Descendents, Circle Jerks, Negative Approach – Warszawa (29.03.2025)

Napisać, że w ostatnią sobotę marca br. w warszawskiej Proximie odbyło się prawdziwe święto punk rocka, to nie napisać nic. Na zestaw kapel wymienionych w tytule niniejszej relacji musieliśmy czekać wiele długich lat, ale zamiast narzekać, rzucę przysłowiem: lepiej późno niż wcale. Mowa w końcu o koncertach zespołów o, nomen omen, kultowym czy nawet legendarnym statusie. Gwoli redaktorskiego obowiązku napomknę, że przyjazd wszystkich trzech ekip do Polski zaowocował również piątkowymi, zaplanowanymi na dzień wcześniej występami w krakowskim Kwadracie, zaś wykonawców ściągnęła do nas załoga Noise Annoys.

Niestety mimo szczerych chęci nie udało mi się obejrzeć całego setu Negative Approach. Brak miejsc parkingowych w okolicach Proximy wymuszał kolejne kółeczka dookoła budynków. Mimo wszystko nie czułem się zaskoczony taką koniecznością, gdyż od kilku dni na grafikach promujących sobotni event w mediach społecznościowych widniał dopisek SOLD OUT, co z całą pewnością przełożyło się na zapchanie okolicznych postojów samochodami.

Gdy wreszcie dotarłem na salę, ujrzałem dokładnie to, czego spodziewałem się po kwartecie z Michigan. Brodaty Ron Sakowski z nisko zawieszonym basem wraz z łysym, standardowo odwróconym plecami do publiczności gitarzystą Haroldem Richardsonem sprawnie przebijali się przez kolejne numery, a nad wszystkim górował skrzeczący wokal permanentnie wkurzonego w warunkach scenicznych Johna Brannona. Niemłodzi już przecież muzycy nie dali poznać po sobie upływu czasu, grając niektóre utwory jeszcze szybciej, niż na nagraniach. Występ NA można podsumować krótkim „było nierówno, ale za to nieczysto”, co mnie osobiście uradowało, bo właśnie takich wrażeń oczekiwałem. Okej, Negative Approach widziałem w akcji ledwie kilkanaście minut, ale to w zupełności wystarczyło, by znów dobrze poczuć tętniącą w żyłach krew. Dorzucę, iż po wszystkim muzycy sami ściągali z podestu swoje graty, a pomagała im tylko nieliczna ekipa lokalsów. Wszystko przebiegło zatem w zgodzie z zasadą DIY. Żadnych znamion ściemy!

Po dłuższej przerwie na szybki soundcheck za perkusję wtargnął Joey Castillo, słynny bębniarz znany między innymi z Queens of the Stone Age, Danzig, Eagles of Death Metal, The Bronx, Zakk Sabbath i wielu innych projektów. Joey gra z Circle Jerks od 2021 roku i mimo że urodził się w 1966 roku, pozostaje najmłodszym członkiem grupy. Wraz z końcem testów drummer zszedł za kulisy, a po chwili na scenie Proximy, przy głośnych owacjach publiki stanęli już wszyscy czterej członkowie legendarnej kapeli. Następnie Keith Morris (tego gościa przedstawiać nie trzeba, wszystkich niezaznajomionych z jego postacią zachęcam do zguglowania tematu – przyp. red.) rozpoczął od nieco przydługiego, pozbawionego muzyki wstępu, opowiadając nam o początkach swojego zespołu oraz narodzinach amerykańskiego hardcore punku. Następnie wokalista rzekł, że Circle Jerks jest tu, by dać nam lekcję z historii kalifornijskiego punk rocka. Jak na Morrisa przystało, nie obyło się bez chwili zrzędliwego, acz firmowego przekomarzania się z fanami, by nagle ni stąd, ni zowąd uderzyć pierwszymi dźwiękami instrumentów.

Przeżycie początku występu CJ sprawiało wrażenie dotknięcia punkowego absolutu. Bas? Dudniący tak, że momentami niespecjalnie było słychać, jaką partię Zander Schloss zaczyna grać. Gitara? Greg Hetson nie potrzebował żadnej „dopałki” wzmacniacza bądź pomocy drugiego gitarowego, by utwory zabrzmiały potężnie. Castillo za bębnami łoił skrajnie mocno, natomiast występujący bez okularów Keith, drąc się wniebogłosy, stale przesterowywał wydobywane z gardła słowa.

