sceniczne członków zespołu i centralne miotanie się Colina po scenie z jego do bólu autentycznymi, przeszywającymi krzykami. W tym roku zespół obchodzi 20-lecie istnienia, a w związku z jej rytualnym świętowaniem trasa koncertowa objęła również Polskę, dzięki staraniom i uprzejmości agencji Winiary Bookings. Moim przystankiem niniejszej trasy była warszawska Progresja, zapraszam zatem do relacji.
Ale najpierw support. Pierwszym zespołem inaugurującym post-metalowy wieczór był australijski zespół Ylva. Debiut zespołu pt. Meta (recenzja tu) zrobił na mnie całkiem pozytywne wrażenie, toteż byłam ciekawa koncertu bardziej niż zwykle. Spodziewałam się surowości, ciężkich, niskich brzmień, ale chyba bijąca ze sceny wściekłość nie do końca do mnie trafiła. Występ był dla mnie niemal czarno-biały, bez cienia odstępstw, dwa numery zakończyły się jakby odcięciem i niedokończeniem, inne przeciągały się w nieskończoność, plus ściana dźwięku na koniec. Coś jednak sprawiało, że wytrwałam do końca w zainteresowaniu – być może to zasługa wokalisty z jego histerycznymi krzykami, więc jakiś punkt zaczepienia w tym całym chaosie udało mi się odnaleźć. Ciekawym zabiegiem scenicznym były panele z jasnym światłem ustawione pionowo, które potęgowały uczucie monochromatyczności.
Koloru za to dodała szwajcarska formacja E-L-R, której do tej pory nie znałam. Trio zaprezentowało raczej oszczędną w treści odmianę post-metalu, jednak forma podania była co najmniej interesująca. Na scenie pojawiły się rekizyty w postaci kwiatów i świec, w tle natomiast wizualizacje z niewiastą w lesie pośród pochodni ustawionych w ciemnym lesie. Do tego przyjemne acz za bardzo schowane wokale i miarowa perkusja. Był w tym występie jakiś czar, jakiś trans, pierwiastek ceremoniału. Po krzykach Ylva to była bardzo dobra, trochę stopniująca napięcie przystawka.
Na koniec headliner i dawka depresyjnego dociążenia, po który zjawiła się tego wieczoru spora publika. Progresja tym razem postawiła na małą scenę, brak fosy dla fotografów, a więc przestrzennie miejsca było mniej. Koncert się nie wyprzedał, jednak na występ Amenra fani stawili się na tyle licznie, na ile było to możliwe – bez tłoku, ale gęsto. Belgijczycy zaprezentowali dość przekrojowy set z najbardziej „nośnymi” Razoreater, A Solitary Reign i Am Kreuz. W tle obowiązkowo wspomniane we wstępie wizuale w postaci czarno-białych fotografii, ustawienie muzyków oczywiście tradycyjne z Colinem zwróconym znakomitą większość czasu tyłem do publiki. Niby nic zaskakującego, a ciągle wzbudzającego emocje. Obyło się jednak bez elementów dodających tragizmu wykonania utworów, tj. charakterystycznych dla van Eeckhouta haków, łańcuchów czy chociażby pętania kablem ciała, którego chociażby nie zabrakło rok temu na deskach Progresji. Bynajmniej nie jestem specjalnie fanką tego typu ekspresji, jednak podświadomie byłam przygotowana na taką ewentualność i nie miałam absolutnie z tym żadnego problemu. Koncert okazał się jak zwykle w przypadku tej grupy przejmujący i niezwykle emocjonalny. Momentami słychać było przeszkadzających niedobitków, którzy nie wytrzymali skupienia podczas co wolniejszych momentów koncertu, jednak nie wszystko zawsze musi wypaść idealnie, tzreba było wrzucić tryb ignorancji takich zachowań. Ponownie Amenra zrobiła na mnie wrażenie i przygniotła we właściwy sobie sposób, niemniej inaczej i z mniejszą intensywnością niż rzeczony zeszłoroczny koncert.
Setlista:
Razoreater Plus près de toi Diaken A Solitary Reign Thurifer Terziele Am Kreuz Silver Needle. Golden Nail
Takim oto skromnym sposobem więcej słów zdaje się niepotrzeba i należy jedynie uwierzyć mi na słowo, iż ten wieczór był wyjątkowy i piękny w swojej smutnej istocie. Być może jestem typowym szalikowcem Amenry i z tej pozycji widzę i czuję założenia, jakie realizuje formacja, jednak jestem pewna, że każdy koncert zespołu nie pozostawi nikogo obojętnym, jakkolwiek to rozumieć. Tego trzeba doświadczyć.