Site icon KVLT

Deadpoint – „Device of Solemn Rot” (2021)

Biorąc pod uwagę naszą geograficzną bliskość do Szwecji, Finlandii czy Niemiec, gdzie melodeath grywa się na wiele sposobów, chętnie i dobrze, to można się zastanawiać, czemu w Polsce melodyjny death metal nie jest reprezentowany na sensownym poziomie. Okej, w ostatnich latach trochę się zmieniło, ot, pojawił się choćby Vane, swoje trzy grosze dorzucili do gatunku na swój sposób In Twilight’s Embrace, zanim skręcili w blackowe rejony, paru innych bardziej i mniej interesujących reprezentantów też się pojawiło. No i swoje robi Deadpoint. Po fajnym debiucie w postaci The Art of Deception sprzed pięciu lat wrocławianie powrócili z krążkiem Device of Solemn Rot, który podnosi poprzeczkę.

Device of Solemn Rot to kawałek bardzo napisanego i nagranego metalu z pogranicza melodeath, groove i metalcore dla fanów środkowej ery In Flames, starszego Soilwork czy nawet Killswitch Engage lub All That Remains. Deadpoint posiedli bardzo cenną umiejętność sprawnego żonglowania melodią i chwytliwością, bez przechodzenia na stronę banału. Niech was to wszystko nie zmyli – Device of Solemn Rot to współczesny metal pełną gębą, od strony aranżacyjnej do brzmieniowej. A jednak pełno tu naprawdę dobrych refrenów i zapadających w pamięć riffów. Jest to jednocześnie płyta nie siląca się na kolory. Wydaje się raczej, że zespół opanował operowanie emocjami i oscyluje raczej w szarojesiennych barwach. Nie ma tu więc refrenów, które skandowałby stadion, ale wciąż są takie, od których trudno się będzie uwolnić. Device of Solemn Rot brzmi zatem momentami, jak mocno uwspółcześniona wersja Dark Tranquillity i jest to duża pochwała.

Deadpoint najlepiej wypadają, kiedy są smutni. Owszem, szybkie, energetyczne numery, jak Dead and Gone ze świetnym solo trzymają poziom, nie sposób im niczego zarzucić i na pewno będą robiły robotę na żywo, ale to z tych smutniejszych, jesienniejszych piosenek wychodzi prawdziwy charakter zespołu. Hemlock, Trenches i singlowy As I Fade łączą w sobie tę bezwstydność współczesnego metalu z dużym ładunkiem emocjonalnym. To utwory, które Deadpoint mógłby nosić na sztandarach – wcale nie szukające ekstremy w szybkościach czy brzmieniowej bezkompromisowości, a jednak zapadające w pamięć dzięki świetnemu warsztatowi autorskiemu.

Płyta została jednak skonstruowana w taki sposób, że napięcie rośnie z czasem. Aftermath i Artifact zapoznają nas na początek z jedną z twarzy Deadpoint. Silnikiem jest perkusja, która reguluje tempa i zmiany biegów przy wchodzeniu numerów w kolejne aranżacyjne zakręty. Fragmentami Deadpoint nawiązują do ostatnich dokonań Decapitated, dorzucają chóralne podbicia w refrenach, z których zresztą chętnie korzystają na całym albumie, ale też brakuje w tych numerach czegoś więcej. To jednak dopiero początek płyty, poziom już jest dobry, na tym etapie nie wiemy jeszcze, że zespół ma kilka asów w rękawie. Artifact ma swoją naturalną kontynuację w postaci Dead and Gone, które mogłoby wylądować na jednej z płyt As I Lay Dying. W końcu dochodzimy do punktu kulminacyjnego albumu: Hemlock od razu proponuje melodię i nieśpieszny riff, który pozostawia jakąś tajemnicę. To jednocześnie pierwszy z tych refrenów i moim zdaniem najlepszy numer na płycie. Potem Deadpoint trzymają formę do końca, miksując swoje składniki na różne sposoby – Blind Lust wraca do szybszego riffu i gang chórków, ale wplątuje w to kolejne czyste refreny, które ciągną numer za uszy, Trenches imponuje dużą perkusją i kolejnym z tych refrenów, kapitalnym songwritingiem i znakomitą, duszną atmosferą. Utwór tytułowy oferuje jeszcze mocny groove, Cryptic Delusion przemyślane zmiany temp, a wieńczący dzieło singlowy As I Fade jesienną aurę i świetny asumpt do kontynuacji, która – mam nadzieję – nadejdzie wcześniej niż później.

Deadpoint nie gonią w swoich numerach za riffem. Nad Device of Solemn Rot unosi się zasada serve the song – każda partia podporządkowana jest ogólnemu celowi. Instrumenty raczej tworzą atmosferę, czasami podbudowują dramaturgię bardziej wyrazistym riffem czy bitem, ale często też usuwają się w tło, nie unikając kombinowania, nie szukając najłatwiejszych rozwiązań. To jedna z tych płyt metalowych, w których gitary wcale nie wychodzą przed szereg, a są jednym z instrumentów w orkiestrze, równoznacznym z resztą.

Nie potrafię też przejść obojętnie obok faktu, że po naprawdę dobrym krążku The Art of Deception Deadpoint nie poszli na łatwiznę nagrywając po raz kolejny to, co już wtedy potrafili zagrać. Device of Solemn Rot przynosi bowiem lekkie zamieszanie i duży krok do odnalezienia własnej stylistyki. Czerpiąc garściami od starszych i bardziej doświadczonych zespołów, Deadpoint byli w stanie ulepić własny, autorski, rozpoznawalny miks i nadać albumowi spójny charakter. Jest w ich muzyce pewna doza elegancji, która sprawia, że dość klasyczne patenty czy riffy nabierają świeżego połysku.

Jako słuchacz, do którego przejściowe In Flames z etapu Come Clarity czy Soilwork z poziomu Stabbing the Drama stanowią ważne elementy muzycznego firmamentu, muszę uczciwie przyznać, że Device of Solemn Rot trafiło u mnie na podatny grunt. Nie myślcie sobie jednak, że to powrót do roku 2005 i tania gra na sentymentach. Deadpoint oferują wam metal Anno Domini 2021: przebojowy, ale i agresywny, bardzo szczery i pełen emocji. Każda chwila tej muzyki przynosi ekscytację i choć pewnie znajdą się ortodoksi, dla których te wszystkie melodie będą popowe, to jednak i oni będą musieli przyznać, że mimo wszystko są zagrane z energią i precyzją godną współczesnego metalu.

Jeśli lubicie współczesny metal, jeśli lubicie, kiedy przemawia się do was świetną, nie popadającą w banał melodią i bujającym groove, polubicie Device of Solemn Rot od początku do końca.

9,5/10

Sprawdź też:

Vane, Malchus, Aether, Perpetual, Concatenation, Shodan, Saratan, Pantokrator,

 

Exit mobile version