Podsumowanie roku 2023 wg redakcji KVLT

Rok 2023 za nami!

Ależ bogato obrodził ubiegły rok! Na rynku muzycznym pojawiły się zarówno nowinki, jak i długo wyczekiwane wydawnictwa. 2023 to powrót na scenę gigantów rocka i wielmożnych mainstreamu, nowe albumy The Rolling Stones, Petera Gabriela, poczciwego Iggy’ego Popa w rocznych podsumowaniach bardzo dobrze poradziły sobie wśród młodszego towarzystwa, co należy odnotować. Nieco w tyle błyskali solidni gracze w postaci Foo Fighters, Queens of the Stone Age albo dawno niesłyszani Blur czy Slowdive…. obok których w większości przemknęliśmy raczej obojętnie. Za to w naszych rankingach stabilnie, ale oczywiście nie bez niespodzianek. Dociążali nas solidnie i elegancko Obituary, Suffocation i Cannibal Corpse, o których się spieraliśmy. Hexvessel, Whalesong albo Wayfarer wspaniale mylili nam tropy i krzyżowali różne ścieżki. Grubą krechą podkreślamy stanowisko, że w polskim półświatku muzycznym działo się ciekawie i godziwie. Zgodnie kiwaliśmy głowami w rytm świetnych, rodzimych albumów Totenmesse, Mānbryne czy Dopelord. Oprócz udanych i kolorowych koncertów niezliczonej ilości, coraz lepszych festiwalów i inicjatyw muzycznych, rozrywki i dyskusji dostarczały nam zaś żarliwe bitwy internetowe z serii love or hate na przykład o Furię czy Wij. Co to był za rok, co za emocje!

Zapraszamy do podsumowania roku 2023 według redakcji KVLT!


Marcin „Mały” Brzeźnicki

Myśląc o podsumowaniu mojego muzycznego roku 2023, byłem pewien, że będę miał mega problem, by uzbierać solidny Top10. Kilka premierowych pewniaków ’23 poważnie mnie zawiodło (Cannibal Corpse czy Helmet), zaskoczeń natomiast było kilka. Tu zabłysnęła nasza scena krajowa, m.in. związana z ruchem hardcore: Death Crusade, Faul Techniczny, Burning Sky albo Wij. Było u mnie też „na bogato” ze wznowieniami, którymi zasypały trzy wytwórnie: BMG z ich pięknymi, winylowymi smakołykami; Thrashing Madness z całą górą wydawnictw polskiego podziemia, i Spook Records, dbająca o to, bym nie zapomniał o scenie HC. Naczytałem się także wiele o wielkim powrocie nu metalu, ale po sprawdzeniu kilku debiutantów niekoniecznie warto było poświęcać uwagę i wręcz sztucznie pompować temat. No to co, lecimy!

