Rockstadt czyli największy festiwal w Rumunii
Rockstadt Extreme Fest odbył się w dniach 30 lipca – 4 sierpnia w miejscowości Rasnov w samym sercu legendarnej Transylwanii. W tym roku Rockstadt świętował swoją 10 rocznicę. Z tej okazji festiwal przemienił się w 6-dniowy maraton koncertowy. Organizatorzy zapewnili uczestnikom wiele niezapomnianych muzycznych wrażeń, prezentując jeden z solidniejszych lineupów tego lata. Do Rumunii zlecieli się fani ciężkich brzmień z całego świata. My również tam byliśmy i przygotowaliśmy dla Was relację z tej imprezy.

Dzień 1
Nasz pobyt w Rumunii trwał sześć niesamowitych dni, gdy w końcu przyszedł czas na główny powód naszej wizyty w tym pięknym kraju – Rockstadt Extreme Fest! Na teren festiwalu wspinamy się górską drogą, a tam uderza mnie imponująca sceneria. Rockstadt jest otoczony górami i gęstymi sosnowymi lasami, nad którymi czuwają ruiny Cytadeli Rasnov. Ten widok zdecydowanie bije na głowę bardziej tradycyjne, rolnicze, polne krajobrazy. Nasz taksówkarz opowiedział nam trochę o okolicy, oraz że organizatorzy festiwalu zapewnili mieszkańcom Rasnov bezpłatne wejście na pierwszy dzień festiwalu, co jest niesamowicie miłym gestem.
Tegoroczną edycję Rockstadt otworzyli francuscy nowicjusze Eihwar ze swoim unikalnym podejściem do gatunku pogańskiego folku. Wokalistka Asrunn ubrana w coś, co przypomina czaszkę niedźwiedzia, wirowała i tupała po scenie w nieubłaganym rytmie perkusji. Eihwar to bardzo porywający duet, który zrobił na nas całkiem duże wrażenie. Artystka ubrana w futro i przyozdobiona czaszkami zwierząt wręcz hipnotyzowała swoim głosem. Jej kompan odziany w zbroję, w ciężkiej przyłbicy zasiadał za instrumentami perkusyjnymi. Zdecydowanie performance, który zapamiętamy na dłużej. Jeden z utworów nazwany został „Viking War Trance”, co pozwala zrozumieć atmosferę panującą na koncercie.

Następny w kolejce był Combichrist. Wszelkie pozostałości po pogańskich klimatach zostały rozwiane, gdy członkowie zespołu wkroczyli na scenę w rytm „Whose Going to Fire the First Shot?”. Interesująco zadziałało zestawienie transowego efektu poprzedników z Eihwara i ich wikińskiej gry na perkusji z podobnym efektem, jaki osiąga Combichrist dzięki swojemu industrialnemu rytmowi. Combichrist pojawia się ostatnio często w zestawieniach festiwalowych, a ich energia na scenie nagradzana jest gromkimi owacjami. I tym razem publiczność nie zawiodła.
Kiedy oglądaliśmy Combichrist, wielka kurtyna zakrywała scenę w Braszowie, gdy ekipa przygotowywała się do koncertu Cult of Fire. Nigdy wcześniej ich nie widzieliśmy, więc byliśmy zaskoczeni efektem. Gdy kurtyna opadła, naszym oczom ukazała się wyszukana indyjska świątynia z gitarzystami siedzącymi na tronach przyozdobionych wysokimi na trzy metry kobrami królewskimi. Na środku sceny ustawiono ołtarz pełen owoców i dóbr składanych w ofierze, a nad całością unosił się dym z kadzideł, których zapach było czuć na długo po występie. Choć było to urzekające doświadczenie wizualne, można odnieść wrażenie, że Cult of Fire był oderwany od żywej publiczności, gdy grał swój przesiąknięty mistycyzmem black metal w rytualny wręcz sposób.
Następnie przyszedł czas na ożywienie publiczności.. Loathe sieje zamęt już od 10 lat. Chłopaki z Liverpoolu skroili solidny set, na którym szczególnie młodsza część publiki żywo reagowała.
Cattle Decapitation to subheadliner pierwszego dnia. Amerykanie dali znakomity występ, skoncentrowany przede wszystkim na najnowszym wydawnictwie „Terrasite”. Czuć było bijącą od nich dumę i moc zespołu, który wie, że aktualnie znajduje się na szczycie swojej kariery. Cattle Decapitation zerwali czapki z głów publiki i pokazali po raz kolejny, jak porządnie kopać tyłki.
Przyszedł czas na headlinera dnia pierwszego. Świętując niedawne zwycięstwo w sprawie znieważenia godła, polskie dobro narodowe, Behemoth, zakończył wieczór. „Ora Pro Nobis Lucifer” rozbrzmiewał echem po całej arenie, a cień Nergala wyłaniał się złowieszczo zza białej kurtyny. Zanim jednak kurtyna opadła i rozpoczęło się piekielne szaleństwo, zespół trzymał fanów w chwili niepewności. Show otworzył jeden z moich ulubionych utworów, „On a Pale Horse”. Trzeba przyznać, że setlista Behemotha, przygotowana pod trasę „O Father, O Satan, O Summer” to przyjemna mieszanka ulubionych utworów publiczności (Conquer All, Chant of Eschaton), ale także kawałki wyciągnięte z otchłani twórczości zespołu. Większość tych utworów mogliśmy usłyszeć zarówno w Paryskiej Filharmonii z okazji 33-lecia zespołu, jak i warszawskiego koncertu. Behemoth jak zwykle doprowadza publiczność do szaleństwa. Pod sceną rozgrywało się absolutne piekło. Dodam, że publiczność w Rumunii się nie patyczkuje. Liczba pomalowanych twarzy robiła wrażenie. Ale najbardziej zaskoczył nas widok festiwalowiczów z czaszkami zwierząt udekorowanych odwróconymi krzyżami, wbitymi na pale.

Dzień 2
Gdy znaleźliśmy się na festiwalowej arenie, portlandzcy thrasherzy z Toxic Holocaust byli w połowie energetycznego setu przed niezbyt liczną popołudniową publicznością. W ciągu ostatnich 10 lat chłopaki wydali tylko dwa albumy, ale jest to zrozumiałe, gdy przypomnimy sobie, że tak naprawdę to jednoosobowy skład, w którym wszystkie instrumenty są w łapie jednego człowieka – Joela Grinda. Mimo że Joel podczas trasy koncertowej korzysta z pomocy muzyków sesyjnych, stanowią oni na tyle zwartą grupę, że nadal mogą skupić się na interakcji z tłumem, pracując nad budowaniem energii powoli rosnącej pod sceną publiczności. Pod koniec ich występu z kurzu wyłonił się duży circle pit. Gdy setki buciorów uderzały w ziemię, kurz wznosił się jak tornado.
Po Toxic Holocaust do akcji wkroczył czeski goregrindowy Gutalax. Gdy technicy biegali po scenie w pocie czoła, przestrzeń wokół nas na arenie zaczynała się szybko kurczyć. Ludzie napływali ze wszystkich możliwych stron, żeby zobaczyć jeden z najbardziej oczekiwanych występów na Rockstadt. W tłumie spotkaliśmy np. grupę z Meksyku, która pojawiła się w Rumunii specjalnie dla czeskiej trupy parającej się fekalną tematyką! Co za poświęcenie. Charakterystyczne białe kombinezony były rozdawane bezpłatnie każdemu, kto chciał je założyć i brać udział w tym „gównianym” szaleństwie. Nad głowami tłumu pojawiły się różnego rodzaju nadmuchiwane zwierzęta i przedmioty, a co druga osoba trzymała rolkę papieru toaletowego, gotową do wystrzelenia w górę niczym confetti. Kiedy Gutalax wkroczył na scenę, tłum eksplodował wrzawą. Rolki papieru toaletowego latały nad circle pitami, ludzie w pogo odbijali się od siebie jak nadmiernie pobudzone atomy, do tego nadpłynął jeszcze dmuchany gumowy ponton. Sceneria na żywo zmienia muzykę Gutalaxa w hałaśliwy set, który ucieleśnia szaleństwo i radość letnich festiwali. Nawet jeśli nie jest się fanem tego typu muzyki i „gównianego” poczucia humoru, absolutnie warto przynajmniej raz w życiu doświadczyć tego szaleństwa na własnej skórze.

Następnie pałeczkę przejął Kvelertak. Zawsze, kiedy widzę, że zespół pochodzi z Norwegii, zakładam, że będzie grał black metal. Więc niemałym zaskoczeniem dla mnie było usłyszeć heavy metal z hardcore’owym i rock’n’rollowym zacięciem. Grupa ze Stavanger ma solidnie ugruntowaną pozycję, wydała pięć albumów i ma w czym przebierać. To był dość relaksujący set po tym całym czeskim chaosie. Niedobitki, którzy mieli jeszcze siły do skakania, wzbijali tabuny kurzu w powietrze. Kvelertak to czysta rock’n’rollowa bomba witaminowa. Zabawnym momentem było, kiedy charyzmatyczny wokalista Ivar Nikolaisen wspiął się po schodach i skoczył ze sceny w tłum, aby posurfować. Zawsze cieszy mnie, kiedy widzę, że muzycy nie boją się swoich fanów i zawierzają im swoje bezpieczeństwo.
Czas na skrajny koniec muzycznego spektrum w postaci legendy death metalu – Suffocation. Panowie zaserwowali miażdżącą, brutalną setlistę, zawierającą utwory zaczerpnięte głównie z najnowszego wydawnictwa “Hymns from the Apocrypha”. Bezlitosne bicie ich breakdownów mogłoby zburzyć mury cytadeli w Rasnov. Ciągłe nawoływania ze sceny do mosh pitów były nieco męczące, ale tłum wydawał się zadowolony, i co chwilę rozkręcał kolejny młyn po sceną.
Pora na power metal, czyli londyńczyków z Dragonforce! Zespół ten jest najbardziej znany ze współpracy z Guitar Hero 3 i z niesławnie trudnego albumu “Through the Fire and the Flames”, ale w swojej kolekcji posiada także zaskakującą liczbę sztandarowych hymnów, które zadowalają publiczność. Otworzyli swój set z przytupem w postaci “Fury of the Storm”, po czym zadebiutowali nowym materiałem z nadchodzącej płyty “Warp Speed Warriors”, w tym kawałkiem inspirowanym Zeldą – “Power of the Triforce”. Tłum początkowo wydawał się sceptyczny i zapadła nieco niezręczna cisza, gdy wokalista Marc Hudson zapytał, czy ktoś słyszał o ich nowym albumie. Zespół ten dla wielu może kroczyć po cienkiej linii cringe metalu, ale członkowie Dragonforce byli na scenie tak entuzjastycznie nastawieni, że stopniowo zaczynali przekonywać do siebie zebraną publikę. Podczas utworu „Doomsday Party” tłum w pełni się zaangażował, śpiewając z całych sił, a nad ich głowami przelatywał festiwalowy ponton.

Przed trzecim dniem festiwalu, którego motywem był „Teutonic Thrash”, mieliśmy okazję posłuchać klasycznego thrashu z Bay Area od zapomnianych legend – Testament. Testament nigdy nie był zaliczany do tradycyjnej Wielkiej Czwórki, ale ich thrashowa twórczość ma w sobie coś, co moim zdaniem czyni ich lepszym kandydatem niż Anthrax. Testament jest obecnie w trasie koncertowej promującej winylowe wznowienia swoich klasycznych wydawnictw z lat 80., “Legacy” i “New World Order”, a setlista na festiwalu w dużej mierze czerpała z tych właśnie albumów. Oczywiście Testament wygląda teraz i brzmi inaczej niż wtedy, gdy te płyty były pierwotnie produkowane, ale talenty Alexa Skolnicka i Steve’a Di Giorgio służą wzmocnieniu i uwydatnieniu tych utworów, tak jakby było tchnięte w nie nowe życie. Chuck Billy zawsze wygląda, jakby był przeszczęśliwy, że może stać na scenie, przed swoimi fanami. Ten wieczór nie był wyjątkiem, gdy wokalista z uśmiechem na twarzy przyglądał się wypełnionej po brzegi arenie Rockstadt. Bas Steve’a Di Giorgio jest głównym elementem miksowania dźwięku, ale jeśli masz na tyle szczęścia i w twojej kapeli gra taki ponadpokoleniowy arcybasista, warto to wykorzystać. To był świetny set, choć czułem pewien niedosyt. Miałem nadzieję usłyszeć kilka utworów z najnowszego wydawnictwa, “Titans of Creation”, albo coś z nadchodzącej nowej płyty, tylko po to, żeby skontrastować ich bardziej nowoczesny styl z wydawnictwami z lat 80.

