O tym, jak ważnym zespołem dla sceny death metalowej jest Morbid Angel, nikogo przekonywać nie trzeba. Możemy oczywiście spierać się w nieskończoność, co kapeli po drodze nie wyszło, a co jest bezspornym kamieniem milowym sceny (z pewnością trzy pierwsze albumy), ale nie tylko nie umniejszają podobne dywagacje legendzie, a wręcz przeciwnie – kształtują ją, bo przecież o nieistotnych artystach się nie dyskutuje. Dave Vincet to niewątpliwie jedna z ikonicznych postaci na scenie metalu ekstremalnego. Z tych powodów autobiografia rzeczonego jest, i musi być, wydarzeniem. Biorąc pod uwagę zainteresowanie, wielu na nią czeka. I może nie dla najszerszego, ale jednak licznego grona fanów death metalu, wydana właśnie po polsku przez In Rock książka Uwolnić Furię. I am the Morbid to pozycja z listy lektur obowiązkowych – ze względu na temat i osobę, której dokonania wykraczają zresztą poza samą działalność w Morbid Angel.
Skoro już wiemy, że z pozycją tą należy się zapoznać z przyczyn oczywistych, to wypada, tak bezczelnie, na wstępie zadać pytanie, czy jest to dobra biografia? Niestety nie, przynajmniej porównując ją do szeregu podobnych książek i jakichś prawideł sztuki pisania porównywalnych pozycji. Mniej istotne sprawy ustępują tu miejsca dywagacjom Dave’a, poznajemy trochę zakulisowego życia najbardziej rozpoznawalnego, death metalowego zespołu i innych projektów (aż się prosi ciut więcej o Terrorizer!), ale można mieć wątpliwości, czy akurat te a nie inne wątki, z punktu widzenia czytelnika, zasługują na pogłębienie. To jednak nie musi być wada. I dla mnie osobiście nie jest. Bo ja lubię takie luźne wynurzenia muzyków. Czuć, że sprawujący pieczę literacko-redakcyjną John McIver nie skrępował naszego bohatera. Biorąc pod uwagę jego trudny, czasem apodyktyczny charakter, pewnie nie byłby w stanie.
Wystarczy zresztą odwołać się do cytatu z ostatniej strony (spokojnie, bez spojlerów, nie zdradzam kto zabił, to nie kryminał): „Gdybym umarł jutro, umarłbym spełniony. Czuję, że widziałem więcej, robiłem więcej i doświadczyłem więcej niż ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzkości, za co jestem naprawdę wdzięczny. Wierzę również, że nieśmiertelność jest czymś pewnym. Bach, Wagner, Elvis – ci ludzie wciąż żyją, bo pozostawili niezatarty ślad w historii, o czym nie można zapomnieć. To, wraz z ich linią genetyczną, przekazywaną potomstwu tworzy zręby nieśmiertelności. Ich dokonania mają charakter namacalny, któremu nie można zaprzeczyć…”.
Vincent nie jest człowiekiem, któremu brakowałoby poczucia własnej wartości. Czy jest zarozumiały? Bywa, ale powiedzmy, że ma do tego prawo, jeśli wziąć pod uwagę osiągnięcia. Nastawcie się zatem na ton opowieści bliski kaznodziejstwu, przynajmniej momentami. Ale taki urok tej pozycji. Sam Dave zresztą nie wnosi usilnie spiżowego pomnika, mówi też wprost o wadach swego charakteru, błędach młodości, wypaczeniach, zmaganiach ze słabościami. Nie był wszak łatwym we współżyciu gościem, potrafił choćby rzucać tacą z kanapkami w organizatorów koncertów.
Kto już dobrze zna pewne tematy, a chciałby najzwyczajniej bliżej poznać opinie Vincenta na różne sprawy, muzyczne, życiowe, błahe, to narrator w tym swoim gawędzeniu bywa ciekawy. I cieszę się, że mogłem dowiedzieć się co nieco o jego pierwszych fascynacjach muzycznych (nie zawsze oczywistych), o tym, co sądzi o H.P. Lovecrafcie (a to dość trafne uwagi), trochę o jego spotkaniach z różnymi muzykami et cetera. I choć chciałbym dowiedzieć się więcej niekoniecznie o samej działalności w Morbid Angel, to jednocześnie rozumiem, że w centrum uwagi jest tu jednak postać narratora. Gdyby Dave rzucił więcej światła na przykład na początki sceny death metalowej w USA widzianej jego oczyma, byłoby ciekawiej. Z drugiej strony każdy pewnie mógłby stworzyć własną listę skarg i zażaleń. Tylko po co?
A nie o życzenia tu chodzi, tylko o Vincenta. Jest zatem sporo o życiu i poglądach na różne tematy autora, nawet dużo, choć nie przesadnie, o muzycznych przygodach wokalisty i basisty Morbidów, skąpo jednak o relacjach prywatnych. Fani znajdą trochę interesujących szczegółów zakulisowych rozgrywek, ale też raczej nic wstrząsającego. Nie sądzę jednak, by to akurat miało przeszkadzać fanom metalu.
Warto dodać, że pozycję uzupełniają obszerne omówienia niektórych tekstów napisanych przez Dave’a, co należy wpisać po stronie plusów. Zawsze to ciekawie dowiedzieć się „co poeta miał na myśli”. Trochę archiwalnych fotek wieńczy dzieło, to już standard. Jak zawsze wydawnictwo In Rock zadbało o porządne wydanie, z twardą okładką, na dobrym papierze – tu nie ma do czego się przyczepić. Książkę wypada mieć w swoich zbiorach, ale też warto pamiętać, że pozycja ta ma pewne mankamenty. Ostatecznie nie mogę powiedzieć, bym czytał ją bez przyjemności, a przecież zdarzało mi się to przy autobiografiach niby skrojonych lepiej.
Wydawnictwo In Rock/Vesper na Facebooku
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
- Slave Keeper – „Podwójna gra” (2025) - 19 listopada 2025
- Sothoris – „Domus Omnium Mortuorum” (2025) - 4 października 2025
Tagi: basista, biograife muzyczne, Dave Vincet, David Vincet, death metal, growling, historia metalu, Joel McIver, Legendy Metalu, metal, metalheads, Morbid Angel, recenzja, review, rock, Uwolnić furię. I Am Morbid, wokalista.