  1. Suffocation „Hymns From the Apocrypha”. Od pierwszego odsłuchu wiedziałem, że ta płyta znajdzie się na pierwszym miejscu mojej topki. Odnowiony skład i spora przerwa wydawnicza dodały weteranom technicznej rozwałki skrzydeł, co zaowocowało świeżą, aczkolwiek mocno zakorzenioną w stylu zespołu death metalową, soniczną masakrą.
  2. Obituary „Dying of Everything. Początek roku przyniósł cios w postaci nowego krążka jednego z najlepszych death metalowych zespołów wszech czasów. Ich miarowy, ciężki, nieskomplikowany styl na Dying of Everything zaoferował wszystko, co najlepsze w Obituary. Jest przebojowo, jest staromodnie, jest klasycznie, ale bez powtarzania się i zjadania własnego ogona.
  3. Nuclear Power Trio „Wet Ass Plutonium”. Ilekroć oglądam muzyków N.P.T w którymś z teledysków, nie mogę wyjść ze zdumienia, jak odważnym pomysłem było użycie masek Putina, Trumpa i Kim Dzong Una. Patrzenie jak troje szalonych przywódców wygrywa techniczny, progresywny metal zawsze wywołuje u mnie gorzki śmiech, a umiejętności podziw. Nie słucham na co dzień za wiele takiej muzyki, ale nuklearne trio pomysłem i wirtuozerią porwało mnie jak zwolenników Trumpa hasło „make America great again”.
  4. Will Haven „VII. Will Haven to zespół, który w latach 90. obok Meshuggah, Neurosis czy The Dillinger Escape Plan zaczął kroczyć ścieżką, która z góry skazała ich na hermetyczne audytorium. Gdy poznałem WH w 2001 roku za sprawą płyty Carpe Diem, czułem się jak Will Smith w „I am Legend”, czyli skrajnie osamotniony. Czasy nieco się zmieniły, nurt został doceniony, a VII dziś jest świetne i zasługuje na zestawienie go z największymi tytułami złamocre’a.
  5. Schizma „Upadek. Bardzo fajnie się złożyło, że weterani sceny HC w Polsce przy okazji dobrej kondycji ułożyli się z Piranha Music, która rośnie w siłę, a każda rzecz przez nich wydawana cieszy się silnym wsparciem i dobrym odbiorem. Upadek jest dowodem na to, że dobry materiał plus odpowiednia promocja mogą zdziałać wiele. Schizma wróciła z pełnym albumem po wielu latach, kopiąc dupę niedowiarkom. Takiej radości z grania zespołowi życzę zawsze, zarazem zazdroszczę kondycji, bo zaprawdę młodziki to już nie są, a potrafią zawstydzić nie jednego hardego. Szacunek.
  6. Cunabula „The Weight of Sleep. Mam wrażenie, że klasyczny post metal jako gatunek nieco ucichł w ostatnim czasie. Był okres, że byliśmy zalewani kolejnymi premierami zespołów obracających się na tym polu. Zauważyłem to dopiero, gdy trafiłem na nową płytę Cunabula i okazało się, że brakuje mi takiego grania. Jest to nowa nazwa na metalowej mapie, ale zdecydowanie zasługuje na sprawdzenie i większą uwagę.
  7. Katatonia „Sky Void of Stars. Katatonia w swej historii zafundowała nam kilka poważnych zmian stylistycznych i mam wrażenie, że ostatnie ich dzieło jest kolejnym krokiem ku nowemu. Muzycy wpuścili tu troszkę pozytywniejszych nut, co spotkało się ze sporym wzburzeniem u fanów. Pojawiły się także silne nawiązania do starego, progresywnego rocka, co w połączeniu ze stylem Katatonii wyszło w moim uznaniu ciekawie. Jestem bardzo ciekawy, co przyniesie przyszłość.
  8. +++(Crosses) „Goodnight, God Bless, I Love U, Delete. Chino Moreno towarzyszy mi praktycznie od lat nastoletnich, gdy zafascynowany Kornem sięgnąłem po Deftones Around the Fur, które to podobno poruszało się w podobnym klimacie. Moreno uwiódł swym melancholijnym stylem i pozostał już w moim sercu na zawsze. +++(Crossess) odnajduję jako odświeżenie jego wizerunku i kolejny pokaz talentu, jakim dysponuje. O ile kilka ostatnich płyt Deftones ciężko nazwać mi optymalnymi, o tyle na jego nowym projekcie nie dość, że się nie zawiodłem, to wręcz bardzo mocno zachwyciłem.
  9. Suicide Silence „Remeber You Must Die. Deathcore dla mnie w chwili obecnej jest martwy, okazał się modą i został wyeksploatowany bardzo szybko. Z pozostałych w boju doceniam już tylko dwie nazwy – Despised Icon i Suicide Silence – które od  początku były czymś więcej niż zbiorem grzywek, wąskich spodni, kolorowych tatuaży, breakdownów i pigsqueli. Remember You Must Die jest dowodem, że muzycy swą brutalną sztukę kochają, potrafią robić i mają w dupie mody. Album jest ciężki jak żarty Wojciecha Manna, a brzmienie miażdży.
  10. New World Depression „Interment of Sins. Moją listę zamyka album moich metalowych, niemieckich przyjaciół, z których jestem najnormalniej bardzo dumny. Z muzykami N.W.D znam się kilkanaście lat, znam ich każdy album i obserwowałam rozwój z bliska. Interment of Sins uderzył mnie jakością, ogromem postępu, jaki zespół poczynił i skosił przebojowością. Oldschoolowy death metal czerpie z tradycji, oddając hołd najlepszym w sposób nienachalny, zachowując własny styl. Bardzo dobry album nagrany przez fajnych ludzi.


Piotr Czwarkiel

DopelordSongs for Satan”. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słuchałem tego albumu. Zespół lubię nie od wczoraj i nie będę ukrywał, że mocno wyczekiwałem na nowy materiał, ale nie wierzyłem, że przebiją niesamowity „Children of the Haze”. Piosenki dla Szatana to płyta kompletna od A do Z!

PopiórPomarlisko”. To wydawnictwo, które mocno spolaryzowało słuchaczy metalu w naszym kraju, tu jest albo 0, albo 1. Uważam, że w bardzo dobrym klimacie stworzyli materiał z czuwającym duchem Romana Kostrzewskiego. Ja lubię i polecam.

MānbryneInterregnum: O pr​ó​bie wiary i jarzmie zw​ą​tpienia”. Już debiut Manbryne przykuł moją uwagę. Następnie z ciekawością zobaczyłem ich występ na SDLu. Nowa płyta jest po prostu bezbłędna.

ZørormrThe Monolith”. Na nowy album Zorro przyszło mi czekać 8 lat. Ale warto było. To nowocześnie brzmiący black metal ze świetnie zaśpiewanymi wokalizami.

CunabulaThe Weight of Sleep”. Zawsze uwielbiałem underground. Ten band poznałem na litewskim Kilkim Zaibu Festival dobrych kilka lat temu. Zrobili na mnie takie wrażenie, że ich nazwa została wykuta w mojej głowie chyba na zawsze. Moim zdaniem to najlepsza post-metalowa płyta wydana w 2023 roku.

MorrathCenturies of Blindness”. Bardzo cenię młodą krew na polskiej scenie. Chłopaki z Morrath konkretnie pokazali jak grać old schoolowy death metal. W mojej ocenie to najlepszy debiut 2023 roku. Change my mind!

FlapjackSugar Free”. Niektórzy upatrują powrót Naleśnika w sferze bardziej komercyjnej, pomimo braku oryginalnego wokalisty (RIP Guzik). Nie wiem, ja oceniam muzykę, która pokazuje, że ten skład się sprawdza i jak się okazuje nagrał płytę w klimacie starego Flapa. Mocno i z kopniakiem (oczywiście w glanach).

Totenmesse „Fiktionlust”. Może ekipa Stawrogina paszportu Polityki nie otrzyma, ale w mojej ocenie to muzycznie kapitalne wydawnictwo. Dzikość, agresja i mnogość melodii. To lubię w black metalu.

