Site icon KVLT

Kim Gordon – Warszawa (21.04.2026)

Legendarna Kim Gordon przyjechała do Progresji promować swój nowy solowy krążek pt. PLAY ME. Artystki z tak zaskakującym, a przede wszystkim godnym pozazdroszczenia stażem, wręcz nie wypada w tym miejscu przedstawiać. Prawdę mówiąc, jestem zresztą zdania, że zdecydowana większość osób zaglądających do niniejszej relacji dobrze kojarzy choć część jej muzycznych dokonań. Gwoli redaktorskiego obowiązku nakreślę jedynie, iż bez wątpienia najbardziej popularną formacją, z którą przyszło jej stale współpracować, było kultowe Sonic Youth. Niemniej solowa twórczość Gordon uderza w zgoła inne tony.

Ubrana w srebrzystą, najprawdopodobniej cekinową sukienkę Kim dotarła do stołecznego klubu dzięki staraniom Live Nation Polska. Aktualnie Gordon występuje z trzyosobowym zespołem: współtworzy go wyjątkowo energiczny bębniarz Madi Vogt, nieco statyczna, dystyngowana i precyzyjna basistka Emili Retsas, a także dbająca o shoegaze’owy aspekt koncertu gitarzystka Sarah Register.

Kwartet wszedł na scenę w milczeniu, po czym natychmiast przystąpił do odgrywania utworu tytułowego z najnowszego krążka. Wszystkiemu towarzyszyły psychodeliczne wizualizacje wyświetlane aż do samego końca występu. Przygaszone oświetlenie dopełniło dzieła, zapewniając odpowiednio odrealniony klimat, tak przecież pożądany podczas obcowania z równie eksperymentalną muzyką.

Początkowo 73-letnia Amerykanka sprawiała wrażenie wycofanej. Dało się to zauważyć po wyraźnie ograniczonym kontakcie z odbiorcami: Kim jakby niepewnie wymawiała kolejne słowa do mikrofonu, czytając teksty z kartek przymocowanych do statywu. Czy to sposób na radzenie sobie z tremą? A może czysta nonszalancja? Dla mnie odpowiedź na oba te pytania pozostaje bez znaczenia, ponieważ słynna blondynka dosłownie ujęła Progresję swoją naturalną prezencją, cichą, acz pewną siebie osobowością oraz aurą.

Gordon śpiewała czysto, nieśmiało tańcząc to tu, to tam. Za element show odpowiadała reszta formacji: Vogt łoił ciosy zza głowy, przemycając w beatach okołotrapowe brzmienia, Retsas utrzymywała swoim basem niejednokrotnie połamany puls, natomiast Register co rusz odpalała skrzeczące przestery, przypominając zgromadzonym, jak powinno się grać noise rock. Sama Gordon również chwytała od czasu do czasu za gitarę, aczkolwiek głównie w celu podegrania zgrzytliwego, eksperymentalnego tła, dodając wybranym kompozycjom jeszcze większego hałasu.

Ostatecznie usłyszeliśmy niemalże całe PLAY ME, pięć numerów z The Collective, a także dwa z No Home Record. Krótkie pauzy między nimi wystarczały na entuzjastyczne reakcje stołecznej publiczności, kwitowane najczęściej krótkimi: „Thank you”. Na koniec zagrano jeden bis, ale za to jaki! Chodzi o utwór Cigarette, czyli niewydaną do dziś kompozycję, mocno przypominającą o muzycznych korzeniach Amerykanki.

Później cała czwórka wykonawców opuściła scenę z uśmiechami na ustach. Wszystko potrwało niewiele ponad 70 minut, jednakże summa summarum nie było mowy o tak zwanym niedosycie. Pisząc te słowa na kilka dni po warszawskim występie Gordon, wiem jedno: bardzo podobało mi się to, co ujrzałem, i z całą pewnością wybiorę się na kolejny set Kim odbywający w naszym kraju. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym musiał go ominąć.

Setlista:
PLAY ME
GIRL WITH A LOOK
NO HANDS
BLACK OUT
DIRTY TECH
NOT TODAY
BUSY BEE
SQUARE JAW
SUBCON
POST EMPIRE
NAIL BITER
BYE BYE
I’m a Man
Trophies
It’s Dark Inside
Psychedelic Orgasm
Paprika Pony
Cookie Butter

Cigarette

Zdjęcia autorstwa Wiktorii Wójcik. Pełną galerię jej autorstwa znajdziecie TUTAJ.

Exit mobile version