Przed Amon Amarth przyszedł czas na kultowych pionierów mathcore’u – The Dillinger Escape Plan. DEP rozpadł się w 2017 roku, ale w grudniu 2023 roku ogłoszono, że ponownie połączą siły z oryginalnym wokalistą Dimitrim Minakakisem, aby uczcić rocznicę wydania przełomowego albumu Calculated Infinity. Dillinger Escape Plan to zespół, który można kochać lub nienawidzić. Ich wysoce techniczne, ale też chaotyczne podejście do muzyki na żywo nie jest dla każdego. Od chwili, gdy pojawili się na scenie i zaczęli *#.. z dysonansowymi riffami i ciągłymi zmianami w synchronizacji, widziałem, jak ludzie wycofują się z tłumu. Ci, którzy pozostali, mogli liczyć na wysublimowany występ. Ben Weinman kręcił się po scenie, co stanowi wizualną reprezentację niekonsekwentnego charakteru piosenek DEP. Istnieją znaki zapytania, co do tego, czy to spotkanie zaowocuje nowym albumem, ale w tej chwili warto po prostu cieszyć się występem tych pionierów gatunku. Po zakończeniu koncertu zespół przez 10 minut schodził do barierek, gdzie spędził dużo czasu na robieniu zdjęć, podpisywaniu płyt i rozmowach ze swoimi fanami. I takie podejście to ja szanuję!
Skoro już mowa o pionierach, czas wreszcie na headlinera. Legendę Amon Amarth. Ostatni raz widziałem ich podczas trasy Berserker Tour w 2019 r., kiedy wyprzedali sale na 1500 miejsc, a teraz spędzają lato w trasie jako headliner na największych festiwalach w Europie. Amon Amarth to nie tylko koncert, to spektakularne przeżycie. Mimo że koncertują na festach, wciąż przywożą ze sobą wyszukaną, wręcz przesadzoną scenografię w komplecie z 25-metrowymi Wikingami i wystarczającą ilością ognia, aby oblegać najcięższy zamek. Masywne, porywające riffy, prowadzące do melodyjnych refrenów, przy których nie można powstrzymać się od śpiewania. Gdy Johan Hegg kroczy po scenie, musisz dać z siebie jak najwięcej. To była setlista największych hitów, w której “Raven’s Flight” przechodzi w znakomicie śpiewane “Guardians of Asgard”. Wiosłowanie w tłumie nie jest już nowością, ale raczej oczekiwaniem. “Put Your Back Into the Oar” został tak wykonany, że wprawił większość ludzi w osłupienie, a “Shield Wall in Raise Your Horns” utrzymywany był przez tłum w doskonałym tonie i silnym głosie. Wikingowie zakończyli niesamowity dzień drugi na Rockstadt utworem wręcz kultowym – “Twilight of the Thunder God”.
Dzień 3
Dla mnie jako fana oldshoolowego thrashu był to wyjątkowy dzień, ponieważ Wielka Czwórka „Teutonic Thrash” zawładnęła wtedy festiwalem i nie ukrywam, że właśnie na ten dzień czekałem jak na prezenty pod choinką.
Zaczęliśmy go od emocjonalnego, melancholijnego setu Gaerea. Portugalscy post-black metalowcy zyskali duże uznanie w ciągu ostatnich 12 miesięcy i chociaż wciąż grają na wczesnym etapie swojej kariery, przyciągnęli pod scenę imponujący tłum fanów, którzy przeżywali ich muzykę na wiele sposobów… w tym tańcząc zwiewnie z hula hop.
Był to kolejny gorący dzień w Rasnov, ale pomimo upału, ubrany całkowicie na czarno wokalista Guilhermes Henriques rzucał na scenę uderzającą sylwetkę, wijąc się po niej i ostatecznie upadając na ziemię. Gaerea wydaje niebawem album „Coma”, który ukaże się jesienią tego roku. Właśnie okładka albumu – wielkie oko – zdobiła back drop sceniczny. Ciekawi mnie, jak ich kariera potoczy się w przyszłości. Ten zespół ma naprawdę dużo do powiedzenia na scenie metalowej.
Następnie przyszedł czas na pierwszy ze wspomnianych zespołów thrashowych – Tankard. Tankard czuł się w tej grupie outsiderem. Podczas gdy Destruction, Sodom i Kreator zawsze starali się śpiewać o poważnych tematach, Tankard przez całą karierę riffował o piwie i dobrej zabawie. Podczas koncertu zespół przedstawił publiczności nowego perkusistę – Gerda Luckinga, po czym rozpoczął miażdżącą wersję „Exfluenza”, która pozwala nowemu nabytkowi kapeli pochwalić się swoimi umiejętnościami. W połowie setu wystąpiły pewne problemy z dźwiękiem, ponieważ próba Destroyer 666 odbywająca się na sąsiedniej scenie przebijała się przez niektóre riffy. Mimo to publika dała porwać się emocjom. W powietrzu pojawiły się niezliczone puchy ze złotym napojem, uniesione w geście toastu. Chłopaki zakończyli swoje show hymnowym wręcz „(Empty) Tankard”. Mogę powiedzieć z ręką na sercu, że był to solidny występ.
Po biesiadzie z Tankard przyszedł czas na odrobinę cięższego brzmienia z australijskimi satanistycznymi speed metalowcami Destroyer 666. Pomimo ciągłych problemów technicznych, zespół przebijał się przez pierwszą dawkę szaleńców przetaczających się przez publiczność, inspirując i pobudzając ludzi riffami. Koncert kapeli był dość intensywny, co potwierdza liczba crowdsurferów przeskakujących przez barierki. Destroyer 666 zakończył coverem Iron Fist (Motörhead), będącym stosownym hołdem dla zespołu, który zainspirował tak wiele współczesnych artystów.

Kiedy kurz opadł, nadszedł czas na Destruction, które wdarło się prosto w tłum wściekłym otwieraczem „Curse the Gods”. Panowie „nie przywieźli” nic nowego, powtarzając setlistę, którą zagrali kilka dni wcześniej podczas Klash of the Ruhrpott. To set zawierający niektóre z największych hitów z ich 42-letniej historii, w tym „Mad Butcher”, „Nailed to the Cross” czy „Life Without Sense”. Pojawił się również niesamowicie miły moment, kiedy Schmier przywołał różne flagi powiewające w tłumie i wykorzystał to jako okazję do rozmowy o jednoczącej sile metalu. To małe przypomnienie, że jednym z głównych wątków łączących „Teutonic Thrash” jest antyfaszyzm. Kawałek „No Kings, No Masters” daje nam do zrozumienia, że Destruction nadal ciężko pracuje nad produkcją nowej muzyki i absolutnie nie mogę doczekać się premiery nowego albumu przewidzianej na przyszły rok.
To był mocny thrashowy początek dnia, ale nadszedł czas na przerwę z brytyjskim zespołem Bury Tomorrow i przejściem z thrashowego szaleństwa do królestwa metalcore. W pewnym momencie frontman Daniel Winter-Bates przemawiał do publiczności i promował przesłanie o jedności i przynależności. To dość ważne przemówienie, patrząc na to, co aktualnie dzieje się na Wyspach Brytyjskich. Niestety jego próby zachęcenia publiczności do objęcia się ramionami nie zostały zbyt dobrze przyjęte przez publikę, ale przynajmniej próbował. To był elegancki występ kwintetu z Southampton, a przy kawałku ” Villain Arc” cała publiczność podskakiwała rytmicznie. Choke z ekipą zaserwował jedne z najcięższych breakdownów tego dnia, które trwają aż do końcówki „Life (Paradise Denied)”.