KatatoniaSky Void of Stars”. Mój redakcyjny kolega w recenzji mocno chwalił ten krążek. Ma rację, to jeden z najlepszych albumów melancholijnych Szwedów od naprawdę dobrych kilku lat.

UkćComing Out”. Z tym wydawnictwem się polubiliśmy. To chyba drugi materiał po debiucie Popióra, o którym w polskim „metalowym internecie” było głośno. Album turbo osobisty, co słychać w nieszablonowych lirykach.

Na koniec kilka wyróżnień:

  • NYOSWaterfall Cave Fantasy, Forever”. Ktoś by pomyślał, że noise-rock jest nudny, ale nic bardziej mylnego. Fiński duet na tej płycie przeskoczył swoje poprzednie muzyczne dokonania.
  • DominanceSlaughter of Human Offerings in the New Age of Pan”. W skrócie: Marduk w polskim wydaniu. Ta płyta niszczy przez całe 30 minut jej trwania.
  • VarmiaNie nas widzę”. Po niezbyt moim zdaniem udanej „Bal Ladzie”, ta płyta weszła bez przysłowiowej popity. Lasota w większym stopniu postawił na folk i te partie zrobiły tej płycie naprawdę dobrze.
  • WolvennestThe Dark Path to the Light”. Muzyczny rytuał, w którym łatwo się zatracić.


Annika Gucwa

Wraz z zakończeniem roku powinnam chyba uczciwie uprzedzić, że mam tendencję do wybiegania w przyszłość i zniecierpliwiona czekam już na kilka wydawnictw, jakie mają się ukazać w 2024. Pozostając jednak w teraźniejszości, naprawdę pozytywnie zaskoczyła mnie ilość ciekawych albumów, które miały swoją premierę w 2023. Podsumowanie wypada może i mało metalowo, jednak niezmiennie alternatywnie, od elektroniki po noise, poprzez doomowe oraz ambientowe klimaty, a ponadto bardzo cieszy mnie fakt, jak wiele zespołów, które zaliczam do swoich „znanych i lubianych”, powróciło z mocnymi pozycjami w swoich dyskografiach.

Årabrot „Of Darkness and Light„. Wizjonerzy Kościoła Årabrot nie mają na swoim koncie słabych albumów, a wraz z wydaniem Of Darkness and Light jedynie ugruntowali swoją pozycję wśród moich faworytów 2023. Z jednej strony ich rockowe hymny są nieziemsko chwytliwe, z drugiej elektryzujące i pełne hipnotycznej aury – na tyle przyciągającej, że do grona wyznawców Årabrot powinno dołączyć więcej wielbicieli szczerego i często prostego (jednak nigdy prostackiego) rockowego grania.

Sierra „The Story of Anger„. Na singlach oraz EPkach francuska artystka konsekwentnie prezentowała muzykę elektroniczną najwyższej próby, a jej debiutancki album dodatkowo to potwierdził. Tracki są zróżnicowane, ale jednocześnie składają się na spójną całość, których elementem wspólnym są mocne basy, wprawiające w trans syntezatory i pulsujący rytm, który czuje się w całym ciele. Ogromny plus należy się za współpracę między innymi z Carpenter Brut i Health, dzięki czemu świetny album zasługuje na miano fenomenalnego.

Gunship „Unicorn„. Elektroniki ciąg dalszy. Mowa o niepoprawnie wprost chwytliwym albumie Brytyjczyków z Gunship, który na dobre zagościł w moich głośnikach. Artyści sami określają swój sound mianem „neo retro”, a każdy z ich tracków aż kipi od pomysłów. Dodajcie do tego występujących na niemal każdym utworze gościnnych artystów (wśród nich – a jakże – znaleźli się Carpenter Brut oraz Health), którzy zapewniają różnorodność materiału, a łatwo dojść do wniosku, że takie połączenie nie mogło się Gunship nie udać.

Asbest „Dystopium„. Przy takim tytule raczej nie sposób spodziewać się lekkiego w odbiorze albumu i przystępnych, piosenkowych klimatów. Asbest ze swoją aurą rezygnacji i rozpaczy, dołującą monotonią oraz z pewnym pierwiastkiem szaleństwa mają wszystko, co potrzebne, by zniechęcić do siebie szeroką publiczność i zachęcić mniejsze grono słuchaczy na tyle zdeterminowanych (czy też zdesperowanych) i skrzywionych, by dotrwać do końca albumu. Mnie kupili w zasadzie od razu.

Urfaust „Untergang„. Czym byłoby podsumowanie roku bez blacku? Pomimo ciszy, jaka ostatnio zapanowała u Holendrów z Urfaust, ciężko było mi uwierzyć, że ich projekt kończy działalność. Jeden z niewielu zespołów black metalowych, które miały coś ciekawego do powiedzenia, zakończył przecież karierę po dwudziestu latach. Untergang stanowi godne pożegnanie i zarazem ukłon w stronę pokręconego, często szaleńczego blacku wprawiającego w trans i hipnotyzującego zarówno opętańczymi wrzaskami, jak i wwiercającymi się w mózg riffami.

Whalesong „Leaving a Dream„. Znakomici studyjnie i na żywo Whalesong powrócili z dwugodzinnym dziełem, przekraczającym wszelkie gatunkowe granice. Ich najnowszy album zmierza jeszcze dalej w stronę muzycznej ekstremy i łączy w sobie między innymi industrialną ciężkość, doom metal, wstawki rodem z blacku i ambientowe przejścia. U wielu zespołów mogłoby to zakrawać o przesadę lub przyprawiać o zawroty głowy, w przypadku Whalesong przyprawia za to o ciarki zachwytu i zmusza do wsłuchania się w ich twórczość.

