Ekipa Knock Out Productions ponownie ściągnęła Szwedów z Meshuggah. Tym razem weterani progresywnego metalu (i pionierzy djentu!) przyjechali do nas na dwa koncerty. Pierwszy z nich odbył się w warszawskiej Stodole w piątek, 15 marca, i to właśnie tam miałem okazję widzieć tę legendarną formację w akcji. Kolejny polski przystanek trasy miał miejsce dwa dni później (tj. 17.03) w krakowskim klubie Studio. Co ciekawe, sobota nie była dla muzyków dniem wolnym – zespół zagrał wówczas w… Berlinie. Obstawiam, że tranzyt przez stolicę Niemiec podyktowany był kwestiami logistycznymi.
Zacznę od prywaty. Bardzo lubię oglądać zestawienia, które skrojono w oparciu o muzyczną różnorodność wykonawców. Mam wrażenie, że dobierając do “matematyków” z Meshuggah melodeathowych weteranów-debiutantów (celowy dobór słów wyjaśnię niżej) z The Halo Effect i trochę blackowe, a trochę hardcore-punkowe Mantar, organizatorzy zadziałali nieco ryzykownie. Niemniej, moim zdaniem niniejsza selekcja kapel była strzałem w dziesiątkę.
Najpierw przyszło mi obejrzeć Mantar. Ta pochodząca z Niemiec grupa to power duo z prawdziwego zdarzenia. Współtworzą ją: szczupły, naginający się do względnie niekomfortowo ustawionego mikrofonu gitarzysta, który odpowiada także za obowiązki wokalne, oraz brodaty, umięśniony bębniarz o posturze niedźwiedzia, tłukący w swój zestaw perkusyjny mocniej, niż można byłoby się tego spodziewać. Obaj półnadzy, tj. goli od pasa w górę, a na dodatek występujący w poprzek sceny, czyli bokiem do publiczności. Natychmiast przykuli moją uwagę, przyznaję.

Patent na Mantar jest prosty. Grupa stawia na show, produkując na scenie energię w ilościach hurtowych. Nie ma tu miejsca na kalkulacje. Koncert duetu pełen był żywiołowego headbangingu, wymachiwania gitarą i okazjonalnego padania z nią na kolana. Cały ten chaos sprytnie wymyślono; uważne ucho wyłapało zapewne momenty, w których odpalano sample. Zazwyczaj robiły one za bas, drugą gitarę, albo jedno i drugie. Set Niemców był więc niekontrolowany wyłącznie w aspekcie performensu, a wszystkie inne zmienne trzymano w ryzach. Dobrze wykombinowane, a przez to: przekonujące.
Aż trudno było mi uwierzyć, że właśnie taka ekipa prezentuje się przed potężną “Meszugą”. To przecież kompletnie odmienny muzycznie biegun! Serwowana przez Mantar propozycja (próbująca pożenić Darkthrone z Black Flag) wyraźnie spodobała się publiczności zgromadzonej w Stodole. Z każdym utworem reakcje słuchaczy stawały się coraz bardziej żywiołowe; nie zabrakło gromkiego aplauzu i wspólnego skandowania nośnych fraz odgrywanych piosenek. Wyraźnie nakręcony sytuacją frontman przyznał, że warszawska publiczność wie, jak się imprezuje, a przed finałem setu poinformował, że właśnie w Stodole spotkał się z najcieplejszym dotychczas odbiorem jego formacji w trakcie trasy z Meshuggah. I nie stało się tak bez powodu, bo Niemcy zagrali po prostu świetnie. Dodam, że już podczas występu duetu sala koncertowa klubu była zapełniona mniej więcej w trzech czwartych swoich możliwości. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tyle osób zgromadzonych tuż pod sceną na tzw. “otwieraczu” wieczoru. Prawdę mówiąc, chyba nigdy.
Setlista:
Pest Crusade
Spit
Age of the Absurd
Egoisto
Hang 'Em Low (So the Rats Can Get 'Em)
The Knowing
Oz
Era Borealis
White Nights
Po dłuższej przerwie techniczni przygotowali Stodołę pod set The Halo Effect. Ta mająca w swoim dorobku jedynie jeden krążek grupa składa się z byłych muzyków In Flames. W skład THE wchodzą więc ludzie, którzy swoimi dokonaniami dawno temu obronili profesurę z melodeathu. Co więcej, przed mikrofonem udziela się tu Mikael Stanne, czyli słynny wokalista Dark Tranquility, a także głos znany z… cóż, pierwszego albumu In Flames. Wszystkich muzyków wchodzących w skład Efektu Halo łączy też miejsce pochodzenia: szwedzki Göteborg.

