Udało się – tymi słowami można najlepiej podsumować radość, wynikającą z faktu, że niespodziewane obostrzenia covidowe (których, przy rozpędzającej się fali zachorowań i kompletnie nieprzewidywalnych ruchach „miłościwie” nam panujących, nie dało się wykluczyć) nie przeszkodziły w organizacji bydgoskiej odsłony trasy Mgły, Medico Peste i Martwej Aury.
Była to dla mnie także pierwsza okazja, by na żywo sprawdzić nowe miejsce na regionalnej mapie koncertowej. Zmodernizowana w połowie zeszłego roku, postoczniowa Fabryka Lloyda, dawała szansę na zapewnienie odpowiednich warunków logistycznych i brzmieniowych, co tylko zaostrzało mój apetyt na zacny line-up, mający zaprezentować się tego wieczoru w Bydgoszczy.
Miejsce rzeczywiście okazało się interesujące, duża i przestronna sala koncertowa zaaranżowana w loftowym stylu, wszystko schludne, czyste i pachnące jeszcze świeżo impregnowanym drewnem. Oko cieszyło także całkiem spora (jak na lokalne warunki) liczba słuchaczy, którzy postanowili obejrzeć zaplanowaną sztukę w pełnym wymiarze, stawiając się na miejscu z godną odnotowania punktualnością.
[Za tę należy zresztą pochwalić także organizatorów, którzy zadbali o dyscyplinę i realizację kolejnych punktów eventu niemal ze stoperem w ręku].
Przetarcie pierwszych szlaków przypadło tego wieczoru Poznaniakom z Martwej Aury, którzy odznaczyli się na zeszłorocznej mapie wydawczej bardzo udanym albumem Morbus Animus (nasza recenzja tutaj). Mimo niedawnej premiery, muzycy postawili na zróżnicowany set, uwzględniający poza numerami z dużych płyt także m.in. … albowiem nic nie jest prawdą… z demówki, czy Noc kiedy zniknęła cała ludzkość ze splitu Credo in Mortem. Chociaż wizualnie zespół wciąż siedzi jedną drogą w podziemiu (czyt. jest sporo do dopracowania) muzycznie zostało rozdane obficie. Klasyczny black metal, przełamywany wzniosłymi i melodyjnymi partiami wioseł, wybrzmiał z właściwą mocą, a zaserwowany na dokładkę pulsujący rytm Ostatniej gwiazdy przysporzył mi dodatkowego powodu do uśmiechu. Finał koncertu w postaci bathorowego Satan My Master to już ukłon w stronę klasyki i solidne przypieczętowanie udanego występu.

Po kwadransie na oddech, scenę klubu przejęli muzycy Medico Peste. Choć oczywiście znam ten skład i śledzę jego poczynania (w końcu nie są to na polskiej scenie bm byle pazie) nigdy nie posiedziałem z żadnym ich albumem na tyle długo, by stać się ich szalikowcem. Pewnie dlatego początek koncertu przyjąłem w sposób raczej stonowany. Jednak dość szybko tryby zaczęły zręcznie się zazębiać, a w powietrzu coraz mocniej dało się wyczuć zgniliznę i sączący się odór ropiejących ran (zespół zaprezentował kawałki z wydanej w 2017 Herzogian Darkness, debiutanckiej א: Tremendum et Fascinatio oraz ostatniego ב: The Black Bile). Zagrany na koniec Tanksgiving, w którym Lazarus nieco więcej „pocsihar’ował” odebrałem (zresztą patrząc na reakcję publiki, nie tylko ja) już na odpiętych wrotkach. Mogę tylko żałować, że kapela (jako całość) nie poszła dotychczas w wizualny, pątny klimat cover artu debiutanckiej płyty. W takiej oprawie wydźwięk jej muzyki mógłby jeszcze zyskać.

Każdy z bohaterów wieczoru miał sporo do zaoferowania, nie ulegało jednak wątpliwości, kto jest gospodarzem środowego wydarzenia. Przepince sprzętu i krótkiej próbie dźwięku (jakość i tak już udanego nagłośnienia z miejsca podniosła się o co najmniej skalę) towarzyszyło wyraźne zagęszczenie publiki pod sceną, na której po chwili zaprezentowała się gwiazda wieczoru. Mgła to już dziś pełnoprawnie funkcjonująca marka, profesjonalna zarówno wizualnie jak i brzmieniowo. Słychać też było w występie kapeli formę zbudowaną poprzednimi koncertami, bo każdy numer odegrany został w zasadzie na top notch. O warsztacie muzycznym (szczególne ukłony w stronę Darkside’a) mógłbym pisać dość długo, w to miejsce wolę jednak skupić się na doborze kawałków i odbiorze, jakim cieszyły się wśród zgromadzonej publiki. Mgła nie poszła śladem poprzedników i swój set niemal w całości oparła o dwa ostatnie albumy. Trochę szkoda, bo chętnie – w miejsce trawersowania chimery – posłuchałbym też kawałków z poprzednich wydawnictw (te reprezentował tylko With Hearts Toward None I, który przypomniał, jak doskonałym krążkiem jest płyta z 2012 roku). Ostatecznie jednak nie miałem zamiaru narzekać, w końcu Age of Excuse (nie wspominając o Exercises in Futility) też niezwykle sobie cenię. Obserwując to co działo się pod sceną podczas występu Krakowian, utwierdziłem się w przekonaniu, ze Mgła to zespół dość ciekawego paradoksu – trudno mi znaleźć przykład innego składu, którego muzyka – będąca w wyrazie tak skrajnie pesymistyczna i pełna nihilizmu – powodowałaby wśród odbiorców podobnie niekontrolowaną produkcję endorfin. Pod sceną Fabryki Lloyda rozkręcił się pokaźny młyn, a publika niesiona tremolowymi melodiami kolejnych odsłon EiF i AoE, oddawała się całkowicie muzycznemu szaleństwu. Sam dałem mu się porwać, co zresztą sprawiło mi niesłychaną przyjemność. Dobrze było po raz kolejny doświadczać na własnej skórze, jak ten zespół urósł i jak zasłużone laury swojej działalności dziś zbiera.

Świetne miejsce, doborowy skład, bardzo dobra organizacja – jeśli coś może wynagrodzić pandemiczną posuchę muzyczną, to właśnie takie wydarzenia (w tym miejscu z powodzeniem mogłaby ukazać się twarz i rękę kucharza z popularnej chorwackiej marki przypraw do zupy). Było zacnie.
- Actum Inferni – Insygnia diabelskiej władzy (2025) - 9 lutego 2026
- Angrrsth, Odium Humani Generis, Dola – Toruń (18.12.2025) - 2 stycznia 2026
- Angrrsth – Złudnia (2025) - 12 grudnia 2025