Lista numerów obfitowała w hity, ale to przecież nic dziwnego, wszak Circle Jerks nagrywali wyłącznie hity. Trudno było je wszystkie zliczyć; usłyszeliśmy Wild in the Streets, Deny Everything, Live Fast Die Young, Beverly Hills i całe mnóstwo pozostałych klasyków. Co kilka kawałków Keith buńczucznie przemawiał, tłumacząc między innymi, iż ma już 69 lat i jest chory, a przerwy w secie są wyłącznie dla niego, żeby mógł dalej śpiewać. W tak zwanym międzyczasie co poniektórzy zaczęli skandowanie wspaniałego słowa, jakim bez cienia wątpliwości jest „napierdalać!”, co frontman skwitował słowami: „kompletnie nie rozumiem Waszego języka, my jesteśmy z USA, język angielski”, więc wypełniona po brzegi fanami Proxima szybko przetłumaczyła hasło na „fuck things up!”. Wyraźnie zadowolony Hetson powiedział je zresztą na ucho niedosłyszącemu tegoż wieczoru Morrisowi, jednakże ten drugi nie przejął się zbytnio reakcją publiczności, kontynuując zaplanowaną konferansjerkę bez większych zmian. Reasumując, podczas godzinnego setu Circle Jerks przywołało w Warszawie prawdziwego ducha amerykańskiego punku, prezentując się od znacznie mocniejszej strony, niż ostatnia inkarnacja Black Flag, występująca z Mikiem V przed mikrofonem (relację z jej wizyty w Polsce przeczytacie tutaj). Co ciekawe, Keith napomknął ze sceny, iż Mike opuścił niedawno słynną Czarną Banderę (o czym można przeczytać na Substacku Vallely’ego – przyp. red.), co wyraźnie zaskoczyło wielu zgromadzonych, w tym mnie samego.

Wreszcie nadszedł czas na „headlinera” wieczoru. Headlinera w cudzysłowie, ponieważ pewnie mało kto by się zdenerwował, gdyby Circle Jerks zamieniono kolejnością z Descendents. Wywodzący się z Manhattan Beach zespół natychmiast porwał pierwsze rzędy. Melodyjne kawałki przeplatane co jakiś czas niemalże grindcore’owymi czadami zapewniło odpowiednią różnorodność, niedającą miejsca na wkradnięcie się ewentualnego znudzenia. Sympatyczny Milo Auckerman przed mikrofonem kipiał podlewanym charyzmą wigorem. Chciałoby się być w takiej formie w jego wieku!

Gigantyczna setlista (aż 33 utwory!) obfitowała zarówno w evergreeny Kalifornijczyków, jak i mniej rozpoznawalne kompozycje. Zupełnie osobno natomiast należy docenić kunszt wykonawczy muzyków, ponieważ Descendents na żywo to zupełnie inna bestia niż Circle Jerks czy Negative Approach. Kwieciste linie basu były dobrze słyszalne, a gitarowe riffy egzekwowano z wyjątkową precyzją. Nie wspomnę już nawet o bębnieniu niezłomnego Billa Stevensona. Tam po prostu wszystko się zgadzało! Cóż, panowie niewątpliwie przykładają się do koncertów nawet po ponad 40 latach (!) od debiutanckiego krążka. Świetną robotę zrobili także akustycy, dostarczając selektywny, zwarty dźwięk. A o to w Proximie niełatwo.

Chwilę po 23:00 było po wszystkim. Nie czułem smutku; ba, lokal opuszczałem w pełni usatysfakcjonowany. Nie dość, że przyszło mi obejrzeć grupy, które nadal funkcjonują po nie tyle wieloletnich, co wielodekadowych perturbacjach, to na dodatek wciąż mające sporo do przekazania swoim odbiorcom. Osobiście życzyłbym sobie, by artyści parający się zgoła inną muzyką pamiętali równie dobrze, po co występują, jak Keith Morris mówiący ze sceny, że w sumie nie powinno go tu być, ale jest, bo najwyraźniej na to zasługujemy. Nie wypada nie docenić takiego podejścia.

Na koniec napomknę jeszcze o osobach zgromadzonych w klubie, gdyż po prostu miło było zobaczyć na własne oczy przekrój demograficzno-społeczny typu od Sasa do Lasa. Widziałem zarówno młododzianych, jak i starzejących się punków z prawdziwego zdarzenia, skejtów, metali, rodziców z dziećmi plus całe mnóstwo „zetek” tudzież millenialsów. Co więcej, wydaje mi się, iż wszyscy bawili się równie dobrze, jak ja sam. I tak trzeba żyć.

Setlista:
Everything Sux
Hope
I Don’t Want to Grow Up
Victim of Me
I Wanna Be a Bear
Rotting Out
My Dad Sucks
'Merican
Clean Sheets
Myage
Without Love
Nothing With You
No Fat Burger
Silly Girl
When I Get Old
Coffee Mug
On Paper
Van
I’m Not a Punk
Thank You
Weinerschnitzel
Bikeage
I’m the One
I Like Food
Coolidge
Good Good Things
Feel This
Suburban Home
Smile

Marriage
Grudge
Catalina
Get the Time

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .