RELACJA Z PIERWSZEJ EDYCJI LOST GENERATION FESTIVAL
Nostalgiczne podróże wkroczyły w nowy wymiar wraz ze zorganizowaną przez Knock Out Productions imprezą pod szyldem Lost Generation Festival. 16 czerwca krakowska Tauron Arena stała się królestwem tych, którzy wychowali się głównie na rockowych dźwiękach przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych – tytułowej straconej generacji. Na scenie pięć zespołów: The Offspring, Papa Roach, The Rasmus, Hollywood Undead oraz Lagwagon, a poza nią – szereg utrzymanych w klimacie atrakcji, dzięki którym najwytrwalsi czas na festiwalowym „miasteczku” mogli aktywnie spędzać już od południa. Znaczna większość lineupu nie do końca wpisywała się w moje gusta, zarówno te aktualne, jak i te zamierzchłe, jednak kupiony byłem już w momencie ogłaszania Offspring, których nie udało mi się zobaczyć ostatnim razem w Łodzi, a których Smash i Americana często towarzyszyły mi za młodu. Kierunek we wtorek mogłem obrać więc tylko jeden – Kraków.
ATRAKCJE TOWARZYSZĄCE

Jestem człowiekiem, który musi przynajmniej liznąć jak najwięcej punktów programu, dotarłem więc pod Tauron Arenę na tyle szybko, aby być świadkiem chociaż części tego, co poza koncertami przygotował Knock Out. Już na samym wejściu umieszczono wystawę kilku lowriderów, a nieopodal znajdowało się boisko do koszykówki, przy którym zabawiłem nieco dłużej – akurat trwał mecz drużyn 3 na 3, rozgrywany przy dopingu grupy Cheerleaders Ergo Śląsk. Po nim odbył się konkurs rzutów osobistych, w trakcie którego dobiegły mnie hałasy od strony strefy Skate. Otóż obok rampy (na której oczywiście skejci pokazywali triki na deskach) miał miejsce krótki set lokalnego pop punkowego CF89, zresztą nie jedyny tego dnia. Działo się też „piętro” niżej, w strefie gier retro, w której można było samemu zostać skejtem (Tony Hawk’s Pro Skater), piłkarzem (FIFA 2001), obić komuś mordę (któryś ze starszych Tekkenów), pograć na firmowanych przez chociażby Metallicę czy Iron Maiden automatach do pinballa, starych komputerach czy innych maszynach arcade’owych. Odbywał się tu również przegapiony przeze mnie turniej na PSX. Z daleka posłuchałem Dizzy Boys Brass Band coverujących w ogrodzie Self Esteem gwiazdy wieczoru, a szczęśliwcy mogli w pewnym momencie również załapać się na Dextera i Noodlesa grających piętnastominutowy set-niespodziankę przy jednym z wejść na Arenę. Głodni? Naliczyłem łącznie około 10 food trucków (choć wszystkie zasłyszane przeze mnie opinie o grillu były nienajlepsze). Nudna przerwa między koncertami? No to mamy na telebimach kiss cam i beer cam. Dodam jeszcze, że organizatorzy umieścili czasową rozpiskę koncertów już w listopadzie, tak żeby każdy zainteresowany mógł zorganizować sobie logistykę na ten dzień. Na każdym kroku było czuć, że event był organizowany przez ludzi z pasją i sercem, którym zależało nie na jak największym wydojeniu publiki z PLNów, a na jej dobrej zabawie i sprawieniu, że ten dzień będzie naprawdę wyjątkowy – co w dzisiejszych czasach niestety nie jest normą w przypadku dużych eventów. Szacun Knock Out Productions, organizacyjnie pierwszy Lost Generation Festival to był majstersztyk.
KONCERTY