Hexvessel „Polar Veil„. Mam słabość do psychodelicznego folku/rocka zaprawionego doomem i całym mnóstwem nieoczywistych rozwiązań, jakimi dysponują Hexvessel. Ich najnowsze dzieło jest w dodatku równoznaczne z black metalowym charakterem kompozycji, chłodem wiejącym z każdego utworu i niesamowicie ciekawym połączeniem gatunków.

Fvnerals „Let the Earth be Silent„. Apokaliptyczny, ciężki i momentami rytualny materiał Fvnerals zagościł w moich słuchawkach na długo przed premierą i na długo po premierze w nich pozostał. Atmosfera zmienia się z onirycznej w koszmarną, zaś apokaliptyczny klimat sąsiaduje tu z pozornym spokojem, przypominającym ciszę przed burzą.

Health „Rat Wars„. Health raczej nie należą do zespołów, które przejmują się trendami i podsumowaniami roku. Rat Wars wydano w grudniu, a utwory bardzo chwytliwe zestawiono z noise’owymi zgrzytami, industrialną szorstkością oraz elektronicznym zgiełkiem.

In This Moment „Godmode„. Moją tegoroczną dziesiątkę zamyka wydawnictwo poprzedzone tak mocnymi singlami, że po prostu musiało być dobre. Podobnie jak na paru ostatnich albumach ITM, tak i na Godmode możemy liczyć na mocny, charakterystyczny wokal oraz rockową chwytliwość połączoną z metalcore’owym uderzeniem.

Dodatkowo wyróżnienia:
Nieświęta trójca albumów, których nie sposób pominąć w tym zestawieniu. Kolejna dawka elektroniki i dwa debiuty, którym bardzo kibicuję.

Denuit „Ritual„. Duet z Montpellier ma za sobą debiut utrzymany w klimatach coldwave/darkwave, na którym czerń zdaje się sączyć z głośników, a elektronika wybrzmiewa w tle onirycznych, „wiedźmowych” wokali.

Sang Froid „All-Nighter„. Kolejny debiut na liście, znowu z Francji, tym razem reprezentujący inny gatunek. Gothic rock jest tutaj grany przez artystów znanych między innymi z Regarde Les Hommes Tomber, a wzmocniony syntezatorami repertuar Sang Froid brzmi niezwykle klimatycznie.

Heretoir „Nightsphere„. Post-black/shoegaze metal w wykonaniu Heretoir jest przepełniony emocjami i pomimo melodyjności ma w sobie pewną surowość. Ponad 40 minut mija niepostrzeżenie, za co chwalę sobie najnowszą płytę zespołu z Bawarii.


Paweł Lach

Uwielbiam przeglądać roczne zestawienia – zawsze wyłapię coś dla siebie, bo w natłoku premier niestety sporo wybitnych rzeczy umyka uwadze. A zatem moje podsumowanie to żadne TOP 10 mijającego roku. Niżej wymienionych premierowych albumów z muzyką metalową, hałaśliwą, ale też klimatyczną, po prostu najczęściej słuchałem w 2023 roku. Jaki to był rok? W mainstreamie naznaczony powrotami tuzów spod znaku The Rolling Stones, Petera Gabriela, plus „nowa” piosenka The Beatles, a na polskim podwórku ukazał się długo wyczekiwany album Lecha Janerki. W metalu świadectwo żywotności gigantów death metalu – Autopsy, Cannibal Corpse, Obituary, Incantation, Suffocation nagrali naprawdę dobre płyty i pewnie każda zasługuje na to, by się w czymś TOP10 znaleźć. Ja akurat postawiłem na inne pozycje. Lista ułożona alfabetycznie, bo to żadne wyścigi.

Ahab „The Coral Tombs. Ahoj przygodo! Ponownie Ahab zapraszają na podmorską, doomową podróż, pełną mocy posuwistych, ciężkich riffów i klimatu. Razem Profesorem Arronaxem pozwiedzacie odmęty oceanów, które wciągają i uwodzą. Nie tylko dla miłośników marynistyki.

Blut Aus Nord „Disharmonium Nahab”. Ot, hałaśliwie egzorcyzmy nad ciałami Wielkich Przedwiecznych. Kosmicznie i rytualnie, na granicy tego, co może jeszcze w muzyce sprawiać przyjemność. Właściwie to nie wiem, czy mnie urzekło, czy tylko doprowadzało do szaleństwa.

Cavalera Conspiracy „Morbid Vision”. Choć nie jestem miłośnikiem ponownego nagrywania klasycznych materiałów, to czasem powstaje coś, co bardziej przekonuje mnie niż oryginał. To właśnie taki przypadek, z wielu powodów.

Crippling Madness „Władcy Nocy”. Bezpretensjonalna muzyka zawieszona gdzieś pomiędzy diabolicznym thrash metalem a death metalem w starym stylu. To mógłby być hit gdzieś u schyłku lat 80. Brzmi jak niechciane, poczwarkowate dziecko Slayera i Death, raczej pełzające w średnich tempach i brzmiące „po florydzku”. A do tego teksty po polsku i cudowna oprawa graficzna, jak z komiksu Mike’a Mignoli.

Dying Fetus „Make Them Beg for Death”. Amerykanie nagrali płytę soczystą, pełną dobrych riffów. Całość brzmi dziarsko, z odpowiednim groovem, na swój sposób „przebojowo”, a jednocześnie zdradza dużą biegłość techniczną muzyków. Klasycznie i świeżo jednocześnie, jeśli procesy gnilne świeżymi nazwać można. Teksty i doskonała grafika na okładce, w estetyce starych slasherów, dopełniają chorej, a zarazem wysmakowanej całości.