Niemłodzi już przecież panowie dali koncert pełen werwy. Muzycy przemierzali deski Stodoły wzdłuż i wszerz, a gitarzyści Niclas Engelin oraz Patrik Jensen z The Haunted (ten drugi zastępuje na koncertach THE Jespera Strömblada) zagrali skomplikowane i wymagające technicznie partie jakby z łatwością. Co prawda, muzykom zdarzyło się czasem nie trafić w strunę bądź uderzyć dany akord nieczysto, ale drobne niedoskonałości wykonawcze zdawały się nie mieć znaczenia. To dlatego, że w budynku panowała niesamowita atmosfera, a na twarzach wykonawców malowały się szerokie uśmiechy. The Halo Effect było wyraźnie zadowolone zarówno z przyjęcia przez zgromadzonych w Warszawie fanów, jak i z frekwencji w Stodole. Obiekt dosłownie pękał w szwach. A przecież na scenę nie wyszedł jeszcze headliner trasy!

Najbardziej poruszony wydawał się Stanne, który sprawiał wrażenie nieco onieśmielonego tak ciepłym przyjęciem. Wokalista nie szczędził publice słów uznania i niewymuszonej, naturalnej konferansjerki, odwołującej się m.in. do zawiązanej dawno temu grupy przyjaciół z Göteborga, pragnącej grać inną muzykę niż wszyscy i czującej się z tego powodu wykluczoną. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałby dzisiejszy metal, gdyby wspominanych przez Mikaela relacji nie udało się zawiązać… Czy w setliście pojawiły się numery z wcześniejszej formacji muzyków? Nie, ale zaprezentowano aż siedem kompozycji z debiutanckiego albumu The Halo Effect zatytułowanego Days of the Lost, a także nowy singiel Become Surrender, będący wydanym w lutym br. “odrzutem” z sesji do ww. płyty. Celowo wrzuciłem to słowo w cudzysłów, bowiem numer w niczym nie odstaje od utworów współtworzących jedyny dotychczas krążek Szwedów.
Setlista:
Days of the Lost
The Needless End
Feel What I Believe
Become Surrender
Conditional
Last of Our Kind
Gateways
Shadowminds
Na główną salę klubu wróciłem dosłownie trzy minuty przed startem setu gospodarzy wieczoru. Nagle światła zgasły, a z głośników poleciała zapowiedź tego, co miało nadejść. Odtworzone słowa lektora poinformowały, że koncert odbędzie się w dystopijnej przyszłości, ale to dopiero za chwilę, po czym z głośników popłynęło… Careless Whisper George’a Michaela. Zestawiono je z różowymi, niemalże cukierkowymi światłami skierowanymi w publikę. To był ostatni moment na złapanie oddechu. Paradoksalnie, ten patent zapewne nie tylko mi zapewnił adrenalinowy boost.

Nastąpiło ponowne wyciemnienie. Bez przedłużania, Szwedzi rozpoczęli od Broken Cog, wykonywanego na tle osobnych standów. Stanowią one ważny element rozbudowanej scenografii; migające naprzemiennie stroboskopy podświetlały wyłącznie jedną wspomnianą wyżej konstrukcję, co chwilę przeskakując między posturami członków zespołu. I to w rytm riffu! Ten sam patent przyszło mi obejrzeć w trakcie zeszłorocznego setu Meszugi na Mystic Festival. Już wówczas zrobił on na mnie niemałe wrażenie, ale to w Stodole połączenie warstwy audio z pracą oświetleniowca dosłownie wbiło mnie w glebę. Już wtedy wiedziałem, że będzie znakomicie.

