Biohazard, Life Of Agony, LYLVC – Kraków (17.03.2025)

Na zewnątrz nawrót zimowej aury, a w sercu i na scenie ciągle maj! Tak by można podsumować koncert w krakowskim Klubie Studio zorganizowany przez Knock Out Production. Załoga na gigu głównie z przedziału 40+, pamiętająca zapewne dziecięce i młodzieżowe podrygi z czasów pierwszych koncertów gwiazd wieczoru w Polsce. Nie ma w tym złośliwości, sam zaliczam się do tej kategorii. Nieliczni zdążyli zabrać już ze sobą nastoletnich synów, co nieco tylko obniżyło średnią wieku. Ale nie było czasu na lumbago i problemy z sercem, gdy przedstawiciele nowojorskiej sceny zaatakowali dźwiękiem, słowem i przede wszystkim energią. Znów można było znaleźć się w magicznej pierwszej połowie lat 90., kiedy w Polsce na ulicach szaro-buro, ale kasety z ulubioną muzyką nie pozwalały na marazm.

Na stanowiskach z merchem, skromnie, ale godnie. Z pewnością bez zaskoczeń. Atmosfera jak przy tego typu wydarzeniach przyjacielska – co chwila można było wyhaczyć w tłumie kogoś znajomego (lata nie widziałem się z kuzynem, a on tu!). Music’s for you and me / Not the fucking industry. Poniedziałek to najgorszy z możliwych terminów na dobrą zabawę? Nie tym razem!

Na rozgrzewkę LYLVC. Ich propozycja to miks ciężkich riffów, popowych melodii, rapowanych męskich wokali i kobiecego śpiewu, podlanego elektronicznym sosem, podanego w oprawie wystudiowanej i kostiumowej. Z pewnością nie była to bajka dla zagorzałych fanów sceny N.Y.H.C. (i dla mnie też nie). Zespół wypadł nieźle – przynajmniej konsekwentny w swym koncepcie, tyleż energetycznym, co jednak nieco kiczowatym. Nieślubne dzieci ze związku Evanescence i Linkin Park mają na siebie jakiś pomysł i realizują go w każdym calu, co odbiera ich występowi spontaniczności. Brawo dla natapirowanego klawiszowca – cudownie tańczył i kopulował ze swoim cyberpunkowym instrumentem; nie bał się nawet pokiereszować go na koniec. Ot, takie teatrum. W Mam Talent przeszliby dalej.

width= 100%

Muzycy Life Of Agony doskonale wiedzieli na jakiego konia postawić podczas wspólnych występów z Biohazard. Wisząca za sceną płachta w barwach River Runs Red była jak wyznanie wiary. Nie ma co ukrywać, że to najlepsza ich płyta i najbardziej lubiana przez fanów, a w dodatku wciąż świeża. Na żywo te numery również sprawdziły się znakomicie – była moc i pasja. Miło widzieć Keitha Caputo w formie i w pierwotnej postaci, jeśli wiecie, o czym mówię. Wokalista żartował, nawiązywał kontakt z publicznością, a ta parę razy zaczęła spontanicznie skandować nazwę kapeli. Gorzej, gdy głos Keitha nieco gubił się pośród dźwięków. Nie był to najlepiej nagłośniony koncert (oceniam z miejsc, w których się zmaterializowałem), ale forma muzyków i setlista rekompensowała niedobory, więc o narzekaniu mowy być nie mogło.

Oprócz potężnej i upajającej dawki rzeczonego Rivers Runs Red – ze sztandarowymi ciosami w postaci Through and Through i Underground na finał – dostaliśmy też Lost at 22, Weeds i I Regret. Do tego ukłon dla nowojorskiej sceny crossover, czyli cover legendarnych Cro-Mags. No i wyimki z Walk Pantery i Roots Bloody Roots Sepultury dla totalnego już wyluzowania atmosfery.

Jegomościów z Biohazard czas się nie ima. Widać, że hardcore konserwuje. Kto przeżył młodość na Bronksie i Brooklynie przełomu lat 80. i 90., tego pospolite niedomagania wieku średniego nie biorą. Wiadomo, że miało być intensywnie, szybko i bez kompromisów. Biohazard postawił na sprawdzone sposoby rozruszania publiki – trudno mieć im to za złe. Oldschoolowi fani (a przecież eabrała się w Studio ich przeważająca reprezentacja) musieli być tym wyborem wniebowzięci. Większość setlisty do sztandarowe numery z Urban Discipline i State Of The World Address. Cóż, własnej legendy się nie przeskoczy. Do tego dwa utwory z debiutu i nowy kawałek, który zabrzmiał szorstko i staroszkolnie, punkowo wręcz. Wypatrujcie zatem premierowej płyty!

Są takie numery, które usłyszeć na żywo to przywilej. Powiedzieć, że należą do nich chociażby Shades of Grey, Tales from the Hard Side czy Punishment to banał. Punkowa zadziorność z metalową mocą – Biohazard łączył w latach 90. dwa świata i widać to nawet i dziś – na widowni koszulki rozpostarte pomiędzy Ramones i Deicide. A pod sceną publika w nieustannym amoku. Evan posągowy, dostojny, z sylwetką jak młody bóg. Billy z kondycją nastolatka, biegający, podskakujący, czyniący swą żywiołowością nieustanne kłopoty technicznym. Bobby niepokorny, ale jeśli chodzi o gitarowe sola wciąż precyzyjny. Biohazard zabrzmiał selektywnie i potężnie, a jednocześnie nie zabrakło tej odrobiny nonszalancji i szaleństwa wpisanej w scenę N.Y.H.C..

Podsumowując – sentymentalna podróż do połowy lat 90. bezcenna. Dziękuję za wspólną wyprawę Andrzejowi Rudiakowi. Więcej jego fotografii z tego koncertu i garść wrażeń znajdziecie na autorskim blogu.

Setlista Life Of Agony
Setlista Biohazard

 

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .