Od wielu lat nosiłem się z zamiarem obejrzenia koncertu któregoś z projektów Aarona Turnera, czyli między innymi lidera nieodżałowanego Isis (nie mylić z bojówką terrorystyczną, chodzi o znakomity zespół parający się niegdyś post metalem – przyp. red.), więc z wielką radością przyjąłem ogłoszenie dwóch występów Sumac w Polsce. Międzynarodowe trio ściągnęła do poznańskich 2Progów ekipa Winiary Bookings, natomiast dzień wcześniej muzycy zagrali w warszawskiej Hydrozagadce.
Szczerze? Dorobek artystyczny sumaka nigdy nie zagrzał na dłużej miejsca na moich playlistach, zaś utwory popularnego „chwasta”, do których zdarza mi się dziś wrócić, można policzyć na palcach jednej dłoni. Nie będę ukrywał – do stolicy Wielkopolski jechałem przede wszystkim po to, by zweryfikować, czy u niemłodego już przecież Turnera wciąż widać tę żywiołową sceniczną ekspresję, eksploatującą organizm (a w szczególności obciążony latami headbangingu kręgosłup) do granic możliwości.
Zanim jednak podobna weryfikacja mogła w ogóle zostać przeprowadzona, kwadrans przed 20:00 na podeście 2Progów zameldował się support w postaci pochodzącej z Finlandii grupy Pharaoh Overlord. Duet przybył do nas ze swoim ostatnim wcieleniem, łączącym elektronikę, szeroko pojmowaną psychodelię i krautrocka. Ostatnimi czasy panów wspiera gościnnymi wokalami sam Aaron, jednakże w Poznaniu Finowie postawili na pozbawiony udziału Amerykanina set didżejski. Pojedyncze, improwizowane linie wokalne dostarczał Jussi Lehtisalo. Oglądanie występu dwóch kolesi prezentujących publiczności nastawionej na ciężkie, postowe, tudzież sludge’owe riffy, swoje niemalże taneczne kompozycje było tyleż dziwaczne, co zabawne, tym bardziej że obaj pląsający za konsoletą Finowie wyraźnie stawiają również na nieco slapstickowe poczucie humoru. Napiszę więc, iż niespełna godzinny performens Pharaoh Overlord niewątpliwie zapadnie mi w pamięć, lecz nie miałem oporów, by w tak zwanym międzyczasie załatwić inne sprawy.
Jeszcze przed setem Sumac spojrzałem na publiczność zgromadzoną w lokalu. Z informacji przekazanych mi przez kumpla oglądającego koncert dzień wcześniej w Warszawie dowiedziałem się, że w kultowym Hydro frekwencja nie dopisała. Na miejscu stawiło się bowiem około stu osób. Natychmiast pomyślałem, iż w Poznaniu pewnie będzie jeszcze gorzej, ale na szczęście mocno się przeliczyłem. W 2Prograch warszawski wynik poprawiono o 50, jak nie 70 osób. Miało to znaczenie również pod względem zajmowanej przestrzeni, wszak poznański klub operuje mniejszą strefą przed podestem dla artystów niż Hydrozagadka. Pisząc krótko, żadnych pustek nie odnotowałem. Jak natomiast prezentował się przekrój wiekowy fanów? Dominowali kolesie po trzydziestce czy nawet czterdziestce, jednakże młodszych osób również nie zabrakło. Co jednak najważniejsze, z całą pewnością wszyscy zgromadzeni dobrze wiedzieli, na jaką kapelę się wybrali. Nie zauważyłem bowiem na miejscu żadnych przypadkowych „turystów”.