Jako drugie w kolejności usłyszeliśmy Rational Gaze, które dosłownie poderwało pierwsze rzędy Stodoły do podskakiwania w rytm. W przekrojowej setliście znalazły się jeszcze dwa numery z wydanego 1 kwietnia 2022 roku Immutable (mowa o God He Sees in Mirrors i Kaleidoscope) oraz kilka innych, słynnych numerów sprzed lat, z legendarnym Bleed i genialnym Demiurge na czele. Mimo że na scenie widzieliśmy pięciu muzyków, bohaterów tego wieczoru było wielu. Pisząc to, mam na myśli akustyków oraz (a może: przede wszystkim) ludzi odpowiedzialnych za światła. Najpierw odniosę się do roboty tych pierwszych. Usłyszałem kiedyś opinię, że muzycznie koncert Meshuggah jest jak słuchanie albumu Szwedów, tyle że bardzo głośno, na potężnym i selektywnym systemie audio. Zgadzam się z nią w stu procentach. Nigdy dotychczas nie dane mi było uczestniczyć w występie grupy grającej AŻ TAK precyzyjnie, na dodatek nagłośnionej absolutnie bezbłędnie. To wręcz niewiarygodne, że da się osiągnąć tak kosmiczny poziom wykonawczy. Ba, gdzieś w połowie setu Jensa, Fredrika, Thomasa, Mårtena i Dicka wyciągnąłem telefon i podniosłem go nad głowę, odpalając wcześniej Shazama, co nieznajomy mi uczestnik wydarzenia skwitował z uśmiechem celnym: mordo, nie wyszukuj tego… to Meszuga. Apka niestety nie rozpoznała wykonywanej wówczas kompozycji, ale wciąż zastanawiam się, czy to nie przypadkiem z powodu niedoskonałości jej algorytmów.

Na osobne wyróżnienie zasługuje praca ludzi odpowiedzialnych za oprawę wizualną występu Szwedów. Widziałem nieustannie przenikające publiczność lasery, stroboskopy, oślepiające reflektory, światła kierunkowe i mnóstwo innych rozwiązań, których po prostu nie byłbym w stanie nazwać z powodu braku stosownej wiedzy. Niemniej, przywiezione do Stodoły światła zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie, niż równie skomplikowane instalacje montowane w drogich miejscówkach parających się imprezami techno. Inwestując w swoje show, Meshuggah nadal udowadnia, że gra we własnej lidze. Nie mam też wątpliwości, że grupa wciąż zasługuje na pełne sale. A takich na tej trasie było mnóstwo.
Setlista:
Broken Cog
Rational Gaze
Perpetual Black Second
Kaleidoscope
God He Sees in Mirrors
Born in Dissonance
Mind’s Mirrors
In Death – Is Life
In Death – Is Death
Humiliative
Future Breed Machine
Bleed
Demiurge
Reasumując: Knock Out Productions ściągnęło do Polski świetny zestaw kapel, a pamiętny, piątkowy wieczór w Warszawie natychmiast wpisałem na swoją listę najlepszych koncertów klubowych 2024 roku. Było nieziemsko. Powiem więcej: z pewnością nie ominę następnego przyjazdu do Polski żadnej z oglądanych wówczas ekip. Gdyby miało stać się inaczej, z pewnością zmagałbym się z wyrzutami sumienia. Dlaczego więc miałbym im nie przeciwdziałać?

—
Zdjęcia The Halo Effect i Meshuggah wykonała Joanna Cisowska. Pełną galerię zdjęć jej autorstwa z ww. koncertu znajdziecie TUTAJ. Mantar w obiektywie aparatu uchwycił Dariusz Ptaszyński, a fotografia grupy nie pochodzi z opisanego w niniejszej relacji koncertu w warszawskiej Stodole.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