A jak same koncerty? Otworzył je kalifornijski punkowy Lagwagon, druga pod względem długości stażu kapela występująca we wtorek. Obserwując ich koncert z piętra zauważyłem, że niestety pod scenę Amerykanie nie ściągnęli tłumów – pewnie to kwestia wciąż trwającej zabawy w wielu miejscach poza areną. Szkoda, bo to co słyszałem, powinno podobać się fanom wtorkowego headlinera, z drugiej strony ja sam mocno skróciłem sobie ich koncert, gdyż to dopiero w jego trakcie przypomniałem sobie o istnieniu wtedy jeszcze niezwiedzonej przeze mnie strefy gier retro. Zdążyłem jednak zobaczyć jak Joey Cape prezentuje z dumą swój brzuch i odgrywa na nim rytm perkusji któregoś z kawałków i nie żałuję. Z niezrozumiałych powodów, jako człowiek nie stroniący od różnych gier w życiu codziennym, obecnie nadrabiający System Shock 2, nie doceniłem przysysających możliwości strefy z maszynami, komputerami i konsolami – mój „krótki rekonesans” przeciągnął się aż do końcówki koncertu… Hollywood Undead, zdążyłem na dwa ostatnie kawałki. Cóż, nie mogę powiedzieć, abym żałował – to co słyszałem, kompletnie rozmijało się z tym, co lubię.
Właściwe koncertowanie rozpocząłem więc od The Rasmus. Słuchało się In the Shadows mając te 8 lat, oj słuchało – nie bijcie. Dla równowagi dodam, że Finowie zawsze byli dla mnie zespołem jednego hiciora. Po wydaniu płyty Dead Letters, na której można go znaleźć, słuch o nich właściwie zaginął. Poszedłem jednak pod samą scenę, bo wiedziałem, że bez tego bangera się nie obejdzie, no i… tak, to JEST zespół jednej piosenki, choć uśmiechnąłem się jeszcze pod nosem, rozpoznając z zamierzchłych czasów oglądania VIVA Polska First Day of My Life. Pojawiło się wprawdzie jeszcze kilka nienajgorszych momentów, jednak większość występu The Rasmus była dla mnie dość ciężkim przeżyciem – nie dość, że Lauri Ylönen na żywo nie brzmi zbyt dobrze, to jeszcze spora część zaprezentowanych kawałków według mnie była po prostu słaba – szczególnie, jeśli zapowiadano je jako coś z zeszłorocznego albumu kapeli. Mimo tego uważam, że warto było wytrwać do zagranego na koniec In the Shadows, podczas którego na płycie rozpętała się prawdziwa impreza, tak jakby wszyscy czekali tylko na ten jeden numer. W sumie – tak pewnie było.

Papa Roach to zespół, z którym do tej pory było mi kompletnie nie po drodze – a przynajmniej tak myślałem do poniedziałku, kiedy to po szybkiej obczajce na Spotify wyszło, że znam więcej ich kawałków niż przypuszczałem. Nie znaczy to jednak, że twórczość zespołu niezmordowanie dowodzonego przez Jacoby’ego Shaddixa do mnie trafia. Pod sceną zostałem więc bardziej z kronikarskiego obowiązku i… cholera, to był naprawdę przezajebisty koncert, show przez wielkie S. Wulkan energii na scenie i pod nią, zespół dostarczył fanom dokładnie to, czego oczekiwali – wysokooktanową jazdę bez trzymanki. Nie brakowało pirotechniki czy ogromnych kolorowych wizualizacji na ekranach za plecami formacji, członkowie zespołu sprawiali wrażenie autentycznie zaangażowanych w koncert, rozentuzjazmowany frontman co rusz zachęcał do kolejnych cirle pitów, a publika jadła mu z ręki aż za bardzo – czego efektem była przykra, piętnastominutowa interwencja medyczna po …To Be Loved (mam nadzieję, że z nieszczęśnikiem wszystko w porządku). Nie wybiła ona jednak z rytmu ani Papa Roach, ani kipiącej żądzą zabawy płyty Tauron Areny. W setliście było miejsce na kilka klasyków, ale też na sporo nowszych numerów i medley złożony z kilku nu-metalowych klasyków (Korn, Deftones, Limp Bizkit, System of a Down). Czegokolwiek Amerykanie nie grali, spotykało się z niesamowitym przyjęciem wypełnionego po brzegi obiektu i ja się temu wcale nie dziwię – scenicznie Papa Roach to naprawdę bestia i cieszę się niezmiernie, że zostali zaproszeni na tę imprezę.
Setlista Papa Roach 2026 Lost Generation Festival
Even If it Kills Me
Blood Brothers
Dead Cell
…To Be Loved
Kill the Noise
Getting Away With Murder
See U in Hell
California Love
Liar
Falling Apart
Scars
BRAINDEAD
Help
Born for Greatness
Between Angels and Insects
Blind/My Own Summer (Shove It)/ Break Stuff/ Chop Suey
Last Resort