Hexvessel „Polar Veil”. Wcześniejsze dokonania Finów pozostawiły mnie raczej obojętnym do tej pory (pewnie w 2924 nadrobię rzucę uchem raz jeszcze), ale najnowszy album przykuł moją uwagę najpierw piękną i niepokojącą okładką. Dźwięki okazały się równie magiczne, łączące neo folk, post-rock i black metalową nostalgię za skandynawskimi latami 90. Wyszła im rzecz niezwykle stylowa i klimatyczna, doskonała na zimowe, długie spacery.

Malokarpatan „Vertumnus Caesar”. Klasyczny hard rock/heavy metal, prog rockowe wtręty, jak z lat 70., black metalowa, mroczna atmosfera i coś ze słowiańskiego ducha pełnego guseł. Kłania się trochę klasyczny Kat, trochę Master’s Hammer. Słowacy na najnowszym albumie zapraszają na dwór cesarza Rudolfa II, gdzie pełno czarnoksiężników, okultystów i alchemików. Mieszanka iście magiczna!

Marduk „Memento Mori”. Słuchałem z takim samym podziwem, jak wydanej parę lat temu płyty Impaled Nazarene, które swego czasu również znalazła się w podsumowaniu. Wściekłość i szczere emocje – coś, co przystoi młodzieniaszkom, a co często zatracają klasycy, bez względu na zasłużoną pozycję i chęci. Oni tego nie zgubili. Są wciąż nieokrzesani i niebezpieczni. Znakomita black metalowe hymny na cześć Śmierci.

Tenhi „Valkama”. Płyta na wieczór, na uspokojenie. Ale choć to leniwe dźwięki, to nasycone mocą i klimatem, z pewnością nie nudne. Finowie nagrali niezwykłą płytę, pełną melancholii, oniryczną, baśniową. A głęboki, ciepły, ale szorstki głos wokalisty w połączeniu z egzotycznym dla nas fińskim językiem, przynosi odrobinę magii.

Triump of Death „Ressurection of the Flesh”. Oprócz tego, że to pierwsze i jedyne nagrania koncertowe legendy – co stanowi wartość samą w sobie – płyta jest świadectwem wcale nie triumfu  śmierci, a wytrwałości. To wyklęty swego czasu Hellhammer miał rację, a krytycy się mylili. Ich brudna, z pozoru prymitywna propozycja, stała się obowiązującym kanonem dla całego metalowego nurtu i jego bękartów, inspiracją dla pokoleń. Fajnie posłuchać tych klasycznych nagrań w wersji live.


Joanna Pietrzak

Moja ubiegłoroczna lista muzycznych wyróżnień to słodko-gorzkie pomieszanie z poplątaniem najwyższej próby. Wszystkie wybrane pozycje są dla mnie ważne, najlepsze, skrajnie różne, co wyjątkowo czyni tę listę w jakiś sposób dokładnie obrazującą moje nastroje roku 2023.

  • Peter Gabriel „i/o„. W ogóle nie czekałam na tę płytę, okres świetności Petera uznałam za zamknięty. Tymczasem doświadczenie koncertu tej legendy było moim marzeniem, które udało mi się zrealizować, a nowy album stał się tego dopełnieniem i jednocześnie okazał się bardzo, bardzo dobry. Uff. Moje największe muzyczne zaskoczenie.
  • RUIM „Black Royal Spiritism -I- O sino da igreja„. Ciężko, ciężej, najciężej i jak melodyjnie!
  • Hexvessel „Polar Veil”. Wszystko mi się tu zgadza, idealnie współgra klimat, melancholia i pewna zimna piosenkowość, która zatrzymała mnie długo przy tej płycie.
  • Dodheimsgard „Black medium current. Nic mi się tu nie zgadza i to jest najlepsze. Długaśne, poplątane kompozycje, doskonałe wokale przemieszane z doskonałymi patentami na paraboliczne rozwinięcia. Uwielbiam!
  • Go Go Penguin „Everything is going to be ok„. Jazz w wydaniu przystępnym, dla tych mniej i bardziej kumatych w takie rejony. Polecam niezmiennie. Wybierzcie mądrze ludzie metalu, nie sugerując się etykietami.
  • Fange „Privation. A już myślałam, że miłość do szlamowatego sludge’u wygasła na dobre. Błąd, Fange udowodnili to na SDLu’23, aż okulary spadły mi z wrażenia.


Hubert Pomykała

W moim odczuciu, 2023 rok był udanym i ważnym rokiem dla muzyki metalowej. Przygotowanie niniejszego podsumowania nie należało do najłatwiejszych, ponieważ kilka dobrych płyt wyleciało z mojej listy dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem pisania mojej odsłony naszego podsumowania. Nie przedłużając, przejdźmy do listy.

