Koncert w Bydgoszczy na trasie promującej Ascension był, przynajmniej dla mnie, zaskoczeniem. Został ogłoszony dość niespodziewanie, jednak od razu wiedziałam, że moja obecność jest obowiązkowa. Choć moje samopoczucie z rana nie zwiastowało nic dobrego i obawiałam się, że nie dane mi będzie na żywo przekonać się do nowego wokalisty zespołu, to na szczęście w ciągu kilku godzin wszelkie negatywne symptomy odeszły w zapomnienie. Z dużą dozą najróżniejszych emocji – ciekawością, niepewnością, radością – udałam się wieczorem do Estrady.
Klub powitał mnie dość niską temperaturą i garstką ludzi. Z niewielką obsuwą, mieszczącą się w „kwadransie studenckim”, na scenie pojawiła się bydgoska formacja Rain of Claims, rozgrzewając ludzi swoim instrumentalnym graniem. Już nie pierwszy raz miałam okazję widzieć i słyszeć chłopaków na żywo, zarówno jeszcze w odsłonie z wokalistą, jaki i później jako trio. Za każdym razem było widać, jak dają z siebie wszystko. Nie inaczej było i tego wieczoru. Zagrali materiał z planowanej, nowej płyty. Bardzo podoba mi się brzmienie na żywo niektórych utworów, mocno podszytych stylistyką post-punkową/cold wave’ową. Rain of Claims pod względem rodzaju granej muzyki byli zdecydowanie bliżsi gwieździe wieczoru, aniżeli kolejny support. Bydgoskie trio przystępnie zaprezentowało swój zaplanowany set podczas piątkowego występu. Choć może reakcje ludzi na sali nie były nie wiadomo jak żywiołowe, to muzyka spotkała się zdecydowanie z aprobatą. Temperatura delikatnie podskoczyła w górę.
Po stosunkowo niedługiej przerwie ze sceny zaczęły docierać hałaśliwe dźwięki spod szyldu Sautrus. Gdy już ponownie znalazłam się na sali koncertowej, publika zagęściła się, a temperatura miarowo wzrastała, szczególnie pod wpływem tej psychodelicznej rock’n’rollowej mieszanki prezentowanej przez gdańszczan. Swoim repertuarem wyróżniali się spośród zespołów grających tego wieczoru. Niemniej bardzo ciekawie i intrygująco wypadła muzyka formacji spod znaku stoner/bluesa, czerpiąca pełnymi garściami z rocka przełomu lat 60. i 70. Z pewnością całą uwagę skupiał na sobie wokalista zespołu, który był całkowicie pochłonięty melodią instrumentów. Jego energetyczne, taneczne ruchy i nieprzeciętna charyzma zarażały osoby z tłumu, które też odważyły się no potupywanie, kołysanie biodrami, czy kiwanie głową. Choć ten występ był zupełnie inny od pozostałych, to wywarł na mnie, ale też na innych osobach, dość pozytywne wrażenie. Nie wiem jeszcze jak wypadają studyjnie, ale koncertowo Sautrus dają radę bez dwóch zdań.
Punkt kulminacyjny miał dopiero nadejść. W pełnym skupieniu, z dodatkiem ogromnej ekscytacji, oczekiwałam wejścia Blindead na scenę. I doczekałam się. Rozbrzmiały pierwsze nuty tajemniczego intra Hearts. Na początku maniera wokalna Piotra Piezy nadal nie mogła się w moim odczuciu zazębić z muzyką, jednak im dalej w setlistę, tym bardziej się przekonywałam. Och, praktycznie już przy bardziej szaleńczym Hunt wiedziałam, że Piotr to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Jego sceniczna ekspresja i bycie w pełni sobą pod względem śpiewu, nadają całemu zespołowi nowego wyrazu. Również imponujący był krzyk Piezy w noise’owym Fall. Po pierwszych kilku kawałkach oddaliłam się od barierek, by móc podziwiać wizualizacje, które dopełniały klimatu muzyki z Ascension. Także dźwięk z większej odległości był bardziej selektywny. Główna część występu składała się praktycznie kolejno z kawałków z najnowszej płyty. Na żywo odebrałam te kompozycje zdecydowanie lepiej. Odniosłam wrażenie jakby wybrzmiały pełniej, a muzycy oddali cały drzemiący w nich potencjał. Byłam pod wrażeniem tego, co Konrad wyczarowuje na swoim dość skromnym zestawie perkusyjnym. Ba, wszyscy członkowie zasługują na ogromną pochwałę. Też takie, a nie inne ułożenie setlisty było bardzo dobrym rozwiązaniem – na początku utwory coraz szybsze i żywsze, później względnie spokojny i hipnotyzujący środek, aby zakończyć z przytupem przy mocnym finiszu Ascend.
Około 40 minut grania na żywo Blindead to było zdecydowanie za mało dla fanów zespołu. Muzycy nie dali się długo prosić i wyszli na scenę ponownie, aby wrócić do nieco starszego materiału. Tym bardziej byłam ciekawa, jak na żywo utwory z poprzednich płyt wypadną z Piotrem. Nie zawiodłam się. Usłyszeliśmy kolejno s1 i So It Feels Like Misunderstandig When, który ma dla mnie szczególną wartość emocjonalną. Przy ostatnim brakowało tylko nocnego deszczu, jak miało to miejsce dwa lata temu podczas ich występu na Muszla Fest. Końcówka bisu skradła moje serce w zupełności.
Dawno żaden koncert nie wywołał u mnie takich emocji jak Blindead. Tę atmosferę i klimat, który stworzyli swoim występem na żywo, czułam jeszcze przez następne dni. Cieszę się, że zdecydowali się na koncert w Bydgoszczy, cieszę się, że choroba była łaskawa mi odpuścić tego dnia i cieszę się, że po takiej przerwie mogłam wrócić do Estrady właśnie na koncert chłopaków.
- Debiutancki singiel zespołu Inanes - 28 grudnia 2020
- King Apathy – „Wounds” (2019) - 17 października 2020
- My Dying Bride – „The Ghost of Orion” (2020) - 8 marca 2020
Tagi: Blindead, blues, bydgoszcz, estrada, post-metal, post-rock, Rain of Claims, relacja, reportaż, Sautrus, stoner rock.