Wspomniana przeze mnie interwencja medyczna poskutkowała opóźnieniem startu koncertu The Offspring o kwadrans i początkowo Kalifornijczycy gnali przed siebie jak gdyby ich głównym celem było nadrobienie tego czasu – utwór za utworem, bez żadnych przerw na oklaski czy pogaduchy. Gdy jednak te ostatnie – Dextera Hollanda z Noodlesem – już się pojawiły, żarty panów były przeważnie tak czerstwe, że szybko zatęskniłem za ich brakiem. Sam koncert był w zasadzie kopią tego, co grupa zaprezentowała w październiku w Łodzi – jedynymi wyjątkami były brak Gone Away, zamiast którego dostaliśmy fragment Original Prankster połączony z fragmentem Hit That oraz cover Taylor Swift. A do tego bogatą oprawę (piłki, konfetti, buchające parą szkielety, kilka dmuchanych Guyów Cohenów, miks wizualizacji i grających muzyków na ekranie) i przegląd zespołowych greatest hits z dodatkiem dwóch numerów z kiepskiej Supercharged oraz perkusyjnym solo Brandona Pertzborna po Gotta Get Away. Czytacie to, więc znacie ten zespół, nie muszę w takim razie chyba pisać, że zagrane to było na pełnej energii, a pogo na scenie nie ustawało niemalże ani na moment. Jedynym wyjątkiem od ogólnej „żwawości” występu Offspring był segment poświęcony Ozzy’emu Osbourne’owi, który trochę zaburzył dotychczasowy flow koncertu (swoją drogą powtórka z rozrywki osiągnęła punkt szczytowy, kiedy Noodles określił bieżący rok kiepskim rokiem dla fanów Black Sabbath – no cóż, w 2025 było aktualne). Udało się jednak na te wyżyny powrócić wraz z piorunującą końcówką. Ogółem jestem bardzo zadowolony, cieszę się, że mogłem w końcu zobaczyć Hollanda i ekipę. Wydawniczo może nie mają już zbyt wiele do powiedzenia, ale na żywo stary materiał wciąż bezproblemowo się broni.
Setlista The Offspring 2026 Lost Generation Festival
Come Out and Play
All I Want
Want You Bad
Looking Out for #1
Staring at the Sun
Hit That/Original Prankster
Hammerhead
Make It All Right
Bad Habit
Electric Funeral/Paranoid/Crazy Train
In the Hall of the Mountain King
Love Story
Gotta Get Away
Why Don’t You Get a Job?
Pretty Fly (for a White Guy)
The Kids Aren’t Alright
You’re Gonna Go Far, Kid
Self Esteem

Chciałbym krótko podsumować event i napisać, kto we wtorkowe popołudnie/wieczór wypadł najlepiej, ale nie umiem wybrać między świetnym Papa Roach a rewelacyjną robotą organizacyjną wykonaną przez Knock Out Productions. Niezależnie od tego, na kogo by padło, pierwszy Lost Generation Festival był imprezą z przytupem i z tym samym przytupem przeszedł już do historii. Mam wielką nadzieję, że widzimy się w przyszłym roku – wyprzedana Tauron Arena dobitnie pokazała, że jest spore zapotrzebowanie na takie nostalgiczne tripy w przeszłość.
Autorem zdjęć jest karpiu. Więcej fotografii z pierwszej edycji Lost Generation Festival znajdziecie tutaj.
- Blindead 23 – „Deuterium” (2026) - 1 lipca 2026
- Acid King, Acidsloth, Hermopolis – relacja z koncertu, Kraków (28.05.2026) - 1 lipca 2026
- Sznur – „Cwel” (2026) - 25 czerwca 2026






