Black Flag dotarło z trasą koncertową do Warszawy. Chciałoby się rzec: w końcu! Jedyny występ hardcore punkowców w naszym kraju zrealizowało Winiary Bookings.
Mając na uwadze, że Czarna Bandera przez wiele lat sukcesywnie omijała Polskę szerokim łukiem, przybycie do zabukowanej na to wydarzenie Proximy stało się moim celem. Koncert Amerykanów odbył się w ostatni dzień stycznia bieżącego roku. Był to wyjątkowo mroźny wtorek. Być może dobór terminu spowodował, że obiekt udało się wypełnić fanami grupy jedynie w około 2/3 jego możliwości. Występ grupy zaplanowany został na 21:00. Godzinę wcześniej zgromadzoną w klubie publiczność rozgrzewał Jad, którego (piszę to z ubolewaniem) nie zobaczyłem z powodu spóźnienia.
Przyznaję, że niezmierne ciekawiło mnie, jak w warunkach klubowych poradzi sobie aktualna inkarnacja Black Flag. Dlaczego? Powodów jest kilka. Jednym z nich były częste roszady personalne w szeregach zespołu. Przez grupę przewinęło się dotychczas ponad 20 muzyków. Zaznaczmy, że jej lider, autor większości kompozycji i zarazem jedyny członek oryginalnego składu z lat 80. ubiegłego wieku, czyli gitarzysta Greg Ginn, urodził się w 1954 roku. Za rok stuknie mu siedemdziesiątka. Ten gość to żywa legenda amerykańskiego punku – para się nim od lat 70. ubiegłego wieku, a jego utwory wychowały i ukształtowały kilka pokoleń fanów. Przed polskim koncertem w mojej głowie mimowolnie zaczęły kiełkować wątpliwości. Czy Ginn i jego wspólnicy są w stanie odegrać klasyczne numery grupy w przekonujący sposób? Jak mocne będzie w nich stężenie punk rocka w punk rocku? A może powinienem przygotować się wyłącznie na chłodną kalkulację i odcinanie kuponów?
W Black Flag od kilku lat przed mikrofonem udziela się młodszy od Ginna o szesnaście lat Mike V, którego fani deskorolki znają jako jednego z najbardziej charyzmatycznych skejtów-profesjonalistów i obecności w serii gier wideo o Tonym Hawku. Oprócz Grega i Mike’a, skład Czarnej Bandery Anno Domini 2023 dopełniają szeroko uśmiechnięty i pełen entuzjazmu, lecz nieco statyczny basista Harley Duggan oraz obdarzony mocnym ciosem bębniarz Charles Wiley. Ich nazwiska wymieniam w zasadzie wyłącznie z kronikarskiego obowiązku; to po prostu sidemani, którzy w Proximie dobrze wykonali swoją robotę. Do frontmana i gitarzysty zespołu w niniejszej relacji jeszcze wrócę.
Zaczęło się od falstartu. Muzycy wyszli na scenę w ciszy, po czym Wiley zaczął tłuc intro perkusyjne z Can’t Decide. Dołączył bas, zabrzmiało kilka dźwięków gitary i… siadło nagłośnienie. Okazało się, że padł wzmacniacz Ginna. Muzycy i techniczni starali się jak najszybciej naprawić usterkę, lecz co poniektórym podchmielonym fanom wyraźnie nie podobał się zaistniały obrót spraw. Zaczęło się głośnie dokazywanie publiczności. Również na twarzach muzyków odmalowała się nerwowość. Gdy około kwadrans po dziewiątej udało się naprawić sprzęt Ginna, zespół ponownie rozpoczął od Can’t Decide. Black Flag ruszyło z pełną mocą. Mike V za mikrofonem to żywiołowo reagujący frontman i istny wulkan energii. Facet dwoi się i troi, by przyciągnąć całą uwagę gawiedzi. I słusznie, bowiem taka jego rola. Vallely (bo tak brzmi jego nazwisko) drze się do mikrofonu głośno, czysto i wyraźnie, a na dodatek jest w świetnej, godnej podziwu kondycji fizycznej. Co ciekawe, występuje on z Black Flag dłużej niż człowiek, który zarejestrował wokalnie wszystkie klasyczne albumy zespołu – Henry Rollins.
