J.K. Flesh – Warszawa (25.04.2026)

Ostatnimi czasy mamy wielką przyjemność doświadczać Justina Broadricka w Polsce względnie często. I chociaż Godflesh ponoć nie zagra już nigdy (muzyk wygasił występy tego konkretnego zespołu z powodów zdrowotnych), nadal możemy zmierzyć się na żywo z bardziej stonowaną twórczością Justina, wybierając się na koncert Jesu czy noise’owo-trance’owego projektu figurującego pod nazwą J.K. Flesh.
Słynne Jesu dosłownie chwilę temu odwiedziło festiwal Summer Dying Loud, natomiast autorski set didżejski J.K. Flesh wybrzmiał pod koniec kwietnia br. w warszawskim Niebie. Nim jednak główny bohater wieczoru pojawił się na przygotowanym podeście, wcześniej mieliśmy okazję obserwować w akcji rodzime Larmo. I cóż, było co oglądać.
Chociaż funkcjonujący pod tym pseudonimem Mirosław Matyasik para się zgoła inną niż kojarzona z Broadrickiem elektroniką, katowiczanin z powodzeniem rozgrzał publiczność skrajnie przesterowanymi pejzażami nakładających się na siebie dźwięków. Kompletnie nie znam się na kwestiach związanych z syntezatorami czy oscylatorami, ale z całą pewnością mogę napisać, iż Larmo „za gałami” dosłownie bawi się sygnałem, co rusz zaskakując publiczność. Dodatkowym argumentem za stawieniem się na występie Mirosława był także vjing K-Vassa, dopasowującego na bieżąco dość mroczne wizualizacje do kakofonii Matyasika. Stałem i chłonąłem to wszystko niczym zamurowany.
A jak poradził sobie legendarny Anglik? Broadrick wtargnął na miejsce na ostatnie minuty przed planowanym startem setu, nieśpiesznie jednak się do niego przygotowując. Chłop nieśmiale pomachał do zgromadzonych w klubie, po czym jak gdyby nigdy nic zaczął podpinać przywieziony ze sobą sprzęt. Następnie ogolony na łyso artysta przebrał się przy wszystkich w strój składający się z szeleszczących spodni dresowych, kurtki-wiatrówki i ciemnych, wybitnie „szybkich” okularów przeciwsłonecznych. Wówczas stało się jasne, że J.K. Flesh jest w pełni gotowy.
Półtoragodzinny set z grubsza określiłbym mianem doprawdy miażdżącego. Dlaczego? Przede wszystkim z powodów stricte fizycznych: nagłośnienie warszawskiego klubu wielokrotnie wywoływało uczucie mrowienia w całym moim ciele, zaś uderzenia pompowanym przez głośniki powietrzem, spowodowane częstymi dropami basów, potrafiły rozwiać niejedną fryzurę. Dodam jeszcze, iż byłem w pełni trzeźwy, co moim zdaniem nie jest bez znaczenia w kontekście podobnych wydarzeń.
Tak czy siak, statyczny Broadrick, świeżo po operacji pleców, głównie potakiwał głową w rytm autorskich dźwięków. Publiczność natomiast coraz bardziej zapadała w trans, wijąc się niczym opętana do pulsujących świateł stroboskopów. Niektórzy nieco przeginali pod względem naruszania stref osobistych innych uczestników koncertu (ewidentnie z powodu przyjęcia nadmiaru substancji psychoaktywnych), ale od samego początku do końca występu było względnie grzecznie.
Po wszystkim mistrz ceremonii krótko zaklaskał fanom, co przełożyło się na bardzo głośną aprobatę ze strony publiki. Nieco później natomiast, już przy włączonym świetle, niemłody już przecież Broadrick zszedł do fosy i pozował do zdjęć z każdym zainteresowanym. Sugerował nawet grupowe wypijanie napojów chmielowych na chwilę po spakowaniu manatków. Tak należy szanować odbiorców swojej twórczości. Doprawdy piękna sprawa.

- J.K. Flesh – Warszawa (25.04.2026) - 1 października 2026
- TAXI CAVEMAN zapowiada czwarty album, premiera nowego teledysku - 14 sierpnia 2026
- TAXI CAVEMAN i GODSLUT na 5 urodzinach RUF Guitars w Warszawie - 14 sierpnia 2026