Kolejna edycja wydarzenia pod hasłem Mystic Festiwal 2023 przeszła do historii. Gdańsk tym razem gościł prawie 90 wykonawców muzyki metalowej w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Każdy headlinerski koncert – kolejno Ghost, Danzig, Gojira – był oryginalnym widowiskiem oraz dopełnieniem bogato wypchanych po brzegi czterech dni metalowego święta. Poza koncertami odbyły się panele dyskusyjne, otworzono galerię z wystawą prac Michela „Awaya” Langevina (Voivod) i Sylwii Makris, a nawet funkcjonowało kino pod nazwą „VHS Hell” z filmami klasy Z. Nie obyło się bez niespodzianek organizacyjnych, zmian line-upu i kilku logistycznych zaskoczeń, jednak karawana pomaszerowała dalej, choć nie bez krytyki uczestników festiwalu. Było słonecznie, elegancko, momentami kolorowo, a przy tym rozrywkowo, na przykład podczas wizyty kilku protestujących za płotem imprezy. Zapraszam do mocno subiektywnej i zgrabnej relacji z wydarzenia.
Na dobry początek rozgrzewka pod nazwą Warm-up day, obfitująca w 16 wykonawców na trzech scenach – dwóch klubowych i jednej plenerowej. Dużych nazwisk na miarę Toma G. Warriora z ubiegłej edycji nie było, jednak line-up prezentował się całkiem interesująco jako przymiarka do części właściwej festiwalu. Już tego dnia tłok na poszczególnych koncertach, plus temperatura w klubach Drizzly Grizzly (Sabbath Stage) i B90 (Shrine Stage) dały się we znaki. Szczególnie żal mi było koncertu Akhlys w późniejszych godzinach, na który ledwo można było wejść, a co dopiero cokolwiek zobaczyć, zatem klimat sennego koszmaru szybko stał się moją rzeczywistością. Sąsiadujący w większej przestrzeni z kolei koncert znanego z Motörhead Phila Campbella i jego Bastard Sons okazał się pierwszym rozczarowaniem i do dziś trochę niedowierzam, jak bardzo można skręcać w stronę coverbandu bez cienia pokory – brzmiało to niedobrze. Z dobrych rzeczy natomiast świetnie wypadła Entropia na małej scenie (Desert Stage) w pełnym słońcu i na pełnej, oraz Witchmaster w tym samym miejscu na nocnej zmianie. Poważnie żałuję odwołanego koncertu brytyjskiego Godflesh i zamianki na Destroyer 666, których pominęłam z premedytacją. Na finał Au-Dessus, na którym niestety przebijał się skoczny i rozkręcony bitowy Horskh. To była zapowiedź, że koncerty na Sabbath Stage należało rezerwować sobie z wyprzedzeniem czasowym, aby zająć miejsce bliżej sceny. I oddychać.
Oficjalny dzień pierwszy Mystic Festival 2023 zaczął się dość nerwowo. Przede wszystkim Park Stage pozostała zamknięta – niepotwierdzone informacje, a właściwie plotki głosiły różne na ten temat teorie. Kolejne komunikaty, dochodzące ze strony organizatora, powodowały spore zamieszanie, kto, gdzie i o której zagra, w rezultacie czego powstała prawie nowa rozpiska programowa. Spore przetasowanie poszczególnych scen zaczęło być niepokojące, ale jeszcze w granicach zrozumienia, wszak wszędzie zdarzają się potknięcia. Za to klops z zespołem Lord of the Lost, który jako pierwszy miał zagrać na Park Stage, a ostatecznie (ponoć) wystąpił z długopisami na spotkaniu z fanami, plus odwołany koncert Grega Puciato (nie z winy organizatora, ale złe wieści to złe wieści) zaogniły niezadowolenie co niektórych, przejawiające się głównie w internecie. W momencie, kiedy Main Stage otworzono i zameldował się Testament, stresówka tego dnia w końcu się zatrzymała. (Nie)ciekawym zjawiskiem była natomiast historia poboczna, odbywająca się poza terenem festiwalu. Okazuje się, że Nergal, który miał przecież wystąpić ze swoją sztuką w katolickie Boże Ciało, działa na pewne ugrupowania jak płachta na byka. Najpierw towarzystwo skupione wokół Fundacji Instytutu Ks. Piotra Skargi poczuło się obrażone przez zaproszenie na festiwal bluźnierców z Behemoth, ale też dostało się oszczercom z Hostii i muzykom reprezentującym demoniczny zespół Ghost. Następnie niejaki Karol Guzikiewicz, radny PiS, na dzień przed rozpoczęciem imprezy wzywał na Facebooku (oraz w licznych komentarzach pod postami o festiwalu) Mystic Coalition do zaprzestania swych zbyt dalekosiężnych planów. Nie spędziłam wiele czasu na śledzeniu publicznej korespondencji związanej z aferą, natomiast z ciekawości zajrzałam na miejsce protestu – garstka krzyczących, mało przekonanych o swoim celu ludzi próbowała zwrócić na siebie uwagę. I co? I pstro. Wiele hałasu o… Wiele hałasu, jeśli mowa o kolejnych etapach festiwalu. Tego dnia świetnie wypadła mała scena plenerowa, między innymi Dom Zły (Ania!) czy space-rockowy Earthless zebrali świetne recenzje festiwalowiczów. Moi faworyci byli ulokowani na zapchanym po sufit Sabbath Stage – najpierw 15 minut z LLNN, a potem Nysrt, na których niestety się nie dobiłam. Tak się wydarzyło, że tego dnia na Shrine Stage trafiłam tylko na Spiritbox – nic z tego nie rozumiem, a potem Bloodbath, niestety bez szału (o średnich popisach wokalnych na pewno przeczytaliście już wiele razy). Jak powszechnie wiadomo, Behemoth jest maszyną koncertową i nic jej nie zatrzyma, więc na scenie głównej zaserwowali fanom precyzyjnie przygotowany i odegrany, bogaty w efekty show. Nic jednak nie przebiło koncertu Ghost i ich precyzji. Po pierwsze, produkcja tego koncertu to szaleństwo w czystej postaci. Oprawę sceniczną zaprojektował nasz znany i cholernie utalentowany rodak Zbyszek Bielak, i od pierwszych minut koncertu wiadomo było, że tu się wszystko zgadza – przepych, kicz, reżyseria i jakość. Po drugie, Tobias Forge i jego ghule doskonale wiedzą jak zapewnić atrakcje i utrzymać napięcie. Co tu się nie działo, jak to wszystko współgrało i trybiło! Poziom teatralnego apogeum nastąpił w utworze „Miasma” z finałowym solo na saksofonie w wykonaniu przywróconego do życia Papy Nihila. To był mój trzeci koncert Ghost i szczerze mówiąc, miałam pominąć przynajmniej część, tymczasem kupiłam wszystko od początku do końca, świetnie się bawiąc i przeżywając każdy etap tego spektaklu. Dzień zakończyłam na krótkiej wizycie u Moonspell, którzy nadal nie są moją bajką, i czarującej Sylvaine, która była zmuszona zagrać koncert akustyczny (do Gdańska nie dotarła sekcja rytmiczna), co przełożyło się nieco na słabszy wymiar całości.
Drugi dzień festiwalu to dla mnie prawdziwa żonglerka czasem. Prawie w jednym slocie na czterech scenach zaprezentowały się fantastyczne zespoły, z których trzeba było na coś się zdecydować. Wybrałam wszystko. Najpierw Izzy and the Black Trees – nie pomijajcie ich koncertów, bo możecie się mocno zdziwić jakością, melodyjnością i fajnym vibe’m, nawet w warunkach niekoniecznie sprzyjających. Potem dwa kroki obok jedno spojrzenie na łupankę z Kanonenfieber i przebieżka na scenę parkową, gdzie rozdzierał się In Twilight’s Embrace, ciągle w doskonałej formie i stosownej stylistyce. Satysfakcjonujące pokiwanie głową i w tył zwrot na Krztę, żeby choć chwilę zażyć ich połamańców, szkoda tylko, że nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia. Soen na parkowej scenie trochę ponudził, za to parę kroków dalej dobre wrażenie wywarli Planet of Zeus z pokaźną publiką. Niestety umknęła mi nowinka w postaci rozkrzyczanego duńskiego Eyes, o których cały dzień słyszałam same superlatywy. Fajnie wypadł szwedzki Dismember z ujmującą radością grania i interakcjami z niemałą publiką, ale nie na tych Szwedów czekałam. Przerzedzony na scenie głównej koncert The Hellacopters przetańczyłam wraz z kolegami, z towarzyszącą i powtarzaną później refleksją, że w Polsce skandynawski rock nadal nie może się przebić. Dalej Electric Wizard, kompletnie nie mój klimat, zrobili za to takie wrażenie ciężarem, oprawą i sugestywnymi wizualami, że nawet ja w to weszłam. Później jeden zachwyt i jedno (lub więcej) parsknięcie. Bardzo dobry doom metalowy Primitive Man zebrał znacznie mniejszy tłum niż występujący Carpathian Forest obok, który widziałam pierwszy i obawiam się ostatni raz. Improwizowana harmonijka ustna to był doprawdy interesujący pomysł. Czy to tak zawsze się psuje? Porażka, szkoda, studyjnie ten zespół to inna para kaloszy. Lucifer przygrywający na małej scenie plenerowej w tym samym czasie był dobrym przerywnikiem i zakąską do przygotowania się na koncert headlinerski. I nadszedł on, wyga, Danzig w Danzigu, odgrywający płytę Danzig. Nie będzie niespodzianką, jeśli określę formę wokalną pana Glenna jako daleką od perfekcji. Nie było nawet poprawnie, nie zamierzam się jednak mądrzyć ani pastwić. Mimo mocno ascetycznej oprawy, zakazu fotografowania, wyłączonych telebimów (z moim wzrokiem to istny dramat koncertowicza), rozjeżdżania się niezbyt zgranego zespołu, to było dobre i zwyczajnie klawe widowisko. Glenn szybko się męczył, niedomagał, ale to jednak 67-letni facet, który wykonał aż 18 numerów, w tym hiciory, które publika chóralnie wyśpiewała. Mogło być znacznie gorzej, na przykład z setem z nowymi utworami, uff. Na koniec został Watain, z mocno niepotrzebną konferansjerką, ale z bardzo dobrym nagłośnieniem, i jak zwykle świetny Author & Punisher ze swoją cybernetyczną machinerią na małej scenie. Żałuję braku sił na Birds in Row, next time.
Dzień trzeci to 25 wykonawców na wszystkich pięciu scenach i zamknięcie programu godne podziwu. Dla mnie to znowu dzień, kiedy znalazłam się w sytuacji z wszystkimi dobrymi opcjami, głównie w godzinach wieczornych. Najpierw rzut okiem na zwycięzców Road to Mystic, zespół MuuT na scenie parkowej. Swoją drogą fajny gest organizatorów, aby umieścić wygranych na średniej scenie plenerowej. Pięknie wypadli rockowcy-metalowcy z Pure Bedlam, za to pominęłam zaplanowany potem trv Norwegian black metal Djevel, co podobno uchroniło mnie przed zażenowaniem. Nie potwierdzam, choć żałuję, że nie sprawdziłam. Prawdziwe emocje zaczęły się dla mnie dopiero na świetnym koncercie „sci-fi metal band” Voivod, na który czekałam z wypiekami na twarzy. Wszystko zgodnie z planem, plus cudnie reagowała zaskakująco zróżnicowana wiekowo publika. Trzy kroki obok rozstawiała się Darkher ze swoim stonowanym i klimatycznym setem, którego niestety nie zdołałam przeżyć tak jak zamierzałam – przebijający się Voivod przy zapchanym wejściu do klubu nie pomógł. Dark Angel szybko odpuściłam, bardzo „męski”, generyczny thrash pozostanie dla mnie tylko ciekawostką i nic tego nie zmieni. Punktem obowiązkowym byli panowie z Meshuggah. Wstydu nie mają ci Szwedzi, żeby tak doskonale grać te ich matematyczne zygzaki i wygibasy! Absolutnie rewelacyjny koncert, który zobaczyłam prawie w całości. Tuż przed headlinerem za punkt honoru uznałam sprawdzić choć jeden „młodzieżowy” zespół, padło więc na Sleep Token, o którym robi się coraz głośniej. Ponieważ nie mam w zwyczaju wyrażać się ultra negatywnie, skomentuję to ogólnikową dezaprobatą. Nic mi się tam nie zgadzało, ani prezencja sceniczna, ani kilo nałożonych efektów na wokale. Trudno. Na finał Gojira i zjawiskowy koncert, repertuarowo „the best of”, z masą pięknych wizuali, doskonałym brzmieniem i technicznymi popisami instrumentalnymi. Tak się powinno kończyć open-air’owe imprezy! W drodze powrotnej na scenie parkowej szalał jeszcze Perturbator, ale dla mnie siłowo już nie było nadziei.
I to by było na tyle. Ponieważ to druga edycja festiwalu w Gdańsku, porównania w kwestiach tak zwanych pobytowych są nieuniknione. Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, to miejscówka i niepowtarzalny klimat terenów postoczniowych, które znów trochę czarowały swoim urokiem. Zauważalna różnica w ogólnej analizie wrażeń z festiwalu dotyczy na pewno frekwencji. Nie dotarłam do mystikowych statystyk, ale z pewnością w tym roku było gęściej. Szczególnie dało się to odczuć na koncertach klubowych, które nierzadko pękały w szwach, a również mała scena plenerowa na Elektryków zbierała całkiem niezgorsze tłumy, które w paru przypadkach korkowały wędrówki pomiędzy scenami. Fajnym pomysłem okazał się telebim w strefie wypoczynku po drugiej stronie części Food Squatu, dzięki któremu podczas konsumpcji, tudzież spożycia, można było zerkać jednym okiem na koncerty z dużej sceny. Tradycyjnie zaś na jedzenie trzeba było poczekać zwykle około godziny, lepsze piwo (lub po prostu inne niż Żywiec) kosztowało majątek, a jeśli już mowa o cenach, merchowe tkaniny od 200zł w górę przyprawiały o lekki ból klatki piersiowej. Choć wiadomo – są priorytety i są priorytety. Rok temu zachwycałam się nad muzycznym wyborem zespołów na festiwal, w tym zaś poznałam mniej nowości, a przy niektórych naszła mnie wręcz refleksja, której dawno nie przeżywałam, pod tytułem: to zupełnie nie dla mnie. I dobrze, taka kolej rzeczy. Mystic Festival 2023 był wyraźnie skierowany do bardziej zróżnicowanego audytorium, z ambicjami na poziom światowy, co mimo tegorocznych problemów jest jak najbardziej na miejscu i czego w następnych edycjach życzę organizatorom z całego serca.
W przyszłym roku festiwal odbędzie się w dniach 5-8 czerwca, bilety typu blind bird są już w sprzedaży.
Do następnego!
Zdjęcia: Natalia Krymska
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025