Drugie w kolejności poleciało Nervous Breakdown, a pod sceną rozkręciło się nieco nieśmiałe pogo. Następnie usłyszeliśmy między innymi No Values i I’ve Had It. Wtedy zauważyć można było poprawę humoru Ginna, który coraz częściej się uśmiechał. Niemniej, prawie do końca koncertu pozostawał on statyczny, solówki gitarowe grał od niechcenia (ale ponoć to kwestia jego charakterystyki gry na tym instrumencie), a między utworami robił przerwy na… smarkanie w chusteczkę. Pomijając kwestię choroby gitarzysty, podejrzewam, że awaria sprzętu jednak trochę za bardzo wpłynęła na nastroje wszystkich czterech muzyków Black Flag. Mike V, po wykonaniu kilku utworów nieco przygasł (w każdym znaczeniu tego słowa), a w międzyczasie energia, którą udało mu się wykrzesać na scenie, gdzieś się ulotniła. Dało się odczuć brak pewności siebie wykonawców. Nie pomógł też fakt, że koncert pozbawiony był konferansjerki. Vallely przemówił do publiczności tylko raz, przedstawiając muzyków zespołu. Rozumiem, że taka była konwencja występu, ale i tak szkoda, że zespół o wielodekadowym stażu nie pokusił się o opracowanie planu B odpowiedniego dla sytuacji, w których pojawiają się problemy techniczne.
Na szczęście, druga połowa występu była bardziej udana. Klasyki takie jak Six Pack, Depression i Slip It In skutecznie rozbudziły senną Proximę. Gdy udało się przywrócić występ na właściwe tory (tj. z pełnym zaangażowaniem wokalnym Mike’a V), genialne Black Coffee, Revenge, TV Party i Rise Above zagrano już tak, jakbym sobie tego życzył. Czyli w duchu hardcore punka! W pogo zaczęło robić się gęściej, a fani grupy skandowali refreny. Po około 90 minutach set dobiegł końca. Jako ostatni track usłyszeliśmy cover Richarda Berry’ego, a dokładnie – jego legendarne Louie, Louie. Numer ten, jako utwór zamykający wieczór, wypadł, cóż, blado. Dodam, że na całej europejskiej trasie grano te same dziewiętnaście utworów. Ich zaplanowana kolejność, niezależnie od wieczoru, nie ulegała zmianie.
Summa summarum nie żałuję, że wybrałem się na ten koncert. Choć było to wydarzenie, które względnie łatwo wymazać z pamięci, zapewne żałowałbym, gdybym je sobie odpuścił. Najmilej wspominał będę to, co wydarzyło się po koncercie – wszyscy muzycy natychmiast zeszli do publiczności, a Mike V dosłownie zeskoczył ze sceny i przez kolejną godzinę pozował do zdjęć z fanami, szeroko się uśmiechając. Naprawdę czuć, że ten gość uwielbia przebywać wśród ludzi, a występowanie sprawia mu wielką przyjemność. Nie dało się od niego odczuć sztucznej, wymuszonej kurtuazji. Zamieniliśmy nawet kilka słów na temat pierogów, które grupa jadła dzień wcześniej w Warszawie. Okazało się, że zespół zamówił osiem rodzajów tego dania, ale Mike nadal najbardziej ceni sobie… pierogi ukraińskie z dużą ilością smażonej cebuli.
Setlista:
Can’t Decide
Nervous Breakdown
No Values
I’ve Had It
Annihilate This Week
Fix Me
Gimmie Gimmie Gimmie
Loose Nut
Six Pack
Depression
Slip It In
I Can See You
Room 13
Jealous Again
Black Coffee
Revenge
TV Party
Rise Above
Louie Louie (cover Richarda Berry’ego)
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025







