Sum-41 – Łódź (09.11.2024)

Parający się pop-punkiem Kanadyjczycy zagrali w drugą sobotę listopada br. na scenie rozstawionej wewnątrz Atlas Areny. Zorganizowany przez Winiary Bookings przyjazd Sum-41 do Łodzi odbył się w ramach europejskiej odnogi Farewell Tour, czyli pożegnalnej trasy koncertowej. Słynna grupa postanowiła zakończyć działalność, a jej lider, czyli Deryck Whibley, zamierza skupić się na rodzinie.

Zacznę od krótkiej dygresji. Decyzja o rozwiązaniu formacji właśnie teraz wydaje się słuszna i w pełni zrozumiała, bowiem relacje między wszystkimi muzykami pozostają ponoć co najmniej dobre, wydany w tym roku podwójny album zatytułowany Heaven :x: Hell zyskał uznanie zarówno fanów, jak i krytyków, a sam Whibley ma 44 lata. To prawdopodobnie najlepszy wiek, by odpuścić sobie odgrywanie na żywo hitów kierowanych do nastolatków początku pierwszej dekady XXI wieku, bowiem lwią część owych numerów skomponowano ponad 20 lat temu, na długo zanim popularny frontman opuścił mury szkoły średniej.

Wróćmy do początku. Punktualnie o 20:45 z głośników poleciało legendarne T.N.T. pochodzące oczywiście z repertuaru AC/DC, czyli intro mające rozgrzać oczekujących. Nagle na scenę wtargnęło pięciu muzyków, rozpoczynając od Motivation połączonego zgrabnie z solówką gitarową oraz niemalże metalcore’owym breakdownem zapożyczonym ze słynnego 88 z kultowego albumu Chuck. Chwilę później zorientowałem się, że dolna część mojej szczęki po prostu opadła. To z powodu fantastycznej pirotechniki, a konkretniej: kilkupiętrowych, pionowych słupów ognia wzniecających się z różnych obszarów konstrukcji. Wtórowało im rewelacyjne nagłośnienie Atlas Areny. Oj, akustycy pracujący tego wieczoru w obiekcie zasłużyli na niemałą podwyżkę! Już od pierwszych dźwięków wszystkie instrumenty pozostawały odpowiednio selektywne, a wokal nieustannie przemierzającego estradę Derycka górował nad miksem. Co więcej, jego głos brzmiał dokładnie tak, jak na nagraniach zarejestrowanych w okolicach roku 2000.

Zaraz potem „poprawiono” innym klasykiem, czyli The Hell Song. Jak kończyć karierę, to z przytupem! Mimo że łódzka hala daleka była tego wieczoru od wyprzedania, żywiołowe reakcje publiczności nie zawiodły. Gromkie brawa, niekończące się oklaski i głośne śpiewanie refrenów towarzyszyły ekipie z Ontario przez cały czas trwania występu. Doceniał to także sam Whibley, który poinformował zgromadzonych, że Sum-41 przestaje działać, ale dzisiaj spotkaliśmy się tu wszyscy, by świętować dwadzieścia siedem lat kariery pełnej wzlotów i upadków.

Ponadczasowe evergreeny przeplatano nowszymi kompozycjami, dbając o odpowiedni mariaż pop-punku z późniejszym, bardziej metalowym obliczem zespołu. Niemniej najczęściej było nam dane usłyszeć utwory ze wspomnianego wyżej Chuck oraz najnowszego Heaven :x: Hell. Między kawałkami Deryck wielokrotnie pozwalał sobie na dłuższą konferansjerkę. Podkreślał, że owa sobotnia noc pozostaje szczególnie ważna tak dla fanów, jak i samych artystów. Nie zabrakło zachęcania do wspólnego skandowania poszczególnych partii wokalnych, synchronicznego podskakiwania na klasykach takich jak Fat Lip czy In Too Deep, niemalże intymnego wspominania momentów z kariery Kanadyjczyków, a także podziękowań charakterystycznym thank you, thank you, thank you, wypowiadanym również w akompaniamencie przygaszonych świateł.

To nie wszystko. Sum-41 zadbało o aspekt wizualny swoich ostatnich koncertów. W drugiej połowie setu za muzykami nagle zmieniła się gigantyczna, podwieszana płachta (ta pierwsza nawiązywała do ostatniego albumu kapeli), a później za podestem perkusyjnym pojawił się pozdrawiający środkowym palcem Bonesy, czyli wielka, dmuchana maskotka Kanadyjczyków, łypiąca zewsząd świecącymi w ciemności, czerwonymi oczyma. Oprócz wspomnianych wcześniej słupów płomieni (uruchamianych zresztą wielokrotnie), ze sceny poleciała także ogromna ilość konfetti i papierowych łańcuchów, a bezpośrednio za muzykami w pewnym momencie zaczął spadać… prawdziwy wodospad zimnych ogni.

Cały ten spektakl trwał ponad dwie godziny, a grupa jedynie dwukrotnie zniknęła za kulisy, by powrócić na kilka zamykających wieczór numerów. Największą konsternację stanowił bis numer dwa, mający miejsce już po długich pożegnaniach i ukłonach z estrady, kiedy sporo osób zaczęło się już kierować do wyjścia. Wtedy na odchodne zespół zagrał przedłużone So Long Goodbye, a po nim metalowe Welcome to Hell, spajające i tak doskonale wyważony set.

Na sam koniec pozostaje mi jedynie zaznaczyć, że w Łodzi Deryck Whibley wraz z kolegami udowodnili, że Sum-41 pozostaje w rewelacyjnej formie koncertowej i z całą pewnością byłoby w stanie dostarczać świetnych występów jeszcze przez kilka ładnych lat. Zgromadzone w nieoszczędzających się w headbangingu i wymachiwania gitarami artystach pokłady energii wciąż robią bowiem niemałe wrażenie. Kompletnie nie spodziewałem się aż tak mocnej formy od „podstarzałych” pop-punkowców.

Prywatnie jestem przekonany, że Kanadyjczycy będą powracać co kilka lat na pojedyncze koncerty (coś w stylu pojawiającego się to tu, to tam Slayera), jednakże każdy, kto nie dotarł listopadowego wieczoru do Atlas Areny, powinien żałować swojej nieobecności. Sam zapewne również bym tego żałował, czytając niniejszą relację.

Setlista:
Motivation / 88
The Hell Song
Over My Head (Better Off Dead)
No Reason
Out for Blood
Underclass Hero
War
Noots
Landmines
Dopamine
We’re All to Blame
Some Say
Screaming Bloody Murder
Walking Disaster
With Me
Makes No Difference
My Direction
/ No Brains /
All Messed Up
Solówka perkusyjna Franka Zummo
Preparasi a salire
Rise Up
Pieces
(Deryck grający na fortepianie)
Fat Lip
Still Waiting

Summer
Waiting on a Twist of Fate
In Too Deep

So Long Goodbye (przedłużona wersja)
Welcome to Hell

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .