Tori Amos, Warszawa (12.05.2026)

Dwunastego maja warszawski Torwar odwiedziła słynna Tori Amos. Przyjazd mieszkającej na co dzień w Wielkiej Brytanii Amerykanki odbył się w ramach trasy promującej jej najnowszy krążek pt. In Times of Dragons, zaś całe wydarzenie zorganizowało Live Nation Polska.

Kiepsko się tego wieczora czułem, ale ostatecznie niezmiernie cieszę się, że nie zrezygnowałem. Dlaczego? Otóż rudowłosa Tori zagrała zdecydowanie najlepszy koncert, w jakim przyszło mi dotychczas uczestniczyć w 2026 roku. Pisząc te słowa, wciąż jestem zresztą totalnie oczarowany tym, co wydarzyło się w pamiętny, wtorkowy wieczór. Przeżyłem bowiem szok, który pozwolił mi ponownie zjednoczyć się z częścią własnej, chyba trochę zaniedbywanej ostatnimi czasy emocjonalności.

Miło mi przyznać, iż 62-letnia artystka w wydaniu na żywo nadal uroczo balansuje na granicy przesympatycznego, acz trudnego do sprecyzowania roztrzepania, oraz dostojnejj gracji. Cała Tori. Naprawdę mało kto jest w stanie poszczycić się pokładami tak potężnej charyzmy, wyrażanej zresztą prawie wyłącznie w jednym miejscu, na siedząco, w pełnym skupieniu. Emitowaną ze sceny energię odbierałem na wielu płaszczyznach, naprzemiennie ciesząc się i wzruszając niemalże do bólu. Z obserwacji otaczającej mnie publiczności wnioskuję, że przeżywali to samo.

Łącznie usłyszeliśmy 16 utworów. In Times of Dragons reprezentowały jedynie dwa single (wspaniałe Shush i niezłe Stronger Together). Postawiono na klasyki: z debiutanckiego Little Earthquakes zagrano Girl, Winter, świetne Precious Things i fantastycznie przearanżowane Crucify, natomiast moim absolutnie ukochanym momentem całego setu było wbijające w ziemię wykonanie Iieee z niezapomnianego From the Choirgirl Hotel. To właśnie tego numeru słuchałem jak zaczarowany.

Ponadto bezbłędna za klawiaturami fortepianu i syntezatorów twórczyni, mimo upływu lat, wciąż rewelacyjnie radzi sobie ze śpiewem. Obecność trzech dodatkowych wokalistek, wykonujących partie w przeróżnych harmoniach, wzmagała i tak mocne wrażenia. Polifonie czterech uzupełniających się głosów robiły oszałamiające wrażenie, zaś Amos wraz ze swoim zespołem (uzupełnionym przez doskonałą sekcję rytmiczną w postaci perkusisty i basisty) łapały za serce, nie odpuszczając aż do ostatnich spędzonych na scenie minut. Wszystko uzupełniła znakomita praca nagłośnieniowców, zapewniających tego wieczoru świetne, selektywne brzmienie każdej z wybrzmiewających nut.

Wszystko, co dobre, musi się jednak skończyć, i tak oto szóstka muzyków opuściła podest po niespełna dwóch godzinach spędzonych na scenie. Nie był to przecież zbyt krótki występ, aczkolwiek i tak żałowałem, że kwadrans po 22:00 było już po wszystkim. Dziś została tylko nostalgia. A przecież chyba właśnie o to chodziło, nieprawdaż?

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 20 visits today)

About Hubert Pomykała

Cześć, jestem Huwer. Obowiązki redaktorskie dzielę między magazyn CD-Action oraz KVLT.pl. Ponadto gram na basie w formacji Źrenice.
This entry was posted in Relacje. Bookmark the permalink.