Działalność Wija śledzę od czasu debiutanckiego Dziwidła i aż nie chciało mi się wierzyć, że dotychczas nie miałam okazji zobaczyć ich na żywo. Na szczęście ich trasa (czy też, jak sugerowała wypowiedź wokalistki Tui Szmaragd, ich „obwoźny cyrk śmierci”) zawitała również do Katowic, by uraczyć widownię opowieściami niesamowitymi i porządną dawką muzyki rockowej.
Podczas całej trasy przed Wijem gra Narbo Dacal – podobnie jak headliner z Warszawy, tak i krakowski support jest triem. Tak oszczędny skład potrafi podbić serca publiki równie skutecznie, co dwa razy większy zespół, czego dowodem były oba niedzielne koncerty w Music Hub. Narbo Dacal (gdzie obowiązki wokalne pełni basistka), oraz oczywiście Wij z charyzmatyczną, pełną energii frontwoman reprezentują też coraz liczniejszą na polskiej i międzynarodowej scenie grupę formacji, w których centralnymi postaciami są kobiety.
Widownię rozgrzał Narbo Dacal, którego materiał znakomicie wprowadził w klimat wieczoru. Passion Flower z najnowszego albumu grupy wydawało się wprost stworzone na koncertowy otwieracz, a pomimo doom metalowego klimatu, jaki przeważał w ich brzmieniu, nie zabrakło wpływów sludge i progowych wtrętów oraz rockowej siły. To połączenie potrafiło uderzyć do głowy niczym diabelska mikstura i chwała artystom za to. Wokal basistki Elizy wypadł na żywo równie fenomenalnie, co na albumie, ponadto pełna profeska na perkusji w wykonaniu Bartka (Owls Woods Graves, Inkwizycja) trzęsła klubem w posadach (cytując klasyka: tak było, nie zmyślam, gdyż nieduża scena Music Hub chwilami drżała), z kolei gitarzysta Drut zadbał o wyraziste riffy i melodykę.
Następne numery w wykonaniu trio z Krakowa, choć dynamiczne, były również dość mroczne, jak Roses z najnowszego wydawnictwa Elysium Now, czy pochodzące z debiutanckiej EPki Ice Pick. Eklektyczne Devil’s Snare (jak sugeruje tytuł) nabrało już znacznie cięższego, wprost piekielnego brzmienia, a przy tak mocnej setliście entuzjastyczna reakcja widowni na Narbo Dacal była w pełni zrozumiała. Nagłośnienie również wypadło jak należy, więc naprawdę ciężko było na cokolwiek narzekać.

Wij przejął scenę punktualnie, zgodnie z rozpiską eventu. Na pierwszy ogień poszło nośne Jutra Nie Ma, a ich koncert aż kipiał od zaraźliwej energii, która dosłownie rozsadzała piwniczny klub.
Widownia błyskawicznie podchwyciła rockową dynamikę utworu, a jeśli o samych występujących chodzi, to chyba nigdy bym nie powiedziała, że mieli za sobą dwa koncerty w ten sam weekend. Pełna profeska, fantastyczna energia i czysta frajda, jaką mieli z wykonywanych utworów – tego nie da się podrobić.
W dodatku zespół utrzymywał narzucone na początku tempo i konsekwentnie przedstawiał widowni banger za bangerem, przerywany od czasu do czasu konferansjerką Tui Szmaragd wyjaśniającej znaczenie poszczególnych utworów. Tym sposobem klub zawojowała Panzerfura, jeden z cięższych numerów w ich repertuarze, po której Dziwidło zapewniło wydarzeniu stonerowo-doomową aurę. Najlepsze miało jednak nadejść na koniec. Nieprawdopodobnie wprost chwytliwe Oko, singlowy Poroniec o heavy/doom metalowym charakterze czy odśpiewany częściowo z pomocą widowni W Przymierzu z Diabłem (będący oczywiście coverem klasyka Venom) dodatkowo rozruszały publikę, która domagała się więcej. Na bisy zagrano Brek Zarith, którego orientalny vibe i tekst inspirowany komiksowym uniwersum Thorgala ukontentowały chyba każdego i naprawdę ciężko było odczuwać niedosyt.
Chociaż miało być o muzyce, słowem wtrącenia muszę tutaj wspomnieć również o tekstach Wija, które są chyba jednymi z najbardziej oryginalnych i pomysłowych w polskiej scenie alternatywnej. Gry słowne, odniesienia do popkultury (zwłaszcza komiksów i estetyki oldschoolowych horrorów), folkloru, licznych mitologii i historii bądź stworzeń tak osobliwych, że czasem ciężko w nie uwierzyć – majstersztyk. Nie mówiąc już o tym, że refren jednego z ostatnich numerów („Klecho, z raju won!”) stanowił wprost idealne słowo na niedzielę.

Wieczór cechowała przy okazji świetna atmosfera, na wpół kameralna, na wpół luzacka. Dlaczego o tym wspominam? Bo aż roi się od pozornie drobnych rzeczy, które uświetniły katowicki przystanek trasy. Publika bawiła się wspaniale już na supportującym Narbo Dacal, członkowie obu zespołów nawzajem oglądali swoje koncerty wmieszani w publikę, po występie można było zrobić sobie na stoisku z merchem wspólną fotkę z artystami, bądź poprosić o autograf – idealne zakończenie wieczoru po swawolach pod sceną i jednocześnie miły, bardzo „ludzki” akcent.
Do końca trasy pozostały jeszcze cztery przystanki (między innymi w Gdańsku i Poznaniu), więc jeśli tylko macie po drodze któryś z nich, koniecznie weźcie go pod uwagę. Wij i Narbo Dacal potrafią urządzić znakomite show, a patrząc na rosnącą popularność tych pierwszych, w zasadzie to tylko kwestia czasu, aż znaczną zapełniać większe kluby.
Setlista Wija:
Jutra nie ma
Panzerfura
Dziwidło
Niezatapialny
Lucyferyna
Żmij
Narwal
Skrzypłocz
Oko
Poroniec
W Przymierzu z Diabłem
Z raju won
Brek Zarith
- Źrenice – „Śnienie” (2026) - 12 marca 2026
- Cold in Berlin – „Wounds” (2025) - 3 marca 2026
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025