Po południowym, metalowym szaleństwie z cięższego spektrum przyszedł czas na Baroness. Amerykańskich heavy metalowców postawiono w dość niezręcznym miejscu i porze. Wydawało się, że energia tłumu została wyczerpana, wszyscy odpłynęli, żeby doładować akumulatory. Jednak po pewnych problemach technicznych koncert stał się naprawdę przyjemny. Basista Nick Jost dał niesamowity występ, a jego świetne teksty sprawiają, że wszyscy na arenie kiwali głowami. Można było widzieć zmęczenie wśród publiki, ale też na tych mniej intensywnych koncertach wszyscy starają się złapać oddech.
Cały dzień liczyłem koszulki i próbowałem zobaczyć, który zespół jest bardziej popularny. Zakończyło się to remisem między Kreatorem a Sodom. Hordy ludzi ubranych w koszulki zespołu Sodom powróciły teraz pod scenę, aby zobaczyć Toma Angelrippera. Sodom był pogromcą „Teutońskiej Czwórki”, przesuwając skrajne granice tego, czym może być thrash metal, a ten występ stał się tego porywającą, agresywną i chaotyczną demonstracją. „Christ Passion” wypełnił arenę, ale to szalony „The Crippler” zamienił scenę w Rasnov w ocean serfujących ciał. Ochrona Rockstadt wykonała godną podziwu robotę, wyłapując surferów, którzy płynęli wzdłuż wzburzonej masy w pozach ukrzyżowanego Chrystusa, podczas gdy Angelripper, ubrany w słomianą fedorę, którą zabrał komuś z publiczności, przyglądał się temu z aprobatą. Wciąż pojawiają się hity: „Blasphemer”, „Nuclear Winter” i „Agent Orange”, które stanowią brutalne świadectwo siły ich dyskografii. To niesamowite widowisko samo w sobie, ale wspaniała publiczność podnosi jego poziom, a wierni zebrani na Rockstadt sprawili, że to było to coś wyjątkowego.
Sodom to trudny do zaorania zespół, ale Hatebreed to jedni z nielicznych, którym udaje się ich przebić. Legenda hardcore’u świętuje 30. rocznicę istnienia. Przed wejściem na scenę wypuszcza nieco pobłażliwe wideo, na którym inni muzycy składają hołd przed ich występem. Frontman Jamey Jasta zawsze lubił kontakt z fanami i ten wieczór nie był wcale wyjątkiem. Publiczność została porwana bez najmniejszego nagabywania. Zespół zabrał nas w sentymentalną podróż po zakamarkach historii z setlistą „największych hitów”. Hatebreed spotęgował szaleństwo, uwalniając gigantyczną, nadmuchiwaną „Kulę Śmierci” (Ball of Death), która przetoczyła się przez rozentuzjazmowany tłum, ale spokojnie, obyło się bez strat w ludziach.
Czas na sub-headlinerów i przyznam, że nie byłem zbyt zaznajomiony ze szwajcarską grupą Eluveitie. Powiedziano mi, że to zespół wykonujący folk metal i spodziewałem się stosunkowo niskoenergetycznego romansu przed Kreatorem. Moje oczekiwania natychmiast zostały rozwiane, gdy 9-osobowy projekt wdarł się na scenę przy dźwiękach dudniącej perkusji, wściekłych gitar i jeszcze bardziej wściekłych skrzypiec. Aktywny circle pit i moshing zostają zastąpione fanami o łagodniejszym uosobieniu i mieczami wzniesionymi wśród tłumu. Fabienne robi imponujące wrażenie na scenie, gdy na przemian śpiewa wzniosłym, melodyjnym wokalem i gra na harfie. Nie tylko ona zwróciła moją uwagę. Dobór wielu folkowych instrumentów, niesamowicie żywiołowe choreografie oraz oprawa świetlna sprawiły, że to show może być tym z grupy niezapomnianych. W pewnej chwili zespół opuścił scenę, zostawiając wokalistkę w świetle trzech reflektorów, wykonującą wokalny popis, który zachwycił publiczność. Lasery Rockstadt wyświetlały „Pieśń gór” na cytadeli Rasnov. To był zdecydowanie wyjątkowy występ i nie mogę się teraz doczekać, jak po powrocie będę brnął przez wszystkie osiem albumów zespołu.

Czas na headlinerów i ostatniego przedstawiciela „Teutońskiej Czwórki”, potężnego Kreatora. Ich występ w Gelsenkirchen został przerwany przez pogodę bardziej ekstremalną niż ich muzyka, ale na szczęście nad Rasnovem było czyste niebo. Miejsce pod sceną Adriana było wypełnione po brzegi, a gdy rozbrzmiewał „Sergio Corbucci is Dead”, można było poczuć napięcie wśród stłoczonych hord fanów. Kurtyna opadła, a Kreator wraz z pirotechniką eksplodował, tworząc Nienawiść do Sojuszników Ubera. Zespół ma talent do tworzenia chóralnych zaśpiewów, którą można było odtworzyć na żywo wraz ze zgromadzoną publicznością Rockstadt. Chociaż Kreator byli undergroundowymi filarami sceny thrashowej lat 80., odnieśli korzyść z odnalezienia się na początku XXI wieku i zwrócenia się w stronę melodyjnego thrash metalu. Setlista wieczoru zawierała głównie utwory z nowszych albumów, ale klasyk z 1986 roku, „Pleasure to Kill”, po raz ostatni wtrącił publiczność w chaotyczne pole bitwy.
Dzień 4
Czwarty dzień zaczęliśmy od anty-systemowego, ekstremalnie metalowego zespołu – Anaal Nathrakh. Brytyjska ekipa może się pochwalić obszernym katalogiem swojej twórczości. Wydali 11 albumów i to wszystko zaczęło się w 2011 roku. Mimo tak wielkiej ilości muzyki, wydanej w tak krótkim czasie, fani nie doczekali się nowego krążka od ponad 4 lat! Wokalista, Dave Hunt, wyglądał jakby był notorycznie gburowaty, ale wydał się mile zaskoczony, gdy mniej liczna popołudniowa publiczność ryczała z aprobatą, zapytana o to, czy ktoś o nich tutaj słyszał. Po miażdżącej prezentacji ich największego hitu „Forward!” Dave jednak odrzucił cały lukier z tego utworu, nazywając go „performatywnym gównem” i powiedział zdezorientowanej rumuńskiej publiczności, że „naszcza na ich frytki”. Anaal żyje wbrew wszelkim konwencjom i robi to zdecydowanie dobrze.
Imminence to szwedzki zespół metalcore’owy założony w 2009 roku. Mają oni ugruntowaną pozycję na scenie, ale nie pojawiają się często w Wielkiej Brytanii i to moja pierwsza okazja, aby ich zobaczyć. Frontman Eddie Berg wnosi do zespołu zarówno imponujący wokal, jak i… skrzypce. A te są doskonałym dodatkiem do dość typowych metalcore’owych riffów. Początkowo zespół sprawiał wrażenie niezaangażowanego w kontaktach z publicznością, ale z biegiem czasu złapał kontakt z tłumem.
W tym roku postawiono nową, trzecią scenę, do której można było dotrzeć pięciominutowym spacerkiem. Świetnie zlokalizowana i zacieniona, oferowała również niezapomniane wrażenia. Występujący tam Havok znajdował się na mojej liście „must see” tego festiwalu. Odrodzenie thrash metalu w 2010 roku to przede wszystkim zasługa chłopaków z Havok, którzy mieli w 2020 roku wyruszyć w trasę po Europie, w tym odwiedzić Rumunię, i teraz nadrabiają stracony czas. Szturmując scenę w Rasnov, prosto, bez zbędnych formalności uderzyli „Point of No Return”. To był wirtuozerski występ basisty Nicka Schendzielosa, którego płynne linie basu uwydatniają szalone riffy zespołu. Havok zdecydowanie zerwali czapki z głów!