  1. Totenmesse „Fiktionlust. Z trzech udanych polskich krążków black metalowych, które ukazały się na przestrzeni ostatnich miesięcy minionego roku (mowa o płytach Totenmesse, Manbryne i Furii), to pierwsze wydawnictwo wywarło na mnie największe wrażenie. Stało się tak zapewne dlatego, że Fiktionlust brzmi na wskroś brzydko, odrzucająco i nieprzystępnie. Krakowiacy oddali w nasze ręce zapis pełnego agresji gniewu. Podlano go głębokim żalem do świata i rozczarowaniem otaczającą nas rzeczywistością. Krótko mówiąc: samo gęste. Taki black metal lubię najbardziej i właśnie takiego black metalu poszukuję.
  1. Wolvennest „The Dark Path to the Light. Belgowie zarejestrowali dojrzały i przemyślany album. Ze świecą szukać tu słabych czy nawet średnich momentów. Skąpane w pogłosach partie instrumentalne świetnie współgrają z charyzmatycznym wokalem Shazzuli. Dodam, że jej fenomenalne linie wokalne z TDPtoL zapadły mi w pamięć już po pierwszym odsłuchu krążka i nie odpuszczają kilkadziesiąt przesłuchań później.
  1. None „Inevitable. Nieuniknione spełniło moje zapotrzebowanie na odpowiednią dozę nostalgii, melancholii i podniosłych, skrajnie przesterowanych gitar. Zbiór emocji odczuwanych przeze mnie w trakcie odsłuchu drugiej połowy Inevitable jest żywy i dziwnie znajomy. Prawdę mówiąc, żadne wydawnictwo nie poruszyło mnie ostatnimi czasy w podobny sposób, co najnowsze dokonanie None.
  1. Grave Pleasures „Plagueboys. Co tu dużo pisać – Plagueboys to po prostu równy, udany i przyjemny w odsłuchu materiał. Czuć, że Grave Pleasures wciąż zgrabnie łączą ze sobą zimną falę, gotyk i powidoki post punku.  Na dodatek, kłaniają się w pas w stronę klasyków ww. gatunków, takich jak The Cure, The Sound i Killing Joke.
  1. Baroness „Stone. Uważam, że Baronowa nigdy nie nagrała słabego krążka, ale zdarzało jej się wypuszczać wydawnictwa niepozbawione skaz. Cieszy fakt, że Stone nie należy do tej drugiej grupy, a na kilka miesięcy od premiery ww. albumu, zawarte na nim kompozycje wciąż stanowią dla mnie miłe zaskoczenie. Stone nie jest powrotem do korzeni Baroness, lecz kontynuacją drogi obranej przez grupę kilka płyt temu, przy czym łatwo zauważyć, że w międzyczasie zdecydowano się na korektę kursu. I bardzo dobrze, bo dzięki niej okazało się, że Amerykanie mają w sludge metalu do powiedzenia znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać.
  1. Depeche Mode „Memento Mori. Tak, nie mylicie się – spośród dwóch ważnych albumów o tym samym tytule wydanych w minionym roku, wybrałem ten od klasyków elektroniki wszelakiej, aczkolwiek chciałbym pozdrowić również fanów Marduka. Nowe Depeche Mode Anno Domini 2023 to…? Dojrzałe, spoglądające wstecz, melancholijne, szczere i oszczędne w formie, a przez to bardziej przekonujące. Dodam, że DM wciąż jest w świetnej kondycji koncertowej, o czym miałem okazję się przekonać w sierpniu na PGE Narodowym.
  1. Wayfarer „American Gothic. Nie wiem, czy najnowsze dokonanie tej formacji jest jej największym dziełem, ale wcale tego nie wykluczam. Nie znajdziecie tu numeru odstającego poziomem od innych – wszystkie zarejestrowane utwory są bardzo dobre.  Autorski miks black metalu, gotyku i amerykańskiego folkloru z wyraźnie wyeksponowanym naciskiem na stylistykę country podano tu w wyjątkowo strawnych proporcjach. Tam, gdzie zaczyna się robić nieco przaśnie, grupa zmienia dynamikę kompozycji, pokazując, że zna umiar i dobrze wie, kiedy nie przedobrzyć. American Gothic spełnia wszystkie przesłanki, by za kilka lat stać się evergreenem z katalogu Wayfarer.
  1. Dopelord „Songs for Satan. To powoli zaczyna robić się nudne – Dopelord nagrał kolejny świetny krążek. Ważnym atutem przemawiającym na korzyść SoS jest doskonała produkcja studyjna – Piosenki dla Szatana brzmią jakby na miks i mastering wydano milion dolców. Wszystko się tu zgadza, a co najśmieszniejsze, w moim odczuciu nie jest to wcale najlepszy krążek od tej ekipy.
  1. Entropia „Total. Mam wrażenie, że ostatnie wydawnictwo grupy z Oleśnicy wiele osób niesłusznie potraktowało przez pryzmat doskonałego Vacuum. Zestawianie ze sobą obu tych krążków nie jest oczywiście pozbawione sensu, aczkolwiek zawartość Total w wielu aspektach jest kompletnie różna od swojej poprzedniczki. Nie powinno się o tym zapominać. Sam nie musiałem się długo przekonywać, by sprawnie zadomowić się w odrealnionym, poszarpanym kompozycyjnie i zglitchowanym świecie przedstawionym z Total. Pragnę zwrócić uwagę także na doskonale korespondującą z zawartością albumu okładkę autorstwa Zbigniewa M. Bielaka.
  1. Taxi Caveman „UGH!”. Warszawska Taksóweczka nabiera prędkości. Niemal wszystko jest tu lepsze niż na pozostałych wydawnictwach stołecznych stonerowców. A wydali przecież dotychczas wyłącznie udane krążki! Gitarowe riffy z UGH! brzmią mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, plus żaden z numerów nie wytraca narzuconego tempa – no, oprócz „What a day”, ale to wyjątkowo urocza balladka, a przy okazji dobry moment na złapanie oddechu. Dodam, że znajdziecie tu cover… Taylor Swift. Popełnienie takowego wydawało mi się zadaniem karkołomnym, a jednak starcie tria z dokonaniami amerykańskiej piosenkarki zakończyło się z tarczą, a nie na niej.


