Black Star Fest jest szczególnym koncertem, bo zespoły nie grają tutaj tylko dla publiczności, ale też dla Olassa (dla niezorientowanych – zerknijcie do historii Acid Drinkers, None albo Flapjack). To dla upamiętnienia jego osoby co roku w lutym hałas roznosi się ze sceny, ale też spod niej. W tym hałasowaliśmy wszyscy już siódmy raz.
Trochę zdziwiła mnie pustawa Estrada niedługo przed rozpoczęciem koncertów. Zazwyczaj ludzie przychodzili dość tłumnie na ten event. Ale jak to z frekwencją na koncertach teraz bywa wszyscy wiemy. Trochę to smutny fakt, patrząc na to, że była to sobota. W każdym razie około 19:30 na scenie pojawił się Kontagion, bydgoska formacja, której wybór na rozpoczęcie był bardzo dobrym pomysłem. Sala koncertowa wypełniła się industrialno-groove’owymi dźwiękami. Swoją drogą bardzo dobrze nagłośnionymi. Chłopaki zaserwowali konkretny set prezentując materiał ze swoich dwóch dotychczas wydanych krążków. Nie zabrakło śmieszków i żarcików (prawie tak śmiesznych jak w Deadpoolu), coverów (Nailbomb i Crowbar) i gości z lokalnych zespołów (Cebul z Egoistic, Adi z Deathinition). Nie mogę nie wspomnieć o wszystkich detalach i gadżetach na scenie, które dopełniały klimatu muzycznego. Małe rzeczy, a cieszą.
Z czasem ludzi przybyło nieco więcej, a atmosfera na chwilę… trochę zelżała. Na scenie pojawił się zespół SIQ. Gdzie za perkusją zasiada Ślimak, a właścicielką mikrofonu i basu jest Ania Brachaczek. Klimaty zmieniły się na rock n’ rollowo-punkowe. Widać było publice, że takie brzmienia potrafią rozbujać. Mnie nie do końca to granie porwało, ale to tylko ze względu na preferencje muzyczne. Jednak duże brawa dla wokalistki w coverze Maanamu Oddech szczura za dykcję i nadążanie z tekstem. Mimo wszystko występ żywiołowy na tyle, by w miarę zatrzymać ludzi na sali koncertowej.
Występ bydgoskiego None na Black Star Feście to tradycja, oczywistość, bo właśnie Olass był współzałożycielem zespołu i od niego między innymi zaczął swoją muzyczną podróż. Zresztą mnie też zawsze na sentymenty bierze, bo ich muzyka towarzyszy mi od kiedy praktycznie zaczęłam obracać się w takich klimatach, więc już nie zliczę, który raz widziałam i słuchałam chłopaków na żywo. Aż dotarłam pod same barierki (a później moja szyja jak zwykle kontuzjowana). Szczerze przyznam, że zagrali zdecydowanie lepiej niż rok temu. Z większą mocą i kopem. Nie zabrakło oczywiście obowiązkowo Black Star. Nie zabrakło też Life for Sound, Procreation, Get Into My Mind, ale też Six, który na żywo miażdży i Show Me Your Real Face. Ludzie pod samą sceną mocno szaleli, a nawet udzielali się wokalnie. Na sam koniec niezmiennie jak zawsze na tych koncertach The Burning Land.
Gwiazdą tegorocznej edycji było The Sixpounder. Też już był to któryś z kolei ich koncert na żywo, na którym byłam. Spodziewałam się standardowo kawałków z dwóch dotychczas wydanych płyt, a jednak mieliśmy namiastkę nowego materiału, który zapowiada się naprawdę z potężnym pierdolnięciem. Nawet pewien osobnik sceptycznie podchodzący do twórczości chłopaków, stwierdził, że utwór tytułowy z nadchodzącego albumu jest bardzo w porządku. I podzielam tę opinię, byłam pod wrażeniem. Poza tym koncertowo idealnie sprawdzające się kompozycje, czyli między innymi Burn, Crimson Skies, The Hourglass, Stephanie. Na moment nawet chwila na odetchnięcie w postaci Dead Man Walking. Swoją drogą znając genezę tego utworu, słucha się go zupełnie inaczej, z większymi emocjami. Dobrej zabawy pod sceną nie zepsuł nawet pewien mało przyjemny incydent, który na szczęście został szybko zażegnany. A na sam koniec coś, co od początku wiedziałam, że na pewno będzie zagrane – cover Motörhead Ace of Spades, zaśpiewany w duecie z Maxxem z bydgoskiego Chainsaw.
Pod względem muzycznym siódma edycja była konkretna, mocna i jak najbardziej udana. Widać i słychać, że każdy z grających tam zespołów zdaję sobie sprawę z idei jaka przyświeca Black Star Festowi. Poza tym każda z grających kapel na swój sposób, mniej lub bardziej potrafiła nawiązać kontakt z ludźmi pod sceną, co zawsze bardzo doceniam. Jedyne na co faktycznie można narzekać, to frekwencja, która w porównaniu z poprzednimi edycjami jednak spadła. Cóż, można gdybać i spekulować, dlaczego tak się stało. Jednak mam nadzieję, że w kolejnym roku będzie okazja, żeby to zmienić.
Autorem poniższych zdjęć jest Michał „Goldmoon” Kwaśniewski. Wszystkie zdjęcia dostępne tutaj
- Debiutancki singiel zespołu Inanes - 28 grudnia 2020
- King Apathy – „Wounds” (2019) - 17 października 2020
- My Dying Bride – „The Ghost of Orion” (2020) - 8 marca 2020
Tagi: Acid Drinkers, Black Star Fest, groove metal, industrial metal, Kontagion, None, nu metal, Olass, punk, rock, SIQ, The Sixpounder.