Wróciliśmy na arenę główną i przyszła kolej na power metalowców z Orden Ogan. Kostiumy, które pojawiły się na scenie, były może delikatnie przesadzone, ale muzyka sięgała serca europejskiego power metalu. Orden Ogan nie potrzebuje orkiestry, zamiast tego ich muzyka opiera się na riffach, uwydatniając to epickie uczucie, znane fanom gatunku. Zespół promował swój najnowszy album „The Order of Fear” (a może album powinien nazywać się „The Order of Beer”?). Nie byłby to power metalowy występ bez wokalnego gangu publiczności wspierającego zespół w refrenach, a ludzie po raz kolejny udowodnili, że mają świetny głos, szczególnie podczas zakończenia koncertu utworem „The Things We Believe In”.
Następnie pojawiła się legenda z Göteborga – Dark Tranquility. W ostatnich latach zespół doświadczył wielu zawirowań, ale mam nadzieję, że w końcu osiągnął pewną stabilizację, dzięki solidnemu składowi, który wystąpił m.in. na scenie Rockstadt. Grupa niebawem ma wydać swój 13. album pt. „Endtime Signals”. Publiczność na Rockstadt mogła posłuchać nowego materiału już teraz, w postaci singli „Unforgivable” i „Not Nothing”. Zespół nie zapomina o głębokich cięciach w swojej 30-letniej historii, np. o rzadko granym utworze „Cathode Ray Sunshine”, który był smacznym kąskiem dla fanów kapeli.

Delain pod pewnymi względami ma szczęście, że wystąpił na Rockstadt. Założony w 2002 roku zespół rozpadł się w lutym 2021 roku, pozostawiając jedynie Martijna Westerholta, który mógł kontynuować solowy projekt. Westerholtowi udało się ponownie złożyć „do kupy” zespół, w tym znaleźć wokalistkę, która mogłaby wypełnić lukę pozostawioną po odejściu Charlotte Wessels. Kiedy kurtyna zasłaniająca scenę w Rasnov opadła, Delain pojawił się w fantastycznym stylu, otwierając show strzelistym utworem „The Cold”. Okazuje się, że ten występ był swego rodzaju powrotem do domu, ponieważ nowa wokalistka, Diana Leah, przemówiła do publiczności po rumuńsku. Być może nie jest w stanie dorównać wysokością wokalu niektórym symfonicznym gigantom, ale na scenie prezentuje się charyzmatycznie i dobrze radzi sobie z angażowaniem się i interakcją z publicznością. Delain zakończył występ utworem „The Gathering” zaczerpniętym z albumu Lucidity z 2006 roku. Nie trzeba chyba mówić, że zespół podbił serca zgromadzonej publiczności.
Podczas gdy Delain grał, obok technicy na scenie Adriana powoli podnosili ogromną kurtynę przedstawiającą wykrzywioną w grymasie, charakterystycznie wymalowaną twarz Abbatha. Wraz z rozpoczęciem koncertu, na scenę wkroczył jedynie Abbath ubrany w nową, czerwoną zbroję, prawdopodobnie wykutą przez Brokkra. Zajął pozycję za mikrofonem, rzucając przerażające spojrzenie na zgromadzonych pod sceną wiernych. Czy jest lepszy sposób, aby doświadczyć tej ikony norweskiego black metalu niż w blasku księżyca w górach Transylwanii? Abbath pojawił się tym razem z repertuarem legendarnego Immortal. Niestety, „Jeździec Burzy” przyniósł ze sobą deszcz i część widzów uciekła. Trzeba przyznać, że w tłumie można było wypatrzeć zadziwiającą ilość wymalowanych twarzy, specjalnie na tę okoliczność.

Po kilku utworach ruszyłem biegiem pod trzecią scenę, aby spróbować złapać Venom Inc. Moim jedynym celem tego wieczoru jest usłyszenie „Countess Bathory” w krainie tak bogatej w mitologię wampirów. Niestety dalsze problemy techniczne prowadzą do 10-minutowego opóźnienia, byłem więc w stanie usłyszeć tylko około 20 minut black 'n rollowej uczty wypełnionych utworami z ich własnych albumów, zanim musiałem wracać na koncert Saxon. Z Venom Inc. zawsze można liczyć na chaotyczną orgię dźwięku i trzeba przyznać, że w Rumunii nie zawiedli.
Czas na legendę brytyjskiego heavy metalu – Saxon. Ci goście mają około 300 lat doświadczenia w koncertowaniu na scenie i to zdecydowanie widać, są po prostu fizycznie ograniczeni wiekiem. Ciężko jest oglądać Biffa próbującego headbangingu, ale wciąż są w stanie dać niesamowity show. Jeśli widzieliście już Saxon na festiwalu, setlista nie będzie zbyt wielką niespodzianką, ale oni wiedzą, że większość ludzi nie przychodzi na festiwale dla mało znanych utworów z samego dna dorobku zespołu. Biff rzeczywiście pojawia się na scenie jako przejmująca postać. Jest jednym z nielicznych, klasycznych wokalistów heavy metalowych, którzy wciąż grają trasy koncertowe. Pewnie w ciągu najbliższych kilku lat nadejdzie ta ostatnia, pożegnalna trasa koncertowa Saxon, więc cieszcie się nimi, póki jeszcze możecie!
Gwiazdą czwartego dnia imprezy była legenda symfonicznego black metalu – Dimmu Borgir. Panowie przedstawili set w pełni eksplorującą 30-letnią historię zespołu i obejmującą zarówno ich repertuar symfoniczny, jak i mniej znany wkład w black metal drugiej fali. To porywający, miażdżący i klimatyczny występ, którego główną atrakcją była precyzja i siła perkusisty, Daraya. Oczywiście nie zabrakło całej fantastycznej oprawy i płomieni piekielnych, które uświetniały koncert. W tym całym black metalowym szaleństwie jest jakaś metoda.

