The Halo Effect, Pain, Bloodred Hourglass – Warszawa (09.02.2025)

Moja przygoda z The Halo Effect była mocno wyboista – debiut, po którym obiecywałem sobie sporo, nie sprostał pokładanym w nim oczekiwaniom i potrzebna mi była kilkuletnia przerwa, bym finalnie przeprosił i polubił się z twórczością Szwedów. Kluczem w przekonaniu się do nowej twarzy ex-muzyków In Flames było w moim przypadku wyzbycie się nadziei na rzeczywisty powrót do brzmienia przełomu lat 90-tych i 2000-nych i spojrzenie na obecne poczynania kwintetu Strömblad – Iwers – Svensson – Engelin – Stanne z nieco większą pobłażliwością.

Ta pozwoliła mi w końcu docenić oba wydane przez zespół albumy na tyle, że postanowiłem wziąć udział w trasie Halos Over Europe 2025. Dodatkowym motywatorem był ogłoszenie gościa specjalnego w postaci Petera Tägtgrena, który po bolesnym rozstaniu z Tillem Lindemannem powrócił do aktywności w ramach swojego solowego projektu Pain. Na koniec do zestawu dorzuceni zostali Finowie z Bloodred Hourglass, impreza zapowiadała się więc wyjątkowo tanecznie i rozrywkowo.

Nie powiem jednak, bym nie obawiał się trochę o frekwencję niedzielnego koncertu. Zaproponowany zestaw nie był moim zdaniem aż tak pociągający, by wypełnić dużą sale Progresji, na miejscu okazało się jednak, że zainteresowanie wydarzeniem było całkiem imponujące. Wstydu pod sceną nie było już na rozpoczynającym wieczór Bloodred Hourglass. Finowie odwdzięczyli się zebranym żywiołową sztuką, w której na pierwszy plan, poza chwytliwym i przebojowym charakterem kompozycji, wysuwały się przyjemne, wpadające w ucho od strzału melodie (The Sun Still In Me, Waves of Black, czy Where the Sinners Crawl). I o ile czuć było w muzyce zespołu nutę generyczności i grania pod schemat, Finowie nadrabiali ją zapałem, szczerym entuzjazmem i dobrą energią sceniczną. Te spotęgowała dodatkowo wizyta dwóch wesołych harcowników, którzy wparowali w pewnym momencie zza kulis i rozpili z muzykami kolejkę „czystej” (okazało się to małą tradycją, wcielaną w życie podczas występu każdej z ekip). Bardzo przyzwoite otwarcie wieczoru.

Nazwanie Pain „gościem specjalnym” nie było określeniem na wyrost, bo zarówno długość setu, jak i oprawa mogłyby spokojnie posłużyć za główny występ eventu. Gdybym był bardzo złośliwy, ponarzekałbym trochę na brzmienie (szczególnie garów), ale nie jestem, więc pozostanę przy pozytywach. Peter Tägtgren to typ, którego (także za Hypocrisy i Bloodbath) darzę szczerą sympatią, nie było więc mowy, bym nie bawił się podczas jego koncertu znakomicie. Mimo ponad 5 dyszek na karku Szwed wciąż ma błysk w oku, sceniczną charyzmę i luz, który pozwolił mu rozkręcić na scenie beztroskie party. Były co prawda momenty, w których zespół zbliżał się do poziomu typowego dla „heheszkowych” kapel metalowych (level najśmieszniejszy żart świata, chłop przebrany za babę), na szczęście było tego na tyle mało, że dało się przymknąć na to oko. W kwestii setlisty band wyraźnie zaakcentował ostatnią płytę, nie szczędził też jednak swoich największych hitów pokroju Suicide Machine, It’s Only Them, Same Old Song, Zombie Slam, I’m Going In, The Great Pretender, czy zagranego na finał (z obowiązkowym udziałem asysty pozaziemskiej) Shut Your Mouth. Wytańczyłem się jak zły.

Po dwóch satysfakcjonujących koncertach rozgrzewkowych przyszedł czas na spotkanie z gwiazdą wieczoru. Od pierwszej chwili widać było, że pod kątem wizualnym (olbrzymi baner za plecami zespołu, rozbudowane oświetlenie) Szwedzi mocno przyłożyli się do swojego pierwszego tour w roli headlinera. Stadionowego sznytu dopełniły by w zasadzie tylko efekty pirotechniczne, ale myślę, że to w tym przypadku wyłącznie kwestia czasu. Setlista złożona z numerów z obu wydanych dotychczas albumów (choć finalnie z przewagą kawałków z debiutu) zawierała największe bangery grupy z Feel What I Believe, Detonate, Days of the Lost i Shadowminds na czele. Co ciekawe, na żywo (głównie za sprawą surowego wokalu Mikaela Stanne) numery zespołu zabrzmiały znacznie agresywniej, niż w wersjach studyjnych, co niewątpliwie zadziałało na ich korzyść. Kolejnym atutem koncertu była szczera radość, którą zdradzały twarze muzyków. Szwedzi bawili się na scenie równie dobrze, jak publika pod nią, ich występ wręcz skrzył się od euforii i ferworu. Do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie obecności Jespera Strömblada, zważając jednak na problemy, z którymi muzyk zmaga się prywatnie, jego absencja w koncertowym składzie zespołu jest w pełni zrozumiała.

Choć nie oczekiwałem od warszawskiej odsłony Halos Over Europe 2025 aż tak dużej dawki endorfin, wyszedłem z koncertu uśmiechnięty od ucha do ucha. Wiadomo, że dziś na powrót do złotego okresu szwedzkiego melodic death metalu nie ma co liczyć, w twórczości The Halo Effect na tyle często pobrzmiewają jednak znajome melodie, że można zaznać przy niej naprawdę sporo radochy. Występ grupy w Progresji tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził.



 

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , .