Sezon koncertowy 2023 rozpoczęty. Pierwszą imprezą, na której udało mi się w tym roku zagościć był koncert Life of Agony, Prong i Tarah Who?, zorganizowany w ramach 30-lecia wydania River Runs Red.
Wizja odsłuchania na żywo debiutanckiej płyty LoA jawiła się nader kusząco, dlatego mimo dość długiej podróży na trasie Toruń-Warszawa, wbiłem do Proximy z niemałymi pokładami entuzjazmu.
Zaczęła grupa Tarah Who?, prezentująca surowy i hałaśliwy punk rock wprost z amerykańskiego garażu. Rzecz o tyle ciekawa, że liderka zespołu – Tarah Carpenter – pochodzi z Francji, a swoją muzyczną działalność w Stanach rozpoczęła już jako w pełni ukierunkowany i zadeklarowany rock’n’rollowiec. Muzycznie było całkiem poprawnie, nie da się jednak ukryć, że zespół mocno odczuł (zakłopotania czym specjalnie też nie krył) „dobrodziejstwo” bycia przystawką. Scena Proximy od początku zastawiona była gratami wszystkich kapel, w czasie występu zespołu na stage’u stały trzy zestawy perkusyjne, masa wzmacniaczy, statywów i metrów okablowania, przez co grupa nie miała zbyt dużej przestrzeni na rozruch. W końcu sama publika (choć już w tym momencie imprezy w miarę liczna), przyglądała się występowi trio z raczej tłumionym entuzjazmem, nie skłaniając kapeli do zostawienia serca na scenie. Chyba najlepszym podsumowaniem koncertu był moment, w którym Tarah przyznała, że jest najzwyczajniej w świecie zmęczona i podziękowała za uwagę. Niemniej za starania należały się brawa, myślę że potencjał na wzniecenie ognia w innych okolicznościach byłby dość spory.
Sytuacja zmieniła się o 180 stopni podczas występu nowojorczyków z Prong. Zresztą już po samych ubiorach uczestników eventu dało się zauważyć, że część z nich zjawiła się w Proximie głównie z powodu grupy Tommiego Victora. Miejsca pod sceną zrobiło się zauważalnie mniej, kapela weszła jak po swoje i bez zbędnych ceregieli zafundowała publiczności muzyczną podróż w czasie. Set składał się głównie z kawałków z wydanej w połowie lat 90-tych Cleansing (Test, Whose Fist Is This Anyway?, Cut-Rate Broken Peace, Another Worldly Device, Snap Your Fingers, Snap Your Neck), uzupełnionej pojedynczymi numerami z innych albumów. Prostota muzyki Prong okazała się wprost proporcjonalna do siły jej oddziaływania, występ naładowany był mocą, werwą i szczerą radością. Wiadomo, że pograne było tu głównie na sentymencie, ale chyba nikt tego wieczoru nie spodziewał się innych rozdań. Bardzo przyjemny i entuzjastycznie przyjęty koncert.
Przyszedł i czas na danie główne, chwilę przed godz. 22 scenę zagarnęli dla siebie muzycy Life of Agony. Obaw było sporo, wśród nich te o formę zespołu, jakość wykonania numerów, czy wynik konfrontacji z niemałymi oczekiwaniami publiczności. W zasadzie żadne nie odnalazły pokrycia w rzeczywistości, bo muzycy LoA zaprezentowali się na scenie Proximy niezwykle energetycznie. Wiadomo, że z 50-tką na karku dość trudno tryskać młodzieńczym wigorem, jednak pod względem ognia, było na 120%. Miło było oglądać kapelę w doskonałym nastroju, muzycy nie ustawali nie tylko w komplementowaniu warszawskiej publiki, ale także z troską żywo interesowali się bezpieczeństwem i samopoczuciem zgromadzonych w klubie osób. Te odpłaciły zespołowi z nawiązką, wyciskając pod sceną w moshu, młynach, kotłach i nieustającym crowd surfingu siódme poty. River Runs Red zabrzmiało wraz ze znanymi przerywnikami, 50 minut z albumem zleciało jak z bicza trzasnął. Debiut nie był jednak jedynym, co grupa miała tego wieczoru do zaprezentowania, dlatego po krótkiej przerwie publiczność otrzymała deser w postaci numerów z Ugly (Other Side of the River, Let’s Pretend, Lost at 22 i I Regret). I niech mnie cholera, jeśli na długo nie pozostaną mi przed oczami obrazki roniących łzy fanów, odśpiewujących wraz z Miną „but sometimes I like to pretend that she knows me, sometimes I like to pretend that she holds me”. Wyjątkowe momenty.
Rzeczą która niestety położyła się cieniem na występie gwiazdy wieczoru było nagłośnienie samego koncertu (słyszane spod sceny). Entuzjazm, entuzjazmem, ale nie dało się niestety w pełni cieszyć obcowaniem z muzyką grupy, gdy trzeba było miejscami w dużej mierze polegać na własnej znajomości granych w danym momencie numerów. Szczególnie ucierpiała na tym druga połowa występu (w tym nowsze Scars, czy zagrany na finał Weeds, który sprawił wrażenie niemal całkowicie wykastrowanego). Szkoda, bo bardzo liczyłem również na te numery.
Jak to w życiu bywa, wszystkiego mieć nie można, jednak bilans plusów i minusów na szczęście z przewagą tych pierwszych. Wehikuł czasu odparkowany, koncertowe baterie mocno podładowane. Było warto.
- Khôra – Ananke (2025) - 22 lutego 2026
- Undead Can Dance II: Rope Sect, Natures Mortes – Toruń (31.01.2026) - 18 lutego 2026
- Actum Inferni – Insygnia diabelskiej władzy (2025) - 9 lutego 2026