Łukasz Walas

Rok 2023 pod względem muzycznym uważam za bardzo udany – nie tylko z poziomu wydawnictw, ale również i mojego bycia “na bieżąco”, w czym wydatnie pomogło grudniowe pospieszne nadrabianie zaległości. Miłośnicy krajowego (i nie tylko) black metalu nie mieli na co narzekać, kilka perełek odnalazłem również w innych, nieco lżejszych gatunkach. No, ale po kolei – kto w ciągu minionych 365 dni zachwycił mnie najbardziej?

Marduk „Memento Mori”. Po nowym albumie Szwedów nie spodziewałem się zbyt wiele, liczyłem raczej na kolejne solidne wydawnictwo lepsze od niezbyt udanej Viktorii. Dostałem za to jeden z najlepszych albumów w historii zespołu i pewniaka w kwestii Mortuusowego TOP 2 (obok Rom 5:12), jeśli o obóz Marduk chodzi. Jak dla mnie – płyta roku.

Manbryne „Interregnum: O próbie wiary i jarzmie zwątpienia”. Zespół nie tyle doskoczył do poprzeczki wysoko zawieszonej przez Heilsweg, ale w moich oczach bezproblemowo ją przeskoczył i dał mi niemałą zagwozdkę, jeśli o tytuł płyty roku chodzi. Koniec końców wygrał Marduk, ale nowa płyta Manbryne to absolutnie najlepsze co Polska dorzuciła w tym roku do black metalowej szufladki.

Sznur „Ludzina”. Mocne uderzenie w lipcu zapewnił wałbrzyski Sznur, którego Ludzina jest najlepszym do tej pory krążkiem tego wyjątkowego składu.

Horda „Form”. Drugi album tarnowskiej formacji to kolejny przedstawiciel polskiego black metalu, który wpada do mojej tegorocznej topki. Naprawdę potężny krążek.

Wayfarer „American Gothic”. Końcówka roku przyniosła znakomity krążek Wayfarer. Do osobliwego połączenia black metalu z patentami kojarzącymi się z country podchodziłem sceptycznie, jednak American Gothic porwał mnie i długo nie chciał wypuścić.

Depeche Mode „Memento Mori”. To już drugie Memento Mori w moim zestawieniu. Piętnasty album Brytyjczyków określiłbym jako największe pozytywne zaskoczenie minionego roku – po niespodziewanej śmierci Fletcha spodziewałem się zakończenia kariery DM, zamiast tego wydali jedną ze swoich lepszych płyt nagranych w XXI wieku. Jeśli to pożegnanie, to naprawdę godne.

Tribulation „Hamartia”. Również nowa EPka Szwedów wzięła mnie z zaskoczenia, okazując się najlepszym i najrówniejszym wydawnictwem zespołu od czasu Children of the Night. Złośliwi powiedzą, że to tylko trzy utwory i cover – ja jednak bardzo liczę na to, że kolejna płyta Tribulation utrzyma poziom tych autorskich numerów.

Queens of the Stone Age „In Times New Roman…”. Świetnie widzieć QOTSA w takiej formie, potwierdzających, że nie do końca udane Villains to wypadek przy pracy.

Dopelord „Songs For Satan”. Najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera roku bezproblemowo dowiozła. Może i stołeczny kwartet nie przebił tutaj swoich dwóch poprzednich krążków, lecz nie zmienia to faktu, że ich piąty album jest według mnie najlepszym stoner doomowym krążkiem, jaki ujrzał w tym roku światło dzienne.

Grave Pleasures „Plagueboys”. Wtłoczenie większej ilości post-punkowych wpływów w muzykę Finów wyszło im na dobre, a ich trzeci wydany pod szyldem Grave Pleasures pełniak ponownie dostarczył kilku hiciorów, przy których nogi same garną się do pląsów.

Dodatkowo chciałbym wyróżnić w tym miejscu jeszcze formacje Lo!, Noise River, Totenmesse, Wolvennest, Pleń i Moonstone, których wydawnictwa również sprawiły mi w tym roku naprawdę sporo radości, oraz ekipę Soulstone Gathering za tegoroczną magiczną edycję Soulstone Gathering Festival – najfajniejszy event, na jakim miałem przyjemność być.

Jak to co roku bywa, nie obyło się też bez kilku spektakularnych wtop. Tytuł “paździerza roku” bez wahania wręczam Irlandczykom z U2, których Songs of Innocence okazało się niezwykle trafnym tytułem dla twórczego poddania, które przybrało formę aż czterdziestu (w pełnej wersji) przerobionych piosenek zespołu. Przebrnięcie przez całość było traumatycznym przeżyciem, na które nie skazałbym mojego największego wroga. Drugie miejsce na podium trafia do Amerykanów z Godsmack, których (rzekomo) ostatnie wydawnictwo studyjne, nie licząc jednego utworu, było po prostu niezjadliwe. Na najniższym stopniu pudła plasuje się zabijająca nudą Huta Luna Furii – krążek, którego bronią chyba tylko ci bardziej oddani i doszukujący się tam jakiejś głębi żołnierze z nihilowej armii. Gdyby ta płyta została nagrana przez inny zespół, to zapewne nie pozostawionoby na niej suchej nitki. Jako spory zawód zapamiętałem również nie dorastający dwóm poprzednim albumom Cannibal Corpse do pięt Chaos Horrific (nuuudaaa, choć Blood Blind daje radę) oraz przekombinowany nawet jak na standardy Gruzji Koniec Wakacji, z którego to na dłużej zostanie ze mną jedynie Sałynka.