Nim trio wieczoru rozpoczęło to, z czym jest kojarzone (czyli sonicznym chaosem), wszyscy trzej muzycy sami spokojnie ustawiali swoje instrumenty, okablowanie i efekty. Nieliczni techniczni udzielali im jedynie drobnej pomocy. DIY pełną gębą! Wówczas zająłem wolne miejsce tuż pod barierką, zaraz pod stanowiskiem Turnera, skąd nie ruszałem się do ostatnich dźwięków koncertu. Sumac zaczął punktualnie o 20:45, witając się z fanami jedynie nieśmiałym machnięciem w ich kierunku. Prawdę mówiąc, a także kolokwialnie rzecz ujmując, autorska kakofonia dźwięku wykrzesana z ich w pełni aluminiowych gitar zmiotła mnie z planszy niemal natychmiastowo. A później było tylko lepiej. Skrajnie przesterowane riffy Turnera wgniatały w ziemię, „gruzujący” bas Briana Cooka było czuć w klatce piersiowej, a nad wszystkim górowały rewelacyjne, skomplikowane partie bębnów Nicka Yacyshyna. Ten ostatni nie boi się zresztą uderzyć w werbel, ciosając kolejne uderzenia znad głowy.
Panowie nie oszczędzali się od pierwszej do ostatniej minuty setu, który z całą pewnością (mimo że prywatnie nie cierpię tak patetycznie brzmiących słów) mogę nazwać swoistym, post metalowym misterium. Bo jak inaczej opisać występ, podczas którego członkowie zespołu notorycznie zamykają oczy, by ponieść się w transie chaotycznych improwizacji, trwających długie minuty, a kończących się dopiero wtedy, gdy ostatnia nuta przestanie wybrzmiewać?
Cały ten trans odbył się bez większych wpadek w odgrywaniu kolejnych, monumentalnych numerów. Artyści co chwilę wymachiwali gitarami, a podczas krótkich przerw między niekończącym się headbangingiem „łamiącym” ich samych niemalże w pół, brali po ledwie kilka łyków wniesionych na podest napojów. Bodaj najwięcej usłyszeliśmy z zeszłorocznego krążka The Healer, a utwory zaprezentowano w taki sposób, by jedna kompozycja przechodziła w drugą. Momentami trudno było się więc w nich połapać, aczkolwiek to oczywiście zabieg celowy, mający podtrzymać wykreowaną atmosferę.
Wszystko skończyło się na kilka minut przed 22:00 i prawdę mówiąc, ewentualne przedłużenie setu mogłoby wpłynąć niekorzystnie na odbiór Sumac. Moje uszy miały już wtedy serdecznie dość zgrzytu, który w większych stężeniach jest po prostu fizycznie męczący. Tym większy podziw dla Artystów (celowo wielką literą) za wytrwałość w prezentowaniu ich sztuki. Sztuki w ujęciu dosłownym, gdyż ich występy należy odbierać nie w kategorii show, a właśnie odtworzenia zarejestrowanej niegdyś w jakiejś formie sztuki.
Jak zatem przebiegła wspomniana wcześniej weryfikacja? W chwili pisania tych słów zarówno Cook, jak i Turner mają po 47 lat, ale upływ czasu widoczny jest jedynie po ich twarzach. Dane mi było pogadać chwilę i z jednym i z drugim; obaj panowie byli uśmiechnięci, serdeczni, otwarci, a przede wszystkim niezwykle uprzejmi. Wyraźnie czuć szacunek do odbiorcy, a to się ceni. Tak czy inaczej, wygląda na to, iż miejsce, jakim jest scena, magicznie rewitalizuje wszystkich trzech instrumentalistów, którzy w Poznaniu zagrali tak, jakby jutra miało nie być. A przecież było – a razem z nim ich koncert w Berlinie.
Reasumując: było na tyle wspaniale, że kolejnego dnia zabrałem się za wnikliwe przesłuchanie dyskografii Sumac. Na sam koniec jeszcze dobra rada: jeżeli projekt kiedykolwiek odwiedzi Polskę ponownie, koniecznie wybierzcie się, by ujrzeć to trio na własne oczy. Panowie grają w swojej własnej lidze, zaś obserwowanie interakcji między nimi to czysta przyjemność. Pozwolę sobie nawet na tezę: jest Sumac, a później długo, długo nic.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