Dzień 5
Piąty dzień był idealny dla fanów progresywnych i melodyjnych brzmień.
Zaczęliśmy od Crownshift, melodyjnego death metalowego projektu z Finlandii. Jego członkowie grali w „fińskiej rodzinie królewskiej”, w tym w zespołach takich jak: Nightwish, Children of Bodom i Wintersun. Zespół niedawno wydał swój nowy album, a występ był przyjemny, pozbawiony przygód i bezpieczny na tyle, że można było się zrelaksować.
Następnie na scenie zalogował się 1000 Mods, stoner rockowy zespół z Grecji. Zdecydowanie bardziej skłania się ku rockowi niż stonerowi, a w ich wykonaniu słychać imponujące instrumentarium, które przebija się przez nasycone bluesem solówki i psychodeliczne riffy. Jak przystało na Greków, mają silne zaplecze muzyczne i dlatego warto poświęcić im choć odrobinę uwagi.
Szybki marsz pod trzecią scenę zaowocował obejrzeniem Left to Die, będącego kolejnym zespołem powstającym z popiołów legendy. W skład Left to Die wchodzą byli członkowie Death, Exhumed i Gruesome, którzy początkowo uformowali się jako zaimprowizowany hołd dla legendarnego Death, zanim wydali własny materiał. Jeśli jesteś fanem death metalu z Florydy, spodoba Ci się to, co serwuje ta grupa. Szybkie, techniczne leady ustępują miejsca błotnistym akompaniamentom i refrenom tak ciężkim, że sprawiają wrażenie, jakby ktoś je wyciągnął prosto z bagien Florydy. Absolutnie zespół na plus.

Potem byliśmy na występującym na głównej scenie Leprous. Norwegowie zbudowali swoją reputację wspierając Ihsahna, zanim ugruntowali swoją pozycję, a mizantropia norweskiej sceny black metalowej odbija się na ich własnej progresywnej twórczości. To imponujący pokaz muzykalności, ale brakowało mi tu energii i prezencji. To jeden z tych momentów, gdy czujesz się tak, jakbyś słuchał albumu studyjnego odgrywanego na scenie.
Wróciliśmy do trzeciej sceny, którą przejął klimatyczny deathcore’owy projekt Humanity’s Last Breath przenosząc do Rumunii swoją niepokojącą, nihilistyczną i złowrogą muzykę. To kolejna kapela, której breakdowny są miażdżące i nieubłagane, a riffy staccato i wokale doskonale oddają poczucie skazanej na porażkę daremności ludzkiego życia.
Główna arena znowu się zapełniła i przyszedł czas na kolejną „supergrupę” – The Halo Effect. Na wokalu swoją służbę pełni Mikael Stannes z Dark Tranquility, a pozostali członkowie pochodzą m.in. z In Flames. Jeśli jesteś fanem melodeathowego brzmienia z Göteborga, znalazłbyś tu coś dla siebie. Stannes to niesamowity wokalista, szczególnie na żywo. A obserwowanie ich podczas koncertów daje wrażenie, że jest to projekt z prawdziwej pasji, stworzony przez kilku przyjaciół, a nie wymyślona grupa bez ładu i składu. „Gateways” to szczególna atrakcja fantastycznej setlisty.
Kiedy Jinjer wjechał na główną scenę, wszystkie oczy zwróciły się na Tatianę. Minęły trzy lata od wydania „Wallflowers”, z którego utwory można było usłyszeć tego wieczoru. Zespół zaprezentował również niedawno wydany singiel „Someone’s Daughter”. Od 2022 r. Jinjer skupiają się na podnoszeniu świadomości na temat sytuacji Ukrainy i ten wieczór nie był wyjątkiem. Tatiana dziękowała rumuńskiej publiczności za jej współczucie i za wspieranie Ukrainy oraz przypominała, że te dwa kraje dzielą granicę i że niektórzy z obecnych nie są zbyt świadomi wojny. Tatiana jest charyzmatyczną i fascynującą frontmanką, ale wydaje się, że Jinjerowi wciąż nie udało się prześcignąć początkowego sukcesu, jaki grupa odniosła utworem „Pisces”.
Szybkim krokiem przenieśliśmy się pod trzecią festiwalową scenę, gdzie grał Lord Ahriman i Dark Funeral. Dark Funeral to kwintesencja zespołu drugiej fali i jednego z najbardziej znaczących szwedzkich wkładów w ten gatunek. To czysty teatr, gdy Heljarmardr wychodzi na scenę, wyglądając jak hrabia Dracula. Trochę to komiczne, ale rytm i riffy są tak dobre, że tak naprawdę muzycy mogą ubierać się, jak chcą, bo ich muzyka broni się sama. Oczywiście cóż byłby to za koncert bez scenografii? W tle wyłaniały się dwie sylwetki wampirów spoczywających w trumnach, które idealnie wpasowały się w klimat Transylwanii.

Nadszedł czas na sub-headlinera dnia piątego – Opeth, który nadał swojej letniej trasie wyjątkowego charakteru i przywiózł ze sobą setlistę wybraną przez fanów. Legenda metalu progresywnego była w odpowiednio sarkastycznej formie, gdy Mikael Akerfeldt wygłaszał śmiertelnie poważne przemówienia na wypełnionej po brzegi arenie, błagając publiczność, aby „pokazali im trochę klimatu”. Dla większości zespołów siedem utworów to stosunkowo krótki set, ale dla Opeth to maraton i 90-minutowa muzyczna podróż. Tak naprawdę nie było tu żadnych niespodzianek, ale przecież to logiczne, że set ułożony przez fanów będzie zawierać największe przeboje. Występ Opeth bez szlagierowego wręcz „Ghost of Perdition” byłby naprawdę dziwny.
Kończymy piąty dzień nieco zaskakującym wyborem headlinera, po całym dniu wypełnionym muzyką melodyjną i progresywną – legendą crossover/thrashu – Suicidal Tendencies. Przez większą część dnia widzieliśmy muzyków zakorzenionych w jednym miejscu na scenie, którzy spokojnie bujali się z nóżki na nóżkę. Ale wszystko się zmieniło, kiedy Mike Muir i reszta chłopaków wkroczyła na scenę w wirze chaosu i energii. Do składu Suicidal Tendency dołączył były perkusista Slipknota – Jay Weinberg, który za zestawem bębnów dał bezbłędny pokaz, od chwili, gdy zespół eksplodował na scenie z rozszerzoną wersją „You Can’t Bring Me Down”. Ta grupa to przykład idealnego headlinera, który wniósł niezliczone pokłady energii tego wieczoru, a wokalista Mike Muir, nie pozwolił, żeby publika, choć na chwilę złapała oddech. To niesamowite, że podczas piątego dnia, na przed scenicznym polu walki aż tyle ludzi miało energię na szaleństwo w tłumie. Nie liczę też miliona surferów, którzy co sekundę przeskakiwali przez barierki z uśmiechami na twarzach. Dla takich momentów warto żyć!

Dzień 6
Rozpoczynamy dzień od Armored Saint. Amerykanie odwiedzili Rumunię po raz pierwszy w swojej 40-letniej historii. Ich zestaw skupił się raczej na nowszych wydawnictwach, ale panowie wciąż pokazują, że są kawałkiem klasycznego amerykańskiego heavy metalu z lat 80. Brzmienie wydawało się nieco nierówne, a perkusja przytłaczała niektóre próby pojedynków gitarowych, ale mimo wszystko, można było się pobawić w tłumie. To jeden z tych zespołów, który widzisz pierwszy raz i szybko łapiesz, o co chodzi.
Po popołudniowej dawce heavy metalowych dźwięków sięgamy po znacznie bardziej współczesne brzmienie z australijskim post-hardcore’owym zespołem Amity Affliction. Mieli oni ostatnio pewne problemy po tym, jak basista i założyciel, Ahren Stringer, został usunięty z trasy po Ameryce Północnej, ale miło było go widzieć z powrotem na scenie w Rumunii, po tym jak poczynił postępy w rozwiązaniu swoich prywatnych problemów. Słońce nieubłaganie nagrzewało scenę, a ciepło podczas „Don’t Exist” było prawie tak samo intensywne jak ich ciężkie breakdowny. Trzeba przyznać, że panowie wyrwali z letargu parę osób i kurz zaczął się ponownie unosić nad publicznością jako znak dobrej zabawy.
Teren festiwalu zaczął się zapełniać i nadeszła pora na wysublimowanego kopniaka od Napalm Death – samozwańczego „noise bandu” i pionierów grindcore’a z Birmingham. Od samego początku było chaotycznie, intensywnie i oburzająco. Frontman, Barney Greenway, unika zwyczajowych festiwalowych pogawędek na rzecz zaciekłych politycznych przemówień, błagając publiczność, aby odwróciła się od mowy nienawiści. Był to ukłon w stronę Dead Kennedy’s, którego cover wykonują. „Nazi Punks Fuck Off” uwalnia falę surferów i wzmaga zaciętą walkę w mosh pitach. To była zdecydowanie intensywna sztuka! Nie było nawet czasu na zbieranie szczęki z podłogi.

Po Brytyjczykach przyszedł czas na włoskie Lacuna Coil. Zespół wkroczył majestatycznie na główną scenę. Ale gdy był już w połowie swojego pierwszego porywającego gotyckiego utworu, nagła ulewa zmusiła publiczność pod sceną do ucieczki w poszukiwaniu schronienia pod zadaszeniem barów. Niestety intensywność deszczu zwyciężyła i ze mną i w końcu byłem zmuszony ukryć się w namiocie dla mediów. Trochę szkoda, bo Lacuna Coil jest dość interesującym zjawiskiem na scenie tego gatunku, ale mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane zobaczyć ich na żywo.
Deszcz w dalszym ciągu padał, ale to nie odstraszyło tłumu, który zebrał się, aby zobaczyć Exodus. Sądząc po liczbie t-shirtów, które dziś widziałem, można by pomyśleć, że to właśnie oni są głównymi bohaterami dzisiejszego dnia. Nie tracąc czasu na zbędne ceregiele, ku uciesze publiczności wpadli na scenę z dzikim wykonaniem „Bonded by Blood”. Następnie był tradycyjny drwiący z Raining Blood utwór w wykonaniu Gary’ego Holta, po którym całość kończy się hałaśliwym Toxic Waltz. Ich show było na tyle intensywne, że nawet fala tsunami nie mogłaby go przerwać. Ochrona ledwo nadążała za zmasowanym napływem surferów. Kolejny raz chylę czoła przed chłopakami w czerwonych koszulkach za ich ciężką pracę i poświęcenie. Nic dziwnego, Exodus rozpętał prawdziwą wojnę i zrobił to w wyśmienitym stylu.

Wciąż brakuje nam KK’s Priest, Fear Factory i Pendulum do zakończenia festiwalu, ale w obliczu intensywnego deszczu i sześciu dni festiwalowego zmęczenia podjęliśmy decyzję o wcześniejszym wyjeździe. Powiedziano nam, że Rockstadt bez deszczu to nie prawdziwy Rockstadt, ale mieliśmy szczęście, że udało nam się go uniknąć prawie do ostatniej chwili.
Ciężko było nam opuścić teren festiwalu, ale cóż, wszystko co dobre, szybko się kończy…
Podsumowanie
Najważniejsze pytanie – czy polecilibyśmy wyjazd na Rockstadt Extreme Fest w Rumunii? Zanim udzielę Wam ostatecznej odpowiedzi, zrobię krótkie podsumowanie moich przemyśleń na temat kilku kluczowych obszarów, które pomogą Wam w podjęciu decyzji.
PODRÓŻ
Przylecieliśmy do Bukaresztu, gdzie mogliśmy złapać pociąg do Brasov. To ok 3h podróży pociągiem. Warto jest zabukować sobie bilety na przejazd z wyprzedzeniem. Polecam do tego oficjalną aplikację przewoźnika. Pociągi w tym kierunku kursują dość często i taka podróż zapewni Wam niesamowite widoki. Brasov również posiada swoje lotnisko, ale ponieważ jest to nowo powstały port lotniczy, ma dość ograniczoną liczbę połączeń.
Rockstadt odbywa się w małym, górskim miasteczku Rasnov, który ma dobre połączenia środkami transportu publicznego z pobliskim miastem Brasov, a podczas festiwalu kursują podstawione autobusy, jednak od niektórych osób słyszeliśmy, że miały problemy ze znalezieniem miejsc w tych autobusach. Organizatorzy festiwalu również informowali, że dostępne są przejazdy Uberem, Boltem i lokalnymi taksówkami, czekającymi zaraz za bramą festiwalu. Chociaż pierwszego dnia mieliśmy problemy ze znalezieniem drogi powrotnej na wioskę, w której się zatrzymaliśmy (Poiana Rasnoavei), kolejne dni nie stanowiły najmniejszego problemu. Jeśli nie planujesz biwakowania, lepszym rozwiązaniem może być wynajęcie samochodu, jeśli oczywiście masz taką możliwość.
ZAKWATEROWANIE
Nie możemy udzielić żadnych informacji na temat campingu i warunków, jakie panowały na polu namiotowym, ale wiemy, że były aż dwa takie miejsca. Swoje lata już mamy i po mroźnych doświadczeniach na Bloodstock na zawsze porzuciliśmy namioty. Można jednak powiedzieć, że w okolicy nie brakuje hoteli i pensjonatów. Oczywiście trzeba wszystko bukować wcześniej, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku.. Polecamy pobyt w samym Rasnovie, a nie 10 km dalej, jak było w naszym przypadku. Ceny noclegów nie są wygórowane, więc jeśli cenisz sobie wygodę i komfort, potraktuj ten wyjazd jako wakacje w górach.
ARENA
Rockstadt nie ma luksusu przestrzeni ze względu na otaczające imprezę z każdej strony góry, więc arena jest mniejsza w porównaniu z wieloma europejskimi festiwalami. Dwie główne sceny znajdują się obok siebie, a zespoły występują naprzemiennie. Nowa, trzecia scena znajduje się w odległości 5-minutowego spaceru. Przechodząc przez główne wejście, w dwie minuty znajdujesz się przed główną sceną. To rzeczywiście nadaje arenie nieco klaustrofobicznej atmosfery, szczególnie późnym wieczorem, ale oznacza to również, że nie spędzasz większości dnia na wspinaniu się po schodach czy wędrówkach między scenami.
Na ziemi uklepany jest solidny żwir i piach, więc zapomnij o biwakowaniu na trawce. Organizatorzy zapewnili sporo miejsc siedzących, więc jak będziesz miał szczęście, to i znajdziesz swój kawałek ławki.
WYŻYWIENIE
Rockstadt miało najwyższy standard jedzenia, jaki kiedykolwiek widzieliśmy na festiwalu. W zasięgu wzroku nie było żadnych food trucków, zamiast tego była w pełni wyposażona kuchnia gotująca świeże, lokalne jedzenie. Nie byłem na wielu festiwalach, na których można zamówić specjały, wędliny, grillowane warzywa i dodatki, które normalnie dostaniesz w restauracji. No i selekcja deserów! Czy jedliście kiedyś pavlovą ze świeżymi owocami podczas metalowego festiwalu? Jeśli wolisz bardziej tradycyjne festiwalowe jedzenie, możesz także przeżyć na taniej, ale pysznej pizzy, i kanapkach ze sznyclem.
Alkoholu tu było pod dostatkiem i był naprawdę tani! Od mocnych specjałów po radlery 0,0%. Personel baru był w stanie szybko i sprawnie obsługiwać spragnionych festiwalowiczów, dlatego kolejki bez problemu sunęły do przodu. Dostęp do wody był znaczącym minusem. Nie byliśmy w stanie znaleźć żadnych bezpłatnych punktów uzupełniania wody czy źródełek i zmuszeni byliśmy kupować kolejne plastikowe butelki, ilekroć chcieliśmy się nawodnić. Kolejnym plusem była wyśmienita kawa podawana z tonikiem na lodzie. Nie wiem ile litrów tego napoju wypiliśmy podczas festiwalu, ale naprawdę pomógł nam dotrwać do końca.
MERCH
Namiot z merchem również wydawał się miejscem wymagającym drobnych ulepszeń. Ogólnie sprzedaż odbywała się tam trochę chaotycznie, a próby zakupu t-shirtów wymagały zazwyczaj dużo gorączkowego wskazywania i kręcenia głową, ponieważ nie używano systemu numerowania, takiego jak np. na Mystic Festival, co bardzo by ułatwiło sprawę. Chciałem dać namiotowi z merchem drugą szansę, ale to doprowadziło mnie do spędzenia 45 minut na próbach zakupu skarpetek z Abbathem.
Festiwalowy merch to przede wszystkim szeroka gama koszulek w różnych kolorach i krojach, czapki, worki, bluzy – czyli to wszystko, co w łatwością można zabrać do domu. My postawiliśmy na koszulki, które są tu zaskakująco dobrej jakości, a ich cena nie nadszarpnęła naszego budżetu. Warto jednak pamiętać, żeby zaopatrywać się w pamiątki pierwszego dnia, kiedy sklepik pęka jeszcze w szwach od nadmiaru towaru.
PŁATNOŚĆ
Rockstadt to festiwal bezgotówkowy, w związku z czym wykorzystano specjalną festiwalową kartę, którą można było doładować pieniędzmi (gotówką lub kartą), zamiast płatności zbliżeniowej. System ten początkowo wydawał się restrykcyjny, ale szybko stał się jedną z moich ulubionych funkcji, który usprawnił zakupy na festiwalu. Doładowanie karty było bardzo łatwe i nie sprawiało problemów z Wi-Fi ani wstrzymaniem płatności, które czasami mogą powodować długie kolejki. Oczywiście, jeśli coś zostało na karcie, po festiwalu można było dokonać transakcji zwrotnej.
JĘZYK
Jeśli choć trochę znasz język angielski, bez problemu sobie poradzisz. Znaczna większość osób na festiwalu prowadziła konwersacje w języku angielskim. Nie dało się nie zauważyć, że chyba największą grupą gości byli fani z Meksyku czy Argentyny, ale słyszeliśmy także kraje Wschodnio- i Zachodnioeuropejskie, Kanadę czy Amerykę. Festiwalowy staff, taksówkarze czy pracownicy hoteli posługują się językiem angielskim.
OGÓLNE WRAŻENIA
Czy zatem polecilibyśmy Rockstadt? Absolutnie! „Największy mały festiwal” ma duże ambicje i w ciągu ostatnich 10 lat znacznie się rozwinął. Jeśli uda mu się utrzymać taki skład i poziom jak w tym roku, jednocześnie stopniowo rozwijając swoją wyjątkową lokalizację, ma przed sobą świetlaną przyszłość. Rockstadt to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim atmosfera. Byliśmy zaskoczeni gościnnością i przyjaznym nastawieniem. To sprawiło, że poczuliśmy się tu bardzo komfortowo. Festiwal to wyjątkowy czas, który generuje wiele emocji, w tym też negatywne, ale na szczęście nie spotkaliśmy nikogo agresywnego. To świetnie, że wśród publiczności mogliśmy zobaczyć wiele młodych fanów muzyki, w tym dzieciaki, które bawiły się przednio. Oczywiście najmłodsi mieli również swoją strefę do zabawy i odpoczynku.
Jeśli będzie nam dane powrócić do Transylwanii, zrobimy to bez mrugnięcia okiem. Czas, który spędziliśmy nie tylko na imprezie, ale również na spacerach po pięknej okolicy, wizycie w Brasov czy w Branie na Zamku Draculi, zostanie z nami na zawsze. I mogę Wam powiedzieć już teraz, że chętnie powrócimy do Rumunii, żeby połazić po górach i pozdobywać więcej zamków i twierdz, bo to niesamowicie piękny kraj, pełen tradycji, historii i niesamowitych ludzi.
Zdjęcia: Aleksandra Acidolka Hogg
- Hypocrisy, Abbath, Vreid, Vomitory – Gdańsk (09.04.2026) - 12 kwietnia 2026
- PETER TÄGTGREN (Hypocrisy, Pain): „Musicie walczyć o swoje”. - 7 kwietnia 2026
- Kaliber 44, Flapjack, Acid Drinkers – Poznań (13.09.2024) - 23 września 2024
Tagi: Amon Amarth, Behemoth, Dimmu Borgir, Kreator, opeth, Rockstadt Extreme Fest, Rumunia.