Damian „Synu” Wiśniewski

Podsumowanie, podsumowanie. Roczny rachunek sumienia, który tradycyjnie przysparza mi sporych trudności. Brak na liście wielu powszechnie uznanych tytułów może być spowodowany tym, że ich zwyczajnie nie słyszałem, jakąś tam swoją (myślę, że całkiem przyzwoitą) topkę jestem jednak w stanie stworzyć.

Do rzeczy. Z ziemi króla Piasta szarpał mną głównie black metal. Putrid Cult wydało w tym gatunku dwie fantastyczne płyty – Towards Hellfire Death upon the Holy Throne i Dominance Slaughter of Human Offerings in the New Age of Pan. Nieświętą trójcę domyka Totenmesse z Fiktionlust, które po premierze zmiotło mnie z planszy jednym dmuchnięciem. Godny uwagi jest też nowy Rivers like Veins. Architektura przemijania (mimo, że nieczęsto sięgam po atmoblack) zrobiła mi bardzo dobrze. Dużo czasu spędziłem też z Hutą Luna Furii, z którą (mimo wielu zastrzeżeń) całkiem się polubiłem. Z przeciwległego bieguna rok spięły mi ID.Entity Riverside (początek 2023) i Przestwór WIJa (końcówka roku), który niespodziewanie (dla mnie) nagrał bardzo dobry krążek.

Choć świat był w tym roku w moich głośnikach trochę niedoreprezentowany, numerem 1 w kategorii częstotliwości odtworzeń było z pewnością Memento Mori Marduka. Doskonała płyta. Z innych rejonów muzycznych bardzo spodobały mi się Forgone In Flames (imo zaskoczenie roku) i Of Darkness and Light Årabrot. Przyzwoite płyty nagrali muzycy Katatoni (Sky Void of Stars) i Ville Valo (Neon Noir), który momentami ładnie nawiązał do lat świetności HIM.

W 2023 wróciłem do nieco regularniejszego udziału w koncertach i festiwalach. Rok rozpoczął Life of Agony, w marcu wybornie bawiłem się na Helicon Metal Festival III, masy wrażeń dostarczyły też koncerty m.in. Armii, Spectral Wound, Monster Magnet, Smoulder, Villagers of Ioannina City, Riverside, Furii, Årabrot, czy In Twilight’s Embrace. Festiwalowo w sercu pozostanie na pewno Summer Dying Loud 2023 i fenomenalny Black Waves Fest vol. 8. Życzyłbym sobie, by w 2024 było choćby równie dobrze.

To chyba tyle. Jak mawia jeden z dziennikarskich pozorantów, znanych do niedawna z tvp: „2024? Jedziemy!”


Ziemowit Pierściński

  1. Cannibal Corpse „Chaos Horrific„. Najnowsze wydawnictwo to szybkie, brutalne, thrashowe melodie, gęsto wypełnione mocnymi i chwytliwymi riffami, oraz doskonałym wokalem George’a Fishera. Dodatkowo wrażenie podbijają świetne charakterystyczne basowe zagrywki Alexa Webstera.
  1. Crypta „Shades Of Sorrow„. Nowa płyta żeńskiej formacji to wręcz idealne wokale Fernandy Liry, odpowiednio wyważone riffy, podręcznikowy bas i dobra perkusja. Połączenie wszystkiego to doskonałe dzieło.
  1. Taake „Et Hav Av Avstand„. Na mojej liście nie mogło zabraknąć tego albumu. Ciekawe brzmienie, melodyjne gitary i ostry wokal Hoesta, w tym fajne zmiany tempa w utworach.
  1. Nervosa „Jailbreak„.  Energia, ciekawe solówki, zapadające w pamięć refreny. Do zalet można również zaliczyć gościnny udział Gary’ego Holta oraz wokalistki Infected Rain, czyli Leny Scissorhands.
  1. Vomitory „All Heads Are Gonna Roll„. Na ten album trzeba było czekać aż 12 lat. Płyta All Heads Are Gonna Roll to zwyczajnie miazga, numery są ciężkie, szybkie, ostre, zapadają w pamięć i wpadają w ucho.
  1. Till Lindemann „Zunge„. Nowa płyta wokalisty zespołu Rammstein to świetne riffy, doskonały wokal, ciekawe wykorzystanie syntezatorów i fortepianu oraz dobre, porywające rytmy.
  1. Carnifex „Necromanteum„. Dziewiąty album amerykańskiego Carnifex to znów szaleńcze riffy, pomysłowe syntezatory, mocna perkusja i gitara basowa, gitary prowadzące brzmią świeżo i ekscytująco.
  1. Thy Art Is Murder „Godlike„. Nowy krążek Thy Art Is Murder to w dużym uproszczeniu potężne death metalowe riffy, gęsta atmosfera, wszystko czego można się po nich spodziewać.
  1. Brujeria „Esto Es Brujeria„. W podsumowaniu musi się znaleźć również miejsce dla Brujeria. Niszczycielski i brutalny klimat oraz dopracowane utwory nie zawiodły.
  1. Cattle Decapitation „Terrasite„. Dziesiąta płyta amerykańskiego zespołu Cattle Decapitation zachwyca mieszanymi riffami i wściekłym wokalem Travisa Ryana.


Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